– Widziałeś Jasona? – zapytała Eve Michaela. Wszystko z nim w porządku?
Michael zachował się tak, jakby nie usłyszał pytania. Podszedł do Claire, ale pozostał w cieniu.
– Widzisz coś?
– To raczej nie jest odpowiedź na pytanie, prawda?
Michael rzucił jej groźne spojrzenie. Ale cokolwiek chciał powiedzieć, przerwał mu łoskot z góry. Potężny. A zaraz za nim dało się słyszeć coś jakby drapanie. Jakby bardzo ostrymi pazurami. Albo nożami.
Jakby coś próbowało się przekopać przez podłogę z pierwszego piętra.
– Ten dźwięk mi się nie podoba – powiedziała Eve. – Michael?
Stał bez ruchu, patrząc w górę. W cieniu jego twarz zdawała się być koloru marmuru.
Z sufitu posypał się kurz. Płatki starego tynku zaczęły spadać jak śnieg. Claire cofnęła się od okna, od tego dźwięku, aż do ciężkiego biurka odgradzającego ich od drzwi.
Nagle drzwi się uchyliły. Ktoś uderzył w nie z potężną siłą i zawył. Znów dało się słyszeć drapanie, tym razem w drzwi. Michael ruszył do przodu i wepchnął biurko z powrotem na miejsce, przytrzymując je, gdy z drugiej strony ktoś napierał na drzwi.
– Cholera – syknął. – Gdzie on jest?
Nad nimi coś pękło z suchym zgrzytem – to ktoś zrywał, łamał i odrzucał deski.
Przekopywali się.
Eve wstała i oparła się o ścianę. Kopnęła nogę niewielkiego stolika, leżącego nieopodal jej krzesła. Noga ułamała się pod kątem, tak że powstał czubek, może nie tak ostry jak włóczni, ale też nie tak tępy jak pałki. Złapała nową broń w obie dłonie i spoglądała to na sufit, z którego tynk sypał się jak podczas śnieżycy, to na Michaela, który z trudem utrzymywał biurko barykadujące drzwi.
Zginiemy tutaj, pomyślała Claire. Dotarło to do niej z przeraźliwą jasnością, jakby już widziała przyszłość przez okno czasu. Eve będzie leżeć tam, z otwartymi, pustymi oczami, a Michael umrze, próbując jej bronić. A ona skończy jako mała połamana stertka pod oknem, gdzie znajdzie ją Shane…
Nie.
Myśl, że w takim stanie znajdzie ją Shane, bardziej nawet niż sama wizja śmierci sprawiła, że Claire buntowała się \v środku. Już dość widział. Dość się wycierpiał. Nie zamierzała na koniec dodawać jeszcze tego. Nie zrobi mu tego.
– Musimy żyć – powiedziała głośno. Zabrzmiało to trochę obłędnie. Michael spojrzał na nią, a Eve zaczęła się wręcz gapić.
– No oczywiście – stwierdziła Eve. – I to podobno ja dziś dostałam w głowę…
W końcu sufit się poddał i wraz ze zgrzytem drewna i deszczem tynku i gruzu spadły na dół trzy ciała, pokryte krwią wszędzie tam, gdzie nie były białe od pyłu. Wyglądały jak potwory, a kiedy najwyższy odwrócił się w stronę Claire, a ta zobaczyła błysk kłów, wrzasnęła.
Krzyk trwał tyle, co jedno uderzenie serca, po czym przyszło opamiętanie. I ulga.
– Oliver? – Po prostu cudownie. Czuła ulgę na widok Olivera. Świat stanął na głowie, koty zaprzyjaźniły się z psami, a życie takie, jakim je znała do tej pory, pewnie się skończyło.
Oliver wyglądał, no cóż… jak potwór. Jak potwór, który przedarł się przez piekło, krok po kroku i przy okazji, o dziwo, był zachwycony każdą minutą zmagań. Uśmiechnął się szeroko do Claire, pokazując kły, po czym odwrócił się do Eve, która rzuciła się na niego z zaostrzonym kijem. Odebrał go jej bez najmniejszego trudu i pchnął ją w stronę Michaela, który co prawda pohamował się od ataku, ale był równie zaskoczony, jak Claire.
– Żołnierze, spocznij – odezwał się Oliver. Prawie się śmiał. Obok niego Morley otrzepywał się z białego pyłu i wzniósł chmurę pyłu, która doprowadziła Claire do łez, kiedy wykaszlała:
– Wygląda na to, że nadal jesteśmy sojusznikami.
Przynajmniej na razie.
– Zupełnie jak Rosja i Anglia podczas II wojny światowej – zgodził się z nią Morley, po czym zaczai się zastanawiać. – A może to była pierwsza? Tak trudno zapamiętać te szczegóły. W każdym razie naszym przeciwnikiem jest wspólny, gorszy wróg. Możemy się pozabijać później.
