Выбрать главу

Naciągnięcie cięciwy było zaskakująco trudne, podobnie jak utrzymanie strzały w miejscu i niemachanie nią na wszystkie strony. Za pierwszym razem nie trafiła nawet w krzesło i skrzywiła się, gdy strzała uderzyła w ścianę, cztery metry od celu. Ale przynajmniej udało jej się wystrzelić. Zawsze to coś, prawda?

Wzięła drugą strzałę i jeszcze raz.

Po jakiś dwudziestu próbach udało jej się wreszcie trafić w krzesło. Wprawdzie nie w tarczę, ale przynajmniej zaczęła wreszcie rozumieć, jak działa łuk. Było jej łatwiej, gdy myślała o nim w kategoriach praw fizyki – o potencjalnej i kinetycznej energii i przyspieszeniu.

Kiedy skupiała się na obliczeniach, przestała myśleć o wszystkim, co ją do tej pory rozpraszało – utrzymywaniu łuku, celowaniu, obawie, że nie zrobi tego tak jak należy – i nagle po prostu załapała. Wszystko nagle stało się jasne, skupiła się i wypuściła strzałę.

Wiedziała, że trafi. Opuściła łuk na dół, obserwując uważnie strzałę, która trafiła dokładnie w środek narysowanej tarczy.

Fizyka.

Kochała fizykę.

Shane podbiegł akurat w tym momencie. Przystanął, gapiąc się to na tarczę, to na Claire, wyprostowaną, z łukiem trzymanym luźno w dłoni, gotową do oddania kolejnego strzału.

– Wyglądasz niesamowicie podniecająco w tej chwili.

Uśmiechnęła się do niego szeroko i poszła pozbierać strzały. Kilka ucierpiało w kontakcie ze ścianą, ale pozostałe nadawały się do kolejnego użycia. Włożyła je starannie do kołczanu.

– Lubisz mnie tylko dlatego, że tym razem mogę się okazać przydatna.

– Zawsze jesteś przydatna. I podniecająca. Mówiłem to już, prawda?

– Jesteś szurnięty. Potrzebujesz prysznica, czystych ubrań i jakiś rok snu.

– A myślałem, że taki wymęczony jestem pociągający.

– Pozwól, że zamienię się na chwilę w Eve – powiedziała i trzepnęła go w ramię. Zaśmiał się i ją pocałował.

– Do pięt jej nie dorastasz. Chodź, musimy uratować pewnego wampira zgreda.

Rozdział 13

Na zewnątrz było wciąż ciemno, ale w powietrzu czuło się… że niedługo coś się zmieni. Jakby świat wciąż jeszcze śnił, ale śnił o tym, że się zbudzi. Powietrze było świeże i chłodne, a ciemność już odrobinę się rozjaśniała.

– Już niedługo świt – powiedział Michael. – To dobra i zła wiadomość.

– Dla nas dobra – odparł Shane. – No, nie licząc naszego towarzystwa.

– Nie ma jak przyjaciel.

– Jeśli zaczniesz płonąć, to wturlam cię w cień. Ale nie licz na więcej, jeśli chodzi o ratowanie twojego zadka.

Przez kilka chwil stali przed budynkiem i rozglądali się po okolicy. Pani Grant dała im mocne latarki diodowe, ale jakoś ich światło nie sięgało zbyt daleko w mrok. Claire pomyślała, że trzy metry dalej w ciemnościach może się czaić wszystko. I pewnie tak było.

Michael wyłączył latarkę i po prostu… zniknął. Według planu miał wyjść poza obręb światła i rozejrzeć się, czy nic im nie grozi. Takie skrzyżowanie zwiadowcy z przynętą. Chwilę później włączyła się krótkofalówka Claire – nie padły żadne słowa, tylko cichy sygnał elektroniczny.

– Ruszamy! – rzuciła. – Droga wolna.

Biegli, starając się patrzeć pod nogi w zdradliwym, ostrym świetle latarek. Blacke przypominało senny koszmar albo hollywoodzką dekorację do filmu katastroficznego – zniszczone budynki, porzucone samochody, pozamykane i ciemne budynki, wybite szyby w oknach. Nad wszystkim górowało wielkie gotyckie merostwo. Pomnik Hirama… jak mu tam… leżał w wysokiej trawie; Claire pomyślała, że właściwie to chyba najlepsze dla niego miejsce. Przynajmniej nie pochylał się niebezpiecznie i nie groził, że zwali się na ludzi. Szczególnie na nią, bo to byłaby najgorsza śmierć kwalifikująca do nagrody Darwina.

