Выбрать главу

Zdawała się zszokowana i zrozpaczona. Claire położyła rękę na ramieniu Patience, a tę przeszedł dreszcz.

– Już dobrze – powiedziała Claire. – Jesteśmy bezpieczni.

– Nie. Wcale nie jesteśmy. To nie są wampiry, Claire. To zwierzęta, wściekłe bestie. A my… a my jesteśmy dla nich taką samą zwierzyną, jak wy.

– No dobra – odezwał się Morley, podnosząc głos na tyle, aby wszyscy go usłyszeli. – Słuchajcie, zamknąć się! Nie możemy tu zostać…

– Autokar płonie… – rzucił ktoś spod okna. Morley zamilkł na moment, najwyraźniej nie spodziewając się takie¬ go obrotu sprawy, po czym z prędkością światła przeszedł nad tym do porządku dziennego.

– W takim razie nie skorzystamy z autokaru. Ciemniaki.

Znajdziemy jakieś inne wyjście z tego cmentarzyska.

– W słońcu? – zapytał Jacob. Miał cichy, przepełniony bólem głos. – Nie wszyscy są w stanie długo wytrzymać na słońcu, a nawet ci będą cierpieć. Wiesz o tym.

– Macie wybór: iść i się poparzyć albo zostać i dać się rozszarpać. – Morley wzruszył ramionami. – Moim zdaniem poparzenia się goją. Natomiast nie wiem, jak z oderwanymi częściami ciała i jakoś nie mam ochoty sprawdzać.

– Coś się zbliża! – krzyknął głos spod okna. – Ciężarówka. Dostawcza.

Claire przepchnęła się przez tłum wampirów, ignorując ich zimny dotyk i niezadowolone prychania i dotarła pod samo okno, gdzie ponad metr podłogi nadal oświetlało słońce. Eve już dawno zajęła tę miejscówkę, ale zrobiła trochę miejsca dla Claire.

Ciężarówka była duża i żółta. Przypuszczalnie do przewozu pieczywa z dużą skrzynią bez okien. Claire patrzyła, jak pojazd przeskakuje przez krawężnik, toczy się po trawniku, rozpędza i przewraca ogrodzenie wokół merostwa. Ominęła pomnik patrona miasta, ale wprawiła go w takie drżenie, że cały posąg zaczął się niepokojąco chwiać, aż w końcu grawitacja zwyciężyła i pomnik wylądował twarzą w trawie.

Na szczęście nie przed ciężarówką.

Ta zawróciła i podjechała tyłem tuż pod okno. Zatrzymała się przed murem, a z szoferki wyskoczył Shane. Podbiegł do okna i uśmiechnął się szeroko do Eve i Claire.

Uśmiech znikł mu z twarzy, gdy tylko wzrok przyzwyczaił się do ciemności i zobaczył stłoczone w pokoju wampiry.

– Co…

– Ludzie Morleya – wyjaśniła Claire. – Wygląda na to, że teraz wszyscy jedziemy na tym samym wózku.

– Mnie… się to średnio podoba.

– Wiem. Ale wszyscy musimy się stąd wydostać.

Shane pokręcił głową. Potargane włosy przykleiły mu się do spoconej twarzy, ale odwrócił się i otworzył tylne drzwi ciężarówki. W środku nie było wiele miejsca, ale może wystarczy dla wszystkich wampirów.

– Wezmę tyle, ile się zmieści. Ale serio, jak tylko stąd wyjedziemy, każdy działa na własną rękę.

– Jasne – odezwał się Morley i wyszedł na słońce. Jeśli mu doskwierało, to tylko na tyle, by musiał zmrużyć lekko oczy. Złapał ramę okienną i wyrwał ją jednym szarpnięciem, po czym odrzucił w trawę.

– Dobra, najmłodsi przodem. Już!

Nastąpiła chwila wahania. Ale kiedy Morley warknął cicho, wampiry zaczęły wychodzić, szybko przeskakiwać przez nasłonecznioną przestrzeń i chować się w bezpiecznych ciemnościach ciężarówki. Po kilku sekundach w pokoju pozostali już tylko Claire, Michael, Jason, Eve, Morley i Oliver, a za oknem stał Shane.

– Mówiłem, że najmłodsi przodem – powtórzył Morley, łypiąc na Michaela. Michael uniósł blade brwi. – Idiota.

– Zostaję z przyjaciółmi.

– To wygląda na to, że będziesz się musiał z nimi opalać, bo w środku nie ma już miejsca.

– Nie – odezwał się Oliver. – Michael wsiada do tyłu.

A ty i ja jedziemy na zewnątrz.

– Na zewnątrz? – roześmiał się ponuro Morley.