Trzecim z grupy okazał się Jason, który wyglądał równie źle, jak pozostali. Ale nie był z tego powodu równie szczęśliwy. Trząsł się, i to wyraźniej, a prowizoryczny bandaż, którym miał okręcony lewy nadgarstek, przesiąkł krwią.
Eve w końcu rozpoznała swojego brata i złapała go w objęcia. Jason przez moment stał nieruchomo, po czym niezgrabnie poklepał ją po plecach.
– Nic mi nie jest – powiedział. Claire pomyślała, że kłamie, ale było to odważne stwierdzenie. – Masz krew na twarzy.
– Uderzyłam się w głowę – wyjaśniła Eve.
– A, no to nic się nie stało – stwierdził Jason i to było tak typowe stwierdzenie jak na brata, że Claire aż się uśmiechnęła. – A tak serio, to to źle wygląda, Eve.
– Nic nie jest złamane. Głowa mnie boli i trochę mi się w niej kręci. Ale przeżyję. A co się tobie stało?
– Nie pytaj. – Jason się odsunął. – Chłopie, potrzebujesz wsparcia?
Michael złapał biurko i znów podciągnął je pod drzwi, a teraz próbował je utrzymać w miejscu.
– Pewnie – rzucił. Nie żeby siła Jasona mogła tu wiele pomóc, pomyślała Claire. Był silny i żylasty, ale nie tak silny jak wampiry.
– Wpuśćcie ich – powiedział Morley i strzepnął resztę kurzu na wszystkich. – To moi ludzie. No chyba że nam nie ufacie?
– Nie, skąd ten pomysł? – zapytała słodko Eve, po czym odwróciła się do Michaela. – Nawet o tym nie myśl!
– Wolisz, żeby rozerwali ich tam na strzępy? – zapytał Morley, nie kładąc na tę wypowiedź specjalnego nacisku, jakby tak naprawdę mu nie zależało. – Sądziłem, że ktoś tak współczujący nie będzie tak łatwo potępiał innych.
– Przepraszam, ale to wy nas przywiązaliście do foteli.
I kłuliście igłami. I piliście naszą krew. Nie, nie widzę żadnego powodu, żeby ci zaufać!
Morley wzruszył ramionami.
– No to pozwól im umrzeć. Jestem pewien, że ich krzyki nie będą ci przeszkadzały.
Rzeczywiście, po drugiej stronie drzwi ktoś zaczął krzyczeć i zamiast łomotać, raczej pukał.
– Michael! Michael! Tu Jacob Goldman. Otwórz drzwi!
Nadchodzą!
Michael wymienił porozumiewawcze spojrzenia z Claire, a potem z Eve i Oliverem. Oliver skinął energicznie głową.
Michael złapał biurko i przyciągnął do siebie, prawie przewracając przy tym Jasona.
– Hej! – zaprotestował Jason. – - Następnym razem ostrzegaj!
– Zamknij się. – Michael pchnął go mocno do tyłu.
Drzwi się otworzyły i do pokoju zaczął się wlewać potok wampirów.
Ludzie Morleya. Podobnie jak on sam nie wyszli z tego bez szwanku. Wszyscy, łącznie z Jacobem i Patience Goldmanami, wyglądali, jakby walczyli o życie. Niektórzy byli ranni, a Claire wiedziała z doświadczenia, że naprawdę trudno zranić wampira.
Jacob ściskał zakrwawioną prawą rękę. Patience podtrzymywała go z drugiej strony. Nawet Eve trochę się przejęła, widząc jego bladą jak lód twarz i niewidzące spojrzenie. Wyglądało na to, że wampir naprawdę cierpi.
Patience posadziła go pod ścianą i kucnęła obok, podczas gdy Morley i Oliver, z pomocą Michaela, zaczekali, aż do pokoju wejdą wszystkie wampiry, po czym stworzyli przed drzwiami barykadę.
Wampirów Morleya nie było już tyle, co wcześniej.
– Co się stało? – Claire zapytała Patience. Wampirzyca podniosła na nią wzrok, w którym czaił się taki strach, że aż przyprawił Claire o dreszcze.
– Nie dało się ich zatrzymać – powiedziała. – Przyszli po naszych więźniów. Oni nie… nie mogliśmy ich powstrzymać. Nawet kiedy zniszczyliśmy jednego, z cienia wychodziły kolejne dwa. To było… nie mogliśmy ich zatrzymać. – Spojrzała na Jacoba. Zamknął oczy. Wyglądał, jakby był martwy, bardziej martwy niż inne wampiry. – Prawie urwały Jacobowi ramię, gdy próbował bronić ludzi. Ale nie mogliśmy nic zrobić.