Eve zacisnęła na chwilę oczy.
– Dobrze – powiedziała w końcu. Miała silniejszy głos. – Dobrze. Wszystko będzie dobrze.
Z drugiego pokoju dobiegał dźwięk wyginanego metalu, a potem głośne bing.
– Hej! – Głos Shane'a odbijał się od kamienia i drewna. – Dziewczyny, koniec imprezki. Wychodzimy!
– Chodź. – Claire wsunęła ramię pod pachę Eve, aby podtrzymać ją. – Pora się wynosić.
– A gdzie Jason? – Eve zdawała się już w pełni przytomna i w temacie, tylko że nie tym, co trzeba. – Musimy go znaleźć!
– Jest z Oliverem. Znajdziemy go. Ale najpierw musimy zadbać o to, żeby nie zginąć, prawda? To bardzo ważne.
Pokuśtykały razem przez korytarz do pokoju, w którym na podłodze leżały dwa pokonane ołówkami wampiry, a Michael i Shane stali przy oknie. Kraty były wyrwane.
Michael rozsądnie stał z boku, z zasłoną owiniętą wokół ramion. Claire podejrzewała, że zamierzał ją sobie zarzucić na głowę.
Ale żadne z nich się nie ruszało.
– Co? – zapytała Claire, a gdy podeszła do okna, zrozumiała, gdzie tkwił problem.
Radiowóz płonął. Podobnie jak autokar.
I nikt, absolutnie nikt nie wyszedł popatrzeć. Nie pojawiła się policja, ani nawet ochotnicza straż pożarna. Blacke było wymarłym miastem. I to dosłownie.
– No to przerąbane – stwierdził rzeczowo Shane. – Plan B?
– Nie mamy – westchnął Michael.
– Wiecie, jakoś podejrzewałam, że tak będzie – odezwała się Eve. – I to mimo wstrząsu mózgu.
Stali przez chwilę, patrząc, jak samochód i autokar płoną, i przez kilka sekund nikt się nie odezwał. Aż w końcu Michael powiedział:
– Morley tego nie zrobił. Nie jest aż tak głupi.
– Oliver też nie – dodał Shane. – Co tu się, do diabła, dzieje?
– Powinieneś wiedzieć. Jechałeś z Morleyem. My tu dopiero dotarliśmy.
– Taa, wiecie, to zabawne, ale przez te więzy i szamotaninę z głodnymi wampirami jakoś nie zwracałem uwagi na szczegóły. Wiem tylko, że weszliśmy do tego budynku, Morley zaczął przemawiać, a po chwili ktoś z grupy Morleya krzyczał, że są atakowani. Złapałem Eve i próbowałem ją ukryć, ale rąbnął ją Morley, bo weszła między niego a jakiegoś faceta, z którym walczył. Uderzyła się w głowę. – Shane zamilkł i spojrzał na Michaela. – A ty jak się wytłumaczysz?
– Straciłem wątek jakiś czas temu. Mniej więcej wtedy, gdy Oliver skręcił bez powodu do Wariatkowa. No chyba że tego właśnie od początku szukał.
– Czego? Miasta pełnego wampirów? – Kiedy Claire to wypowiedziała, nagle nabrało to sensu. – On ich szukał!
Wiedział, że gdzieś tu są. Szukał ich!
– Myślał, że są w Durram – zgodził się z nią Michael.
Dlatego wyszedł na poszukiwania w środku nocy. Ale nawet jeśli tam wcześniej były, to się przeniosły. Tutaj. Do mniejszego miasta. Łatwiejszego do kontroli. Zanim rozchorowały się na tyle, żeby przestało im zależeć.
– Ale ci tutaj raczej nie są bardzo starzy. – Shane skinął w stronę chłopaka w koszulce piłkarskiej. – To nie jest żaden przedpotopowy strój. Musiał stać się wampirem kilka miesięcy temu, najwyżej z rok. Więc jak…
– Bishop! – przerwała mu Claire. – Bishop szukał Amelie.
I wciąż stwarzał nowe wampiry, po czym je zostawiał. Musiał tędy przejeżdżać, albo nieopodal. – Bishop był ojcem Amelie, zarówno biologicznym, jak i w sensie wampirycznym. I w obu tych przypadkach nie zasługiwał na tytuł Ojca Roku. Ani na medal za humanitarne prowadzenie się. Pożywiał się napotkanymi ludźmi i to właśnie zostawiał za sobą.
Przerażające i obrzydliwe.
– Jeśli Oliver ich szukał, to musi mieć jakiś plan. – Odezwała się Eve. Opierała się teraz o ścianę i trzymała się jedną ręką za głowę, która musiała ją boleć. Nadal zdawała się lekko nieprzytomna. – Znajdźmy go. Będzie wiedział, co robić.