Dotarli do chodnika przy merostwie.

– Tędy – wskazał Shane. – Powinien być na tamtym rogu, naprzeciwko merostwa.

Michael nagle wyłonił się z cienia.

– Nadchodzą. Za nami i na lewo. Z tyłu merostwa.

– Uciekać! – krzyknął Shane i ruszyli. Światła latarek migotały, odbijając się od potłuczonego szkła i metalu. Metalowy płot wokół merostwa był powyginany i Shane musiał co chwilę robić uniki, aby nie nadziać się na ostre, pokryte rdzą ozdobne ornamenty ogrodzenia sterczące na wysokości jego twarzy. Claire potknęła się o jeden z metalowych prętów, który odpadł od ogrodzenia. Kopnęła go na bok, ale po chwili go podniosła.

– Nie zatrzymuj się – syknęła Eve i pociągnęła ją.

Metalowy pręt z ostrym zakończeniem w kształcie grotu strzały był ciężki, ale według Claire mógł się nadać jako włócznia. Claire udało się go przez chwilę trzymać w ręce, ale na następnym krawężniku znów się potknęła. Latarka wypadła jej z ręki i rozbiła się na ziemi. Błysnęła jeszcze mocniejszym światłem i zgasła.

Nagle pojawił się przy niej Michael, podał jej swoją latarkę i wziął od niej pręt.

– Biegnij dalej! – krzyknął i odwrócił się, aby pilnować tyłów. Eve spojrzała za siebie. W świetle białych diod jej twarz była niezwykle blada, a ciemne oczy wielkie i przerażone.

– Michael?

– Nie zatrzymuj się!

Został jakieś trzy czy cztery kroki za nimi i zniknął w ciemnościach. Claire usłyszała jakby warknięcie i coś jakby uderzenie ciała o ziemię.

A potem krzyk, wysoki i dziki.

Przed sobą w blasku latarki ujrzała fragment czegoś w kolorze wyblakłego różu. Był to pochylony, poruszający się ze zgrzytem drogowskaz. Claire nie była pewna, ale wydawało jej się, że rdzawe litery układają się w słowo „warsztat".

Kilka metrów dalej ujrzała budynek z surowej cegły, przed którym stało kilka starego typu dystrybutorów paliwa. Wyglądały, jakby nie działały od czasów dzieciństwa matki Claire. Szyby w oknach budynku były wybite, ale okna zasłonięte tak dokładnie, że nie dało się zajrzeć do środka.

Shane dobiegł do drzwi budynku – były podrapane i wypłowiałe, z metalowymi zawiasami – i zaczął w nie walić pięściami.

– Oliver! – krzyknął. – Kawaleria!

Zabawne, Claire nie czuła się specjalnie jak kawaleria. Że niby przy galopowali, strzelając z pistoletów, aby ratować sytuację, tak? Czuła się raczej jak ścigany królik. Serce jej waliło i mimo chłodu pociła się i trzęsła. A jeśli to pułapka?

Drzwi otworzyły się i z ciemności wysunęła się czyjaś ręka, która złapała Shane'a za koszulę i wciągnęła do środka.

– Nie! – Claire, widząc Shane'a wciąganego do środka, rzuciła się do przodu, unosząc wysoko latarkę. Nie mając czasu ani miejsca by naciągnąć łuk, rzuciła go na bok, wyciągnęła z kołczanu strzałę i zamachnęła się na wampira, który odciągał gdzieś Shane'a.

Oliver się odwrócił, warknął i wytrącił strzałę z ręki Claire, uderzając tak mocno, że aż jej dłoń zdrętwiała. Złapała powietrze i cofnęła się, bo Oliver… wyglądał przerażająco. Był brudny, w podartym ubraniu, a ramie i przód koszuli miał we krwi.

Na jego gardle była widoczna świeża rana, która powoli zaczynała się goić.

Claire uświadomiła sobie, że to jego krew. Coś… ktoś… go ugryzł. I prawie zabił.

– Do środka! – rzucił, gdy Eve podeszła do drzwi i zajrzała do środka. – Michael?

Michael złapał upuszczony przez Claire łuk i wepchnął Eve do środka, zatrzaskując za sobą drzwi. Zamknął duże, staroświeckie metalowe zasuwy i rzucił Claire łuk. Oliver wskazał na grubą deskę, którą Michael wsunął w uchwyty po obu stronach drzwi.

W tym samym momencie coś uderzyło w drzwi tak mocno, że metalowe bolce wygięły się, a deska pękła.

Na zewnątrz coś jęknęło i zaczęło drapać drzwi szponami.