Ewa podeszła do okna i rozchyliła zasłony. Za oknem spływały wodospady deszczu. Niebo, jeszcze godzinę temu tylko szare, przybrało sinoołowiany kolor i było tak nisko, że wydawało się głaskać dach domu.
– Oberwanie chmury – westchnęła zdziwiona i pomyślała: “Dobrze, że Myszka odkryła strych, bo nudziłaby cały dzień, żeby iść na spacer. Myszka nie rozumie, dlaczego nie można chodzić w deszczu…”
Wyciągnęła się na kanapie i kartkowała kolorowe magazyny. Oglądała zdjęcia wnętrz rezydencji, które przypominały ich dom sprzed paru lat. Uśmiechała się do modelek w wyszukanych toaletach i do reklam kosmetyków, w cudowny sposób dodających urody; do zdjęć dawnych znajomych z okolicznościowych imprez, na których zastygli w wyszukanych pozach, ze zrobionymi u kosmetyczki twarzami bez żadnej zmarszczki. Obejrzała fotoreportaż z balu charytatywnego i bez zdziwienia, i nawet bez żalu, odkryła na jednym z nich Adama. “Mogliśmy być tam razem, lecz jestem taka zmęczona…”, pomyślała sennie i odwróciła stronicę. Ten magazyn był równie nierealny jak telewizyjne “Wiadomości”.
A woda bulgotała, huczała, śpiewała i wydawała się być wszędzie, choć przecież wcale jej nie było w tym bezpiecznym, suchym pokoju.
Woda bulgotała, huczała, śpiewała i gdy rozsunęły się już wszystkie zasłony mroku, nawet ta w kolorze miękkiej sadzy – wydawała się zalewać całą przestrzeń. A jednak Myszka się nie bała.
Gdy wpatrzyła się w skłębione masy wzburzonej wody, stwierdziła, że w jej wirowaniu, przelewaniu się, w tym dzikim, żywiołowym tańcu jest jakaś prawidłowość.
“Woda układa się”, pomyślała, przypominając sobie klocki. Raz udało się jej zbudować z klocków gładką, równą płaszczyznę, i był to wielki wyczyn, nagrodzony uściskami mamy. A teraz woda układała się podobnie, rozlewając się szeroko i zarazem wciąż spływając z góry, żeby zrobić miejsce dla czegoś, co napływało z wysoka i wymuszało dla siebie miejsce w przestrzeni.
Po chwili to coś, co najwyraźniej szukało dla siebie miejsca, zaczęło wyłaniać się sponad wody. Początkowo było światłem; nie złotym jak słońce czy żółtym jak żarówka, ale błękitnym i lśniącym w tym błękicie jak górski kryształ. Woda rozstępowała się i rozstępowała, a tajemniczego błękitu przybywało z każdą chwilą. Gdy Myszka wpatrzyła się weń, dostrzegła, że podobnie jak zasłony czerni, tak i błękit ma różne odcienie i natężenia, poczynając od barwy przypominającej wyblakłe oczy listonosza, a kończąc na jaskrawym, gęstym, prawie granatowym szafirze. Potem spostrzegła, że w tym oślepiającym błękicie trwa ruch, że ma on niezmierzoną głębię, o wiele głębszą niż woda, właściwie bezkresną, i że płyną po nim białe, pierzaste kształty.
“Chmury…?”, pomyślała niepewnie i aż drgnęła z wrażenia: “To przecież niebo! Najprawdziwsze niebo!”
Niebo rozpostarło się nad wodami i niebieszczało spokojnie, a nawet leniwie. Wydawało się, że trwać już tak będzie wiecznie: bezkresny błękit, nie mający początku ani końca – i ta szeroko rozlana woda, w której przeglądał się on w swej nieskończoności.
Nagle Myszka znieruchomiała. Poczuła, że zaraz coś się stanie. Coś ważnego. Nie miała pojęcia, skąd to wie, ale wiedziała. Także woda przestała wirować i trwała w oczekiwaniu. Wszystko znieruchomiało – woda, błękit, pierzaste chmury. A potem poprzez wodę, niebo, poprzez strych wionęło ku Myszce coś jak słaby wietrzyk; wkrótce nabrało sił i spotężniało do silnego wichru, a Myszka od razu wiedziała, co to jest: oddech. Czyjś swobodny, głęboki oddech, który dotarł aż tutaj, do niej, na strych. Zamarła, bez lęku, lecz z takim natężeniem ciekawości, że aż ją zabolało. I wtedy wokół przetoczyły się dźwięki:
– TO JEST DOBRE – powiedział, a raczej zaśpiewał huczący Głos, mówił bowiem bardziej muzyką niż słowem.
Myszka usłyszała. I zrozumiała. I zarazem pojęła, że Głos nie mówi do niej, lecz do siebie, z namysłem, z powątpiewaniem, ze zmęczonym półwestchnieniem, a to westchnienie znów przetoczyło się grzmotem przez wodę, przez niebo i przez strych. Nie miała odwagi spytać, do kogo należy Głos, i przyjęła z pokorą, że skoro Ktoś mówi, to ten Ktoś gdzieś jest, choć miejsce Jego przebywania jest nieokreślone. A jednak posiadacz tego Głosu musiał być ogromny, ba, nieskończony w swym ogromie.
“Mówi do siebie, więc musi być sam”, stwierdziła, zastanawiając się, czy taka samotność, ponad wodami, poprzez niebo, a nawet poprzez strych, nie jest zbyt wielką samotnością.