– Może i miał plan, ale to było zanim Morley i jego wesoła drużyna idiotów włączyli się do akcji – odpowiedział Shane. – A teraz jesteśmy po środku trójstronnej wojny wampirów. To byłaby świetna gra wideo, ale jakoś nie mam ochoty uczestniczyć w niej na żywo. Wizja przegranej jest przykra.
– No to musimy znaleźć inny samochód – powiedział Michael. – Taki, który jeździ.
– Nie, stary, ja muszę znaleźć inny samochód – wszedł mu w słowo Shane. – I zaciemnić okna. I przyprowadzić go tutaj, żebyś nie stanął w ogniu podczas wizyty w komisie.
Plan wygląda tak: ty zajmiesz się dziewczynami, a ja zdobędę samochód.
– Kazałeś mi właśnie zostać z dziewczynami?
– Tak jest. I to prosto w twarz. Jak się z tym czujesz?
Przybili piątkę.
– Obaj jesteście kretynami, wszyscy tu zginiemy i do tego pęka mi głowa – westchnęła Eve. – Czy moglibyśmy się stąd wreszcie wynieść? Proszę?
Michael podszedł i objął Eve, która zatkała cicho, wtulając się w niego.
– Ciii. Już dobrze, kochanie.
– Nieprawda. I gdzie, do cholery, byłeś, kiedy porwano mnie i prawie zagryziono na śmierć?
– Goniłem za tobą. Wskakiwałem do autokaru.
Wybijałem okna. Prawie cię uratowałem.
– Tak. Ale ja przez cały ten czas byłam nieprzytomna, więc nie mogłam tak naprawdę docenić, jaki jesteś dzielny.
Ale jest dobrze. Być z tobą.
Shane wymienił spojrzenia z Claire i zacharczał, jakby go duszono, czym wywołał u niej salwę śmiechu. Potem wziął ją za rękę, potrzymał przez moment, a następnie uniósł do warg. Miał takie ciepłe i delikatne usta, że aż poczuła, jak każdy jej mięsień drży pod wpływem jego dotyku. Przesunął kciukiem po pierścionku przyjaźni, ich sekretnej cichej obietnicy.
– Zaczekaj na mnie – powiedział. – Jakieś życzenia w kwestii samochodu?
– Coś przeciwpancernego? – zasugerowała. – A, no i żeby był telewizor w zagłówkach. Dodatkową zaletą byłby dźwięk stereo.
– I turbodopalacz – dorzucił Michael.
– Czyli jeden żółty hammer na gorąco z dodatkowym wyposażeniem niszczącym, zaraz podaję. – Shane jeszcze raz delikatnie ścisnął jej palce i wyskoczył za okno. Claire patrzyła, jak upada na trawę, wstaje i biegnie w popołudniowym słońcu.
Uświadomiła sobie, że słońce jest znacznie niżej niż poprzednio.
Było późne popołudnie, a słońce chyliło się ku zachodowi, szybko.
– Zmrok – stwierdziła. – Nie mamy za wiele czasu, nim zrobi się ciemno, prawda?
– Owszem. – Michael podszedł do niej, unikając światła wpadającego przez okno. – Ale jeśli zostaniemy w tym budynku, to będziemy mieli jeszcze mniej czasu. Sporo jest tych… innych wampirów. I raczej nie stronią od obcych.
Złapał dwa pokonane wampiry i wyciągnął do korytarza, gdzie porzucił je obok tego ze srebrnym kołkiem Claire. Ten na pewno już nie żył, spalony przez srebro. Claire starała mu się za bardzo nie przyglądać.
Michael ponownie zabarykadował drzwi i posadził Eve we w miarę bezpiecznym miejscu, na krześle w kącie. – Zostań tu – zwrócił się do niej. – Odpocznij. Zerwał drugą zasłonę z okna i owinął nią Eve. Jeden z tych romantycznych gestów, tyle że lekko zniweczony przez atak kichania, który ją napadł, gdy otoczyła ją chmura kurzu.
Claire pozostała przy oknie i wyglądała na zewnątrz. Nie, żeby to miało jakoś pomóc. Nawet gdyby zobaczyła Shane'a, nawet gdyby zobaczyła, że potrzebuje pomocy, co mogła zrobić? Nic, ponieważ była człowiekiem, była powolna i miała skręconą kostkę.
Ale mimo to uważała, że to ważne, aby tam stała i go wypatrywała, tak jakby zawarli jakiś pakt, i gdyby go nie dotrzymała, to mogło go spotkać coś złego.
Przesądy. No cóż, stoję w czymś na kształt pseudogotyckiego zamku z walczącą po korytarzach bandą wampirów. Może przesądy tu się spełniają.