Выбрать главу

Od tego niefortunnego dnia Myszka już nie próbowała zatańczyć dla taty. A taniec nie zawsze dawał jej radość. Z polecenia lekarza mama zapisała Myszkę na gimnastykę specjalną, którą także natychmiast znienawidziła. To nie była gimnastyka, którą dziewczynka czasem widziała w telewizji: panie w kusych strojach machały nogami, bardziej tańcząc niż ćwicząc, w rytm wesołej muzyki. Myszka przed telewizorem też próbowała klaskać jak one i wyrzucać rytmicznie nogi i ręce, choć wiedziała, że tak pięknie jej się nie uda. Ale to było zabawne.

Na sali gimnastycznej, dokąd mama zaprowadziła Myszkę, nie było zabawnie. Słychać było głośne, męczące sapania innych dzieci. I nie tylko dzieci. Byli tu też dorośli, równie ociężali jak ona, nie umiejący poradzić sobie z równoczesnym wymachem nóg i rąk. Widok dorosłych przeraził Myszkę. Do tej pory wierzyła, że jeśli teraz tańczy jedynie w środku, to gdy dorośnie, będzie tańczyć naprawdę.

– Jak będę duża, to zatańczę? – pytała mamy, ale z jej ust słychać było tylko sylabę “taaaaa”, a widok innych dużych, którzy nie umieli tańczyć, przyprawiał ją o lęk. Ale mama gorliwie kiwała głową, gdy Myszka, sapiąc, usiłowała podskoczyć do rytmu. Ktoś mamę nauczył, żeby zawsze kiwała głową, nawet wtedy, gdy Myszka wiedziała, że to co robi, robi źle. “Mama kłamie”, pomyślała po raz pierwszy w życiu.

“Już zawsze będę ciężka”, mówiła sobie i marzyła o chwili, w której mogłaby stać się tak lekka jak dziewczynka z sąsiedniego domu, którą widywała jeżdżącą na rowerze, na desce, na łyżworolkach. Ta dziewczynka była jak motyl, którego Myszka rozgniotła niechcący na szybie. Motyl, fruwając, mienił się tęczowo, tańczył w powietrzu, trzepotał skrzydełkami i był tak śliczny, że Myszka zapragnęła go pogłaskać. Ale gdy zbliżyła do niego grubą i niezgrabną rączkę, owad zamienił się w bezkształtną kleistą masę. Myszka rozpłakała się bezradnie.

“Jestem podobna do TEGO”, pomyślała instynktownie, patrząc na zgniecionego motyla.

Więc wcale nie należało dziwić się tacie, że na jej widok przyśpieszał kroku. Raczej dziwiło, że niekiedy stał schowany za kwietnikiem i na nią patrzył. I robił to nadal, nawet po tamtej strasznej chwili, w której Myszka dla niego zatańczyła. Dziewczynka bała się, że ją obserwuje, bo chce sprawdzić, ile ona umie zrobić takich brzydkich rzeczy. I domyślała się, że on lubi tylko rzeczy ładne.

Mama słusznie odgadła, że tata przypominał Myszce pana z reklamy, którą oglądała w telewizorze. Pan był gładki, elegancki, miał białe zęby jak u wilka, ulizane włosy, biegł przez ekran z telefonem w ręce. Myszka nic nie rozumiała z tego, co pan mówił do widzów sprzed ekranu, bo mówił szybko, z zadowoleniem i pewnością siebie. I gdzieś szalenie się śpieszył. Jak tata. Myszka przypuszczała, że tam, gdzie on biegnie, jest ten świat, o którym mama mówi: “groźne miejsce, bardzo groźne miejsce”. Świat spoza ich ulicy. Ba, spoza ich płotu. Świat pełen telefonów, ubrań, aut, komputerów, pań i panów równie ładnych jak tata.

Myszka marzyła, że pewnego dnia zobaczy, jak pan z telewizora zatrzymuje się, odkłada czarny telefon i nachyla się ku czemuś niewidocznemu, co tkwi skulone w rogu ekranu. A tym czymś jest ona. I pan z telewizora mówi głosem taty:

– Myszka, moje kochanie, jak dobrze ci? widzieć… Pokaż mi, jak tańczysz…

A ona rozbiera się i tańczy, leciutko, zwinnie, i nie przydarza się jej żadne “małe nieszczęście”.

Następnej nocy fruwała we śnie, więc już przy śniadaniu przypomniała sobie, że musi iść na strych, i żeby o tym nie zapomnieć, zaznaczyła krzyżyk na drzwiach kryjących strome schodki. Ale zapomniała równie szybko, jak szybko nabazgrała ten znaczek, i właściwie to mama spytała po obiedzie:

– Nie chcesz się pobawić na strychu?

– Ceeee! – ucieszyła się Myszka, a mama westchnęła z ulgą.

Ewa nie chciała pozbywać się Myszki, chciała tylko oderwać się od rzeczywistości, szybując w cudze uniesienia miłosne, w cudze światy pełne szczęścia, w czyjeś dobrze ułożone życie. Poważnej literatury Ewa już nie była w stanie czytać. Na jej kartkach chodzili smutni ludzie, z problemami równie wielkimi jak jej własny. Wolała świat wykreowany przez lekkie czytadła, świat bez ostrych kantów i bolesnych kolców.

*

Myszka, wspinając się na strych, była szczęśliwa. Z każdym krokiem zbliżała się do rozległej, niczym nie ograniczonej przestrzeni, która wyłaniała się przed nią, ledwie zamknęła za sobą drzwi. Wkraczała w bezpieczny, cichy mrok, o różnej gęstości i barwie.

Myszka nie wiedziała, dlaczego przestrzeń na strychu nie ma początku i końca i jakim cudem tak się dzieje, skoro po zapaleniu żarówki strych stawał się pomieszczeniem zamkniętym od ściany do ściany, od skosu do skosu, a wąską, wolną ćwiartkę podłogi wyznaczały stare meble nieznanej babci. Jednak to wszystko znikało, gdy rozsuwały się kolejne zasłony szarości i czerni z miękkiego, widoczno-niewidocznego splotu, utkanego – jak sądziła Myszka – z pyłu wirującego w świetle lampy. Pył miał różną gęstość i ta gęstość nadawała barwę zasłonom. Podniecona Myszka usilnie wypatrywała najdalszej kurtyny, tej czarnej jak sadza, poza którą rozciągały się niewyobrażalne przestrzenie.

Myszka instynktownie czuła, że ta przestrzeń, choć rozwiera się tylko dla niej, istnieje również bez niej, a ktoś – ten niewidoczny On – wciąż coś w niej stwarza. Błądzi i myli się, poprawia to, co stworzył, a to coś czasem ulatuje daleko, ustępując miejsca nowej, poddającej się Jego woli pustce, z której wyłaniają się kolejne stwarzane światy. Myszka już wiedziała, że TO trwa bez końca. I nie ma początku. Nigdy nie miało.

…tym razem woda była szarozielona i jej fale rozbijały się o jałową ziemię, która wyłoniła się spoza kurtyn mroku. Ziemia była bura, naga i bezbronna w tej nagości. I właśnie wówczas, gdy Myszka pomyślała, że nie chce na nią patrzyć, że woli oświetlony zwykłą żarówką strych, usłyszała “głębokie westchnienie ziemi i ujrzała, że jej brązowe grudy, mniejsze i większe, poruszają się, przemieszczają, spośród nich zaś coś się wyłania z cichym, śpiewnym szelestem. Było to coś niezwykle dziwnego: czerwone i tak jaskrawe, że aż bolały oczy. Wychylało się z ziemi coraz szybciej i wyżej; już miało wysokość palca, potem dwu, wreszcie co najmniej dwóch dłoni Myszki położonych jedna na drugiej. Było miękkie, puszyste i dziwnie znajome, choć obce. Ziemia już nie była naga i bezbronna, lecz przykryta tym niezwykłym czerwonym futerkiem. Myszka bez skutku usiłowała dociec, co to jest, a wtedy znów usłyszała ów potężny, a zarazem powątpiewający Głos, który mówił tak, jakby pytał. Myszka wiedziała, że nie ją pyta, lecz samego siebie.

– TO JEST DOBRE…

I właśnie wtedy, gdy usłyszała w tym Głosie pełne bezradności wahanie, pojęła, co ma przed oczami:

– To trawa!

Czerwona trawa kładła się tymczasem na ziemi głaskana podmuchem niewidocznego wietrzyku, falowała i wciąż rosła, rosła, rosła…

– TO JEST DOBRE… – oznajmił niepewnie Głos i jego brzmienie wydało się Myszce tak samotne, tak bardzo skazane na brak jakiegokolwiek odzewu, że krzyknęła z całej mocy (choć tylko wewnątrz siebie, gdyż bała się, że ktoś na dole ją usłyszy):

– Nie! Nie! To nie jest dobre! Trawa nie może być czerwona! Czerwień jest dla krwi, nie dla trawy!

I nagle czerwona trawa powstrzymała swój płynny wzrost; przestała falować i znieruchomiała, a jej cieniutkie łodyżki przypominały teraz antenki z plastiku, nie rośliny. I nagle zaczęła zmieniać kolor. Najpierw zrobiła się fioletowa, w najbardziej agresywnym, głębokim odcieniu tej barwy, której Myszka szczerze nie lubiła, gdyż wydawała się jej smutna.

– Oooch… – powiedziała zmartwiona. – Proszę cię, nie rób fioletowej trawy.

– TO JEST DOBRE… – zawahał się huczący Głos, by nagle urwać i westchnąć tak głęboko, że fioletowa trawa zatańczyła gwałtownie na wietrze.

l znowu morze trawy zaczęło zmieniać kolor. Wyglądało to tak, jakby ktoś ogromnym pędzlem kładł na miękkim fioletowym dywanie rozległe zielone, soczyste plamy. Myszka odetchnęła z ulgą. A gdy cały fiolet zniknął, przykryty nowym kolorem, który tak dobrze znały oczy Myszki – wtedy po raz trzeci odezwał się grzmiący Głos:

– TO JEST DOBRE.

Tym razem dziewczynka nie usłyszała w nim żadnego wahania i uśmiechnęła się zadowolona.

– To jest dobre – przyznała z przekonaniem.