– Jestem pewien, że rozumiesz, co mam na myśli. – Oliver nawet na niego nie patrząc, złapał Michaela za ramię i prawie rzucił nim przez otwartą przestrzeń do ciężarówki. Michael upadł na niewielki kawałek pozostałej wolnej przestrzeni i został wciągnięty do środka przez Patience Goldman, która wyglądała na mocno zdenerwowaną, prawie przerażoną. Shane zatrzasnął tylne drzwi ciężarówki pobiegł do przodu.

– Dobra, ruszać się, drogie panie!

Jason nie czekał na to, aż dziewczyny się ruszą. Wyskoczył z budynku i wsiadł pierwszy. Oliver wypchnął Eve przez okno, a ta pobiegła do szoferki, w której usadawiał się już Jason. Claire podążyła za nią, unikając jakiejkolwiek pomocy od Olivera, i kiedy stanęła na wysokim progu szoferki, zobaczyła, jak Oliver i Morley wyskakują z budynku i kładą się płasko na wierzchu ciężarówki, w pełnym słońcu, z szeroko rozstawionymi rękami i nogami, aby utrzymać równowag. Zatrzasnęła za sobą drzwi i wcisnęła się obok Eve, podczas gdy Jason siedział po jej drugiej stronie, obok Shane'a.

– Nie można było usiąść na zmianę? Chłopak, dziewczyna, chłopak? – zaczął narzekać Shane, uruchamiając silnik. – Cofnij się, dziwolągu.

Te ostatnie słowa były skierowane do Jasona, który najwyraźniej usiadł za blisko Shane'a. Claire próbowała przesunąć się bliżej drzwi pasażera, ale kabina nie była stworzona dla czterech osób, bez względu na to, jak szczupli by byli. A Shane nie należał do malutkich.

– Po prostu jedź, cwaniaczku – warknął Jason. Shane wyglądał, jakby rozważał, czy go nie walnąć. – No chyba że masz ochotę na dwa pieczone wampiry na dachu.

– Cholera – rzucił Shane i spojrzał na kierownicę tak, jakby go osobiście obraziła. Wrzucił bieg i ruszył przez trawę. Uderzył mocno w krawężnik, sprawiając, że Claire wylądowała na desce rozdzielczej, z trudem się podniosła, podczas gdy ciężarówka turlała się w przód i w tył, odzyskała przyczepność i pognała w dół ulicy.

– Gdzie ty, do cholery, jedziesz? – krzyknął Jason.

– Twoja siostra może mówić. Ty nie.

– Gdzie ty, do cholery, jedziesz, Shane? – odezwała się Eve.

– Do biblioteki. Obiecałem, że oddam ciężarówkę.

Claire zamrugała, patrząc na niego i Eve, po czym pokręciła głową.

– Musi być zdesperowany. Shane jedzie do biblioteki. I mimo wszystko to było całkiem zabawne.

Rozdział 11

Biblioteka była jakiś kwartał dalej, po lewej. Minęli wiele pustych budynków z powybijanymi oknami. Zniszczenia, które zdawały się nastąpić po okresie dobrobytu. Ale nie wyglądały na niedawne.

Wszystkie okna biblioteki były całe, a wejścia pilnowali ludzie – pierwsi żywi ludzie, jakich Claire widziała w Blacke. Doliczyła się czterech, uzbrojonych w strzelby i kusze.

– Mój typ biblioteki – stwierdził Shane. – Z tą całą bronią i wszystkim. Szukałem ciężarówki i oni mi ją udostępnili, ale tylko pod warunkiem, że ją odprowadzę. To wygląda na przyjemne miejsce. A przynajmniej dowiemy się, co tu się dzieje. I może złapiemy autobus albo coś.

Strażnicy przed biblioteką najwyraźniej byli czujni. Mężczyźni ze strzelbami trzymali nadjeżdżającą ciężarówkę na muszce i wyglądało na to, że nie zawahaliby się strzelić. Claire chrząknęła.

– Hm… Shane?

– Widzę. – Zwolnił prawie do zera. – Hm, podejrzewam, że zdanie: „Cześć, jesteśmy miłymi nieznajomymi z grupą wampirów w waszej ciężarówce dostawczej" raczej im się nie spodoba.

Wrzucił wsteczny.

– To chyba jednak nie był taki dobry pomysł, jak sądziłem.

– Może powinniśmy…

Cokolwiek chciała zaproponować Eve, okazało się nieistotne, bo dwa radiowozy z kolejnymi uzbrojonymi ludźmi wyjechały z rykiem z bocznych uliczek obok biblioteki i zablokowały Shane'owi drogę. Shane zahamował. Ktoś otworzył drzwi od strony Claire i wielki facet ze strzelbą spojrzał na nią, złapał i wyciągnął na gorący chodnik. Przycisnął jej na moment palce do szyi, po czym krzyknął: