Выбрать главу

Julie Ortolon

Po Prostu Idealnie

Just Perfect

Tłumaczyła: Małgorzata Strzelec

Przyjaciółkom

Za wypełnienie moich dni śmiechem

Za trzygodzinne lunche (kiedy miałyśmy pisać)

Za przymykanie oczu na moje uzależnienie od zakupów w Chico

Za niekwestionowane wsparcie, współczucie, marudzenie i pojenie Za toasty szampanem (przy każdej okazji)

I za e – maile, gdy terminy zaglądają człowiekowi w oczy!

Szczególne podziękowania kieruję do:

Scotta z pogotowia górskiego w Utah za jego cierpliwość i wiedzę.

Mam nadzieję, że wszystko napisałam jak trzeba!

Pisarki, przyjaciółki i zapalonej narciarki Cindi Myers za odpowiedzi na wszystkie moje pytania i za to, że tylko trochę śmiała się z mojej niewiedzy.

Oraz Melindy za tyle rzeczy, że nie wiem, od czego zacząć. Byłaś moją asystentką, kibicem i położną tej książki.

Dziękuję wam wszystkim, bo dzięki wam ta książka powstała!

ROZDZIAŁ 1

Strach to zabawna rzecz – bez niego nikt nie jest tak naprawdę odważny.

Jak wieść idealne życie

Christine nie mogła uwierzyć, że dała się namówić przyjaciółkom. Stała na placu u podnóża Silver Mountain i czuła, jak serce jej bije, gdy patrzyła na wyciąg. Jechał nim równy strumień narciarzy. Wszyscy spokojnie siedzieli w krzesełkach, które były zaledwie wąziutkimi ławkami wiszącymi prawie dwa tysiące metrów nad ziemią. Uśmiechnięci gawędzili ze sobą, jakby grawitacja w ogóle nie istniała. Jakby myśl, że mogą się ześlizgnąć z wąskiego siedzenia i spaść, nigdy nie pojawiła się w ich głowach.

W dzieciństwie przeżyła wiele ciężkich chwil, jeżdżąc na wyciągu razem z rodziną w czasie bożonarodzeniowych wypadów do Kolorado. Odkąd jednak zaczęła staż w izbie przyjęć, aż za dokładnie potrafiła wyobrazić sobie, jak wyglądałby rezultat takiego upadku.

Jak udało się Maddy i Amy ją namówić? Oczywiście kiedy zeszłej wiosny siedziała z przyjaciółkami w kafejce, pokonanie lęku wysokości nie wydawało się tak trudne. To znaczy wydawało się, ale nie aż tak trudne.

Nie mogła się jednak wycofać. We trzy zawarły umowę. Maddy już wypełniła swoje zadanie i stawiła czoło lękowi przed odrzuceniem – zaniosła swoje prace do galerii. Amy czekała walka ze strachem, że się zgubi, co nie pozwalało jej na samodzielne podróże. Jeśli Christine się wycofa, Amy będzie mogła zrezygnować.

Musiała to zrobić.

Jeśli nie dla siebie, to dla Amy.

A najlepiej wziąć się do tego czym prędzej – jak jednym ruchem zrywa się plaster.

Problem tylko w tym, że nigdzie nie widziała swojego instruktora narciarskiego. W szkółce narciarskiej powiedzieli jej, żeby rozglądała się za wysokim blondynem w zielonej kurtce, który będzie na nią czekał przy mapie ze szlakami. Jasne, zjawiła się kilka minut spóźniona, ale nie aż tak.

„Boże, błagam, niech on też się spóźni. Żeby się nie okazało, że już był i sobie poszedł”.

Rozcierając zmarznięte mimo rękawiczek ręce, odwróciła się od stoku, aby przyjrzeć się tłumowi na placu. Ludzie kręcili się przy świątecznie ozdobionych sklepach i restauracjach. Między lampami wisiały kilometry girland oraz zatrzęsienie czerwonych kokard i bożonarodzeniowych transparentów. Zeszłej nocy śnieg przyprószył dachy i parapety wysokich, stylizowanych na chaty budynków.

Nigdzie jednak nie widziała blondyna w zielonej kurtce.

Coraz bardziej zdesperowana porzuciła swój posterunek przy mapie szlaków i ruszyła do okienka z biletami na wyciąg. Szła dość niezgrabnie w butach narciarskich. Może ktoś jej pomoże.

– Przepraszam – powiedziała do dziewczyny w studenckim wieku siedzącej w jednym z okienek kasy. – Szukam Aleca Huntera. Nie wiem, czy go pani zna…

– Szalonego Aleca? – Twarz dziewczyny rozbłysła uśmiechem. – Oczywiście, że znam.

