– Żywa!
– Ta też! – odkrzyknął jego kumpel, który wyciągnął z szoferki rzucającą się i krzyczącą Eve. – Uważaj, dziewczyno!
– Sam sobie uważaj, zboczeńcu! Gdzie z łapami!
– Hej, zostaw ją! – To Jason wygrzebał się z szoferki za Eve i wyglądał na takiego samego rozgorączkowanego małego maniaka, jakim Claire zapamiętała go z ich pierwszego spotkania. Może był trochę czystszy. Może…
Najwyraźniej zdaniem uzbrojonego strażnika ruszał się za szybko, bo dostał kolbą w żołądek i padł na ulicę. Eve wykrzyczała jego imię, po czym ktoś ją podniósł i dosłownie zaniósł z Claire do biblioteki.
– Nie! – krzyknęła Claire i spojrzała w stronę ciężarówki. Shane'a właśnie wyciągano zza kierownicy, a Jasona stawiano na nogach.
Nie wyglądało to dobrze. I gdzie u licha był Oliver i Morley? Nie było ich już na dachu ciężarówki.
Oliver zeskoczył z dachu biblioteki i kopnął faceta trzymającego Claire. Zepchnął ją z drogi, podczas gdy facet trzymający Eve wycelował kuszę i wystrzelił. Oliver złapał bełt w powietrzu i złamał grube drzewce w palcach. Uśmiechał się szeroko.
– Puść dziewczynę – zażądał. – Grałem już w tę grę z wieloma lepszymi od ciebie. I wszyscy zginęli, przyjacielu.
Zaróżowił się od słońca, ale nie płonął. Jeszcze nie. Może czuł się nieprzyjemnie. Strażnik rozejrzał się wokół, szukając wsparcia, i odnalazł je w postaci biegnących mu na pomoc dwóch innych mężczyzn w kowbojskich kapeluszach.
Ze strzelbami.
Claire rzuciła się do przodu, rozkładając ramiona. Eve wydała ostrzegawczy okrzyk, ale Claire stanęła przed Oliverem, gdy mężczyźni unieśli broń.
– Poczekajcie! – krzyknęła. – Poczekajcie moment! On jest z nami!
Strzelby skierowały się na Claire. O kurczę.
– Prowadzasz się z krwiopijcami? – zapytał jeden stanowczym, groźnym tonem. – Taka mała dziewczynka jak ty?
– On nie jest taki, jak… jak te stwory w sądzie. – Uniosła ręce w poddańczym geście i zbliżyła się do nich o krok. – Nie powinno nas tu być. Chcemy tylko stąd odjechać, dobrze?
Wszyscy. Chcemy opuścić miasto.
– No, ale nie opuścicie – oznajmił facet trzymający Eve. – Ani ty, ani twoi zębaci przyjaciele. Nie pozwolimy, aby to coś się rozniosło. Blacke przechodzi kwarantannę.
Otworzyły się ciężkie drzwi biblioteki i wyszła niska, siwowłosa kobieta. Nie wyglądała na przywódcę – Claire nie zwróciłaby na nią uwagi w tłumie – ale wszyscy natychmiast spojrzeli w jej stronę, a Claire poczuła, jak centrum uwagi przenosi się w jej stronę.
– Charley? – zapytała kobieta. – Czy ty celujesz z broni do tej ślicznej dziewczynki? Słyszałam, że jest żywa.
– Jest z nimi!
– Charley, nie ma współpracowników. Wiesz o tym.
Albo jest zarażona, albo nie. Nie ma nic pomiędzy. Tak więc opuść broń, proszę. – Miły głos kobiety zyskał stalowy ton. – Opuść ją, natychmiast.
– Ten za nią jest zarażony! – odezwał się Charley. – To pewne.
– Tak naprawdę – odpowiedział Oliver – w sensie, o który ci chodzi, nie jestem zarażony. Nie w ten sposób, w jaki myślisz.
Starsza kobieta natychmiast zsunęła z ramienia pasek, załadowała bełtem kuszę i strzeliła wprost w pierś Olivera.
Przewrócił się i padł z głuchym odgłosem na ziemię. Claire krzyknęła i do niego podbiegła. Ale kiedy sięgnęła, by wyciągnąć mu z piersi bełt, kobieta złapała ją za ramię i szarpiącą się odciągnęła. Pchnęła ją w stronę jednego ze strażników, który mocno ją przytrzymał.
– Wiecie, co robić – zwróciła się do innego, skinąwszy głową w stronę Olivera. – Wprowadźcie dzieci do środka.