Tego rodzaju myśli przychodziły do niej falą obrazów i doznań, układając się w nieskończone ciągi zdań. Było ich jednak za dużo, prawie tyle co wody, i Myszka nie nadążyłaby za nimi głośno wypowiadanymi słowami, których cierpliwie uczyła ją mama. Zresztą słowa, które znała, nie oddawały tego, co czuła, ani nawet tego, co oglądała swymi opuchniętymi, skośnymi oczami. Ani tam, na dole, ani tu i teraz.
Woda nagle uspokoiła się i rozpostarła szeroko, powoli gęstniejąc; sprawiała wrażenie, że nabrała masy i ciężaru; jej barwa mroczniała, już nie była przejrzysta i tylko tam, gdzie odbijało się niebo, niebieszczała jak ono.
Niebo tymczasem wybrało sobie kolory; do wypłowiałej niebieskości, do zwiewnego błękitu, głębokiego szafiru i zapowiadającego noc granatu doszły kolory szare lub rozbielone, jak chmury; chmury poruszały się leniwie, to znowu szybko, jakby gnając na wyprzódki jedna przed drugą. I Myszka zrozumiała, że jeśli woda ma swój kres, to niebo go nie ma i mieć nie będzie. Że woda mogła się ułożyć, lecz niebo nie ułoży się nigdy; zachowa na zawsze swój niepokój w głębokim spokoju; swój ruch w bezruchu.
Znowu poczuła na sobie Jego oddech:
– TO JEST DOBRE – powtórzył Głos, ale już nie słychać było w nim cienia wątpliwości.
– To jest dobre – przytaknęła mu gorąco Myszka, wiedząc, że i tak jej nie słyszy. Bo to naprawdę było dobre.
Wszystkie zasłony czerni, poczynając od tej o głębokim kolorze sadzy, aż po szaropopielatą jak skrzydła gołębia, ponownie zasunęły się z pajęczym szelestem, otulając ją poczuciem spokoju i zarazem odgradzając od wody i nieba.
– Myyyyszka! Kolacja! – wołała mama gdzieś z dołu, a właściwie nie wiadomo skąd, gdyż dziewczynka przez chwilę nie wiedziała, gdzie jest.
“Przecież to strych”, przypomniała sobie, westchnęła, wstała z podłogi i zaświeciła światło. Rozbłysła żarówka i z mroku wyłoniły się swojskie, stare meble babci, a tańczący wcześniej kurz ułożył się na nich do snu. Myszka odruchowo przyłożyła palec do starej kanapy. Palec był suchy. Kanapa też.
Schodząc ostrożnie po schodach, Myszka zapomniała o niespokojnym, rozgadanym śpiewie napływającej zewsząd wody, o bezkresie nieba, które zsunęło się z wysoka, i o tym obcym, potężnym, choć niestrasznym Głosie. Myszka łatwo wszystko zapominała. Ale od niedawna równie łatwo wszystko na nowo otwierało się w jej pamięci. Od czasu strychu.
Jednak idąc przez hol do kuchni, myślała już tylko o kolacji. Usłyszała głuche trzaśniecie drzwi pokoju ojca, potem jego szybkie kroki i wreszcie ujrzała go, jego lekką i elegancką sylwetkę (“pan w telewizorze”, pomyślała, kojarząc go dla odmiany z reklamą wody toaletowej), i przeszła obok, usilnie wtapiając się w ścianę i starając się, by jej nie zauważył. On jak zwykle ominął ją, idąc krokiem człowieka, który się śpieszy i nie widzi nic dookoła.
Ale widział. Zawsze ją widział. Myszka to czuła. – Stych – powiedziała półgłosem, jeszcze raz, by nie zapomnieć. Lecz zaraz zapomniała. I stał się wieczór, dzień drugi.
Dzień trzeci: ziemia
Adam zazdrościł Ewie. Zazdrościł jej złożonych, ale głębokich uczuć, które zdradzała jej twarz, gdy patrzyła na Myszkę. Nawet gdy były to wyłącznie irytacja, smutek czy gniew. Miał świadomość, że ta plątanina emocji to uwzniośla ją, to przygniata do ziemi, lecz równocześnie trzyma mocno przy życiu. On sam dostrzegał w Myszce jedynie ruinę wszystkich, wcześniej tak gładko układających się planów, ambicji, marzeń – i czuł pustkę. I żal.
Nie wiedział, czego ten żal dotyczy. Najczęściej żałował, że nie udało mu się przekonać Ewy do swojej decyzji, i wciąż na nowo rozmyślał o dniu, w którym wiedziony pierwszym, samoobronnym i, jego zdaniem, zdrowym odruchem przygotował i podpisał dokument, dzięki któremu nigdy nie mieli oglądać tego dziecka. Ale powinni być w tej decyzji razem.
Bardzo rzadko czuł do siebie żal, że nie przyłączył się do Ewy. Ale wtedy od razu wyobrażał sobie, jak idzie ulicą, on, człowiek skazany na sukces i przywykły do sukcesów, i prowadzi za rączkę to nieudane, dziwne stworzenie, przyznając się publicznie do klęski. Czuł, że nie umiałby znieść tych spojrzeń pełnych współczucia lub ciekawości. Nie umiałby tłumaczyć, że na 600-700 porodów przychodzi na świat jeden down – oni zaś z Ewą są, na przykład, sześćset czterdziestym siódmym przypadkiem. I że na dodatek to niedorozwinięte dziecko jest paradoksalnym dowodem inteligencji rodziców. Tabele statystyczne jednoznacznie pokazywały, że dzieci z mongolizmem częściej zdarzają się w rodzinach ludzi z wyższym wykształceniem, którzy planują urodzenie dziecka w stosownej porze, uwzględniając wszystkie okoliczności – poza najzwyklejszym przypadkiem. Takim jak ich.