„Szalony Alec”? Christine zmarszczyła brwi, kiedy dziewczyna wyciągnęła szyję, żeby rozejrzeć się po placu. Co miała na myśli, mówiąc „szalony”? Nie, nie, nie chciała Szalonego Aleca. Chciała Bardzo Rozsądnego, Świadomego Problemów Bezpieczeństwa Aleca. Facet w szkółce powiedział, że mają za mało instruktorów, aby dać jej jednego na pięć dni prywatnych lekcji, więc załatwił znajomego. Nie wspominał, że ten znajomy to wariat. Właściwie tak to ujął, jakby spotkał ją wielki przywilej, że Alec Hunter zgodził się z nią pracować.

– O, tam jest – wskazała dziewczyna. – To on, tam dalej. Christine odwróciła się, ale nie zobaczyła nikogo, kto by pasował do podanego jej opisu.

– Nie widzę go.

– Tam! – dziewczyna wskazała raz jeszcze. – Rozmawia z Lacy przy pubie.

Christine spojrzała raz jeszcze i wreszcie go dostrzegła. Przez cały czas rozglądała się za ciemnozieloną kurką, a nie za rażącą w oczy neonowo – zieloną. Stał w progu jadalni pubu St. Bernard i rozmawiał z bardzo ładną brunetką trzymającą tacę. Kobieta pokręciła głową i zaśmiała się w odpowiedzi na jego słowa.

– Dzięki – powiedziała Christine do kasjerki i ruszyła przez plac, żeby spotkać się z instruktorem.

Przy każdym kroku żołądek jej się zaciskał. Może powinna odwołać dzisiejszą lekcję i poszukać innego instruktora. Ale nie, w końcu już tu była. I bardzo chciała mieć za sobą pierwszy wjazd na górę. Potem powinno być łatwiej. „Proszę, Boże, niech będzie łatwiej”.

Jej instruktor stał bokiem. Wysoki i patykowaty, z krótkimi złocistymi włosami z pasemkami rozjaśnionymi przez słońce.

Kelnerka zaczęła się odsuwać, ale złapał ją za rękę, a wolną dłoń położył na sercu. Pokręciła głową, chociaż nadal uśmiechała się, patrząc mu w oczy. Opadł na jedno kolano, trzymając jej dłoń w obu rękach i prosząc z całą powagą.

– Och, no dobrze! – Kelnerka zmiękła akurat, gdy Christine znalazła się w zasięgu ich głosów. – Ale to ostatni raz.

– Masz złote serce, Lacy – mówił z przekonaniem. – Oddam ci jutro, przysięgam.

– Przypomnisz sobie dopiero za tydzień i dobrze o tym wiesz. Kelnerka odeszła, śmiejąc się.

– Alec Hunter? – Christine przechyliła głowę, żeby zobaczyć, jak on wygląda.

Nadal klęcząc, odwrócił się do niej i ukazał chłopięcą przystojną twarz z najbardziej błękitnymi oczami, jakie w życiu widziała – jaśniejszymi od nieba – podkreślonymi długimi rzęsami o kilka tonów ciemniejszymi od włosów. Nie wyglądał jak wariat, tylko jak chłopiec z chórku kościelnego. Bardzo psotny chłopiec, dodała w duchu, gdy oczy mu zabłysły na jej widok.

– To ja.

– Świetnie. – A przynajmniej taką miała nadzieję. – Jestem Christine Ashton.

– Dotarłaś! – Wstał i uśmiechnął się szeroko, popisując się śnieżnobiałymi, idealnie prostymi zębami. Dobry Boże, zrobiłby majątek, grając w reklamach pasty do zębów. – Już zamierzałem się poddać i nie czekać.

– Przepraszam.

Zamrugała, widząc, jaki jest wysoki. Mając bez mała metr osiemdziesiąt, zwykle dorównywała wzrostem większości mężczyznom, ale on wyraźnie ją przewyższał.

– Nagły wypadek, miałam telefon.

– Ach. – Sądząc po tonie, całkiem zlekceważył słowa „nagły wypadek”.

Nie żeby to była jego sprawa, ale dzwonili do niej ze szpitala w Austin, gdzie dopiero co skończyła staż, i pytano o jej pacjentkę, która znowu do nich wróciła. Nie mogła im powiedzieć, żeby poprosili panią Henderson, aby poczekała z zawałem serca, aż ona skończy lekcję jazdy na nartach.

Odsunęła kwaśne myśli na obok i przyjrzała się mężczyźnie. Oceniała, że ma mniej niż trzydzieści trzy lata, czyli tyle, ile miała ona sama. Milutki, ale młody.