Nie chcę, żeby to widziały.
– Nie, nie rozumiesz! – krzyknęła Claire. – Nie możesz…
– Rozumiem, że jest wampirem i że z jakiś dziwnych powodów chcesz go chronić – odpowiedziała kobieta. – A teraz bądź cicho. Tu jesteś bezpieczna.
Claire pomyślała o wszystkich wampirach zamkniętych z tyłu ciężarówki. Michael.
Nie mogła im o tym powiedzieć. Jeśli zamierzali tak po prostu zabić Olivera, wolała sobie nie wyobrażać, co postanowiliby zrobić z uwięzionymi w ciężarówce wampirami. To byłoby zbyt proste. Słońce chyliło się ku horyzontowi. Może, jeśli schowa się za budynki i będzie dość cienia, wampiry zdołają wydostać się z ciężarówki i uciec.
Kobieta przyjrzała jej się uważnie.
– Zdajesz się nad czymś mocno zastanawiać – zauważyła. – Nad czym?
– Niczym.
– Aha. Jak się nazywasz? – A kiedy Claire nie odpowiedziała, kobieta westchnęła. – No dobrze, jestem pani Grant.
Jestem bibliotekarką. I w tym momencie stanowię władzę w Blacke, ponieważ nasi sędziowie pokoju i urzędnicy nie żyją. Zachowujmy się po przyjacielsku. Powiedziałam ci, jak się nazywam. A ty jak masz na imię?
– Claire.
– I skąd jesteś, Claire?
Claire spojrzała jej prosto w oczy. I powiedziała:
– To nie twoja sprawa.
Siwiejące brwi pani Grant uniosły się, ale jej bladozielone oczy nie zdawały się zaskoczone.
– No dobrze. Wejdźmy z twoimi przyjaciółmi do środka, a potem powiesz mi, dlaczego uważasz, że ten wampir był kimś, na kim powinno ci zależeć.
Claire spojrzała przez ramię, podczas gdy wpychano ją do środka. Ludzie odnosili gdzieś Olivera, zupełnie bezwładnego.
A ona nic nie mogła zrobić.
W bibliotece było chłodno i ciemno. Oświetlenie było głównie naturalne, z okien, ale było też kilka fluorescencyjnych i diodowych lampek kempingowych, a na stołach stało trochę lamp naftowych w dawnym stylu. Biblioteka Blacke była większa, niż można się było spodziewać, z rzędami regałów i wieloma dodatkowymi salami. Po środku zostało stworzone coś na kształt kwatery głównej, z małym biurkiem, laptopem i jakimś generatorem prądu na pedały. Na okolicznych półkach leżała broń, w tym sterta srebrnych łańcuszków. Claire podejrzewała, że była to biżuteria zebrana z całego miasta. Było też sporo środków pierwszej pomocy.
W bibliotece było jakieś dwadzieścia czy trzydzieści osób. Trudno było powiedzieć, bo ludzie siedzieli na łóżkach polowych porozstawianych po całej bibliotece. Claire usłyszała czyjś szept, a potem płacz. Jakby małego dziecka, cztero – czy pięcioletniego.
– Co to? – zapytała, rozglądając się w koło.
Pani Grant zaprowadziła ją do długiego stołu dla czytelników i zaproponowała krzesło.
– Tyle zostało z naszego miasta. Ci ocaleli. Jesteśmy twardzi, mówię ci.
– Ale… – Claire oblizała zaschnięte wargi i usiadła. – Co się tutaj stało?
Pani Grant zaczekała, aż pozostali – Eve, Shane i Jason – zostaną posadzeni na krzesłach, mniej lub bardziej delikatnie. Shane był wściekły i wyglądał tak, jakby poważnie myślał o porwaniu broni z któregoś regału. Najwyraźniej pani Grant to zauważyła, bo wskazała dwóch ze swoich krzepkich kowbojskich strażników i kazała im stanąć za Shane'em, odgradzając go od półek.
– Blacke nigdy nie było specjalnie na szlaku – odezwała się pani Grant. – Większość mieszkańców urodziła się tutaj, a ich rodziny mieszkały tu od wieków. Rzadko widujemy tu obcych.
Właściwie podobnie było w Morganville, ale tam przynamniej mieli atrakcję w postaci uniwersytetu. Podobnie z resztą było z wszystkimi innymi miasteczkami w okolicy. Claire skinęła głową.
– Pewnej nocy przybyli do nas goście. Stary mężczyzna w garniturze, z siostrzenicą i siostrzeńcem. Zagraniczni.