– Mam wrażenie, że…
Niepotrzebnie gada. Twarz Iwony robi się zła.
– Nie płacę ci za opowiadanie wrażeń, do cholery! Nalej!
– Niezdrowa jest – mówi Marta i nalewa do podstawionego kieliszka brunatnego płynu.
– Co ty nie powiesz? Zachoruję? Za pół roku mi się porobią dziury w zębach, a za dziesięć lat wrzody? Dlaczego mi nie każesz wrzucić złotówki, żebym zobaczyła, jak coca-cola zżera nasz cynk, czy co tam dodajecie do tych waszych pieniędzy? Obiecaj mi, że za parę lat dopadnie mnie paradentoza z powodu coca-coli! Obiecaj. – Iwona jest agresywna. – Obiecaj no! Ty masz nie po kolei z tym „niezdrowo”, kobieto! – Podnosi kieliszek w kierunku Marty. – Chcesz trochę?
– Dziękuję – szepcze Marta. Iwona pochyla się nad nią.
– Bez obrażanka koleżanka.
– Bez. – Marta kiwa głową.
– Głupio się kłócimy. – Iwona czuje, że przesadziła.
– Ja się nie kłócę. – Marta jest znowu drewniana, drewniane są jej ręce i jej głos. Żeby tylko brzuch nic nie mówił.
– Jakoś mi tak… Nie wiem… – próbuje się usprawiedliwić Iwona.
Ale Marta już nie jest ta, co przed chwilą.
– Sami sobie robimy to, jak nam jest.
– Czyja ci płacę za komentarze? – Iwona przesuwa się na krawędź łóżka, już nie jest senna, jej oczy zwęziły się.
– Nie wiem. – Marta nie może ukryć irytacji.
– Otóż nie płacę. Już wiesz. – Te słowa rozłażą się na wszystkie strony, zimne, niedobre.
Kobiety milkną.
ŚWIT
Marta unosi się na łokciach i przygląda się śpiącej Iwonie. Prawą rękę Iwona zarzuciła wysoko nad głowę. W bladym brzasku świtu jej gęste rzęsy rzucają cień na policzki, niezmyty makijaż, włosy w nieładzie.
– Co się tak gapisz? – Na dźwięk głosu Iwony Marta podskakuje.
A więc nie spała. Marta się podnosi.
– Nie gapię się. Pozwól mi odejść.
Ręka i pomalowane paznokcie. Lakier francuski, ładny odcień. Maleńki zegareczek obok. Dłoń powoli pełznie w kierunku srebrnej tarczy przy poduszce.
– Przed czasem? Która godzina?
– Masz zegarek obok.
– Już prawie szósta. – Iwona odkłada zegarek na szafkę.
I wtedy Marcie wymyka się:
– Dzięki Bogu.
Iwona unosi brwi w odwiecznym odruchu zdumienia.
– Nie podobało ci się?
– Nie, dlaczego?
– Czy to znaczy, że znowu zaczynamy?
Marta wstaje i podchodzi do szafki. Bierze do ręki świecznik i zaczyna z niego wydłubywać resztki wosku.
– Chyba nie ma potrzeby.
– Nie udało się.
Marta to słyszy, ale wzbiera w niej lekka irytacja.
– Nie wiem, co miałoby się udać.
Idzie w kierunku kosza na śmieci. Zza pleców słyszy pytanie: – Nie możemy pogadać? Marta wydłubuje wosk łyżeczką. Kruszy się nad koszem jak płatki szronu. Głos Marty jest też jak szron.
– Pewnie już szósta.
– Nie możemy pogadać? – pyta jeszcze raz Iwona, jakby godzina nie była ważna, jakby nie była przedmiotem wcześniejszej umowy. Jest szósta. Szósta to szósta.
Marta nie odpowiada. Obchodzi łóżko, zdejmuje kilim, który w brzasku świtu nie jest wcale taki ładny. To nie jest jarzębina, to po prostu czerwone packi, a i liści nie ma. Stara wełna łatwo daje się zwinąć w rulon. Marta odstawia parawan na miejsce, przy zlewie. Odsłania stojak od kroplówki. Ściąga lniany obrus z metalowej szafki. Nawet kwiaty na białym blacie, z którego płatami zeszła farba, straciły swoją świeżość. Marta strzepuje serwetę nad zlewem.
– Wściekła jesteś? – Iwona obserwuje krzątaninę Marty z łóżka.
W Marcie wzbiera pretensja, energicznym ruchem składa i pakuje do torby serwetkę. Jeszcze tylko schować kieliszki, butelkę po szampanie, po coca-coli. Ważne, żeby nie dać się sprowokować.
– Widzę przecież, że jesteś wściekła.
– Już szósta. – Marta odwraca się w stronę łóżka i jednym ruchem ściąga z niego patchworkową kapę. Iwona uśmiecha się i wtedy Marta podejmuje decyzję.
– Owszem, jestem wściekła, że dałam się nabrać – mówi. – Na tę twoją grę.
Iwona wydyma wargi, nie spuszcza oczu z Marty.
– Przypominam, że za niezłą sumę.
Jeszcze dywanik. Niebieski. W izolatce szpitalnej nie może być żadnych dywaników.
– Owszem. To cię usprawiedliwia, prawda?
– Może to ciebie usprawiedliwia? – Ton Iwony jest głębszy. Już się tak głupio nie uśmiecha.
– Może. Dostałam pieniądze i wywiązałam się z umowy. Miałaś tak, jak chciałaś. Jak w domu. Ale czasem ten, kto płaci, jest bardziej upokorzony niż ten, kto bierze. I to jest właśnie taki przypadek.
Spakowana torba jest już przy drzwiach. Marta wyjmuje z szafy pielęgniarski czepek i fartuch, i staje przed umywalką. Lustro jest stare, ale ona wprawnym ruchem poprawia włosy, wciąga fartuch i wkłada czepek. Czerwony pasek ożywia jej zmęczoną twarz. Z tyłu godzi w nią podniesiony głos Iwony:
– A cóż ty wiesz o mnie, żeby wydawać sądy? Nie wiesz nic!
Marta gwałtownie się odwraca.
– Oto pierwsza prawda dzisiejszego dnia. Masz rację. Nic. Nic nie wiem, i dlatego mogę z czystym sumieniem powiedzieć: koniec mojego dyżuru. Wierz mi, to były najciężej zarobione pieniądze w moim życiu. – Marta sięga na krzesło, bierze białą powłoczkę i białą poszwę. Znak szpitalnej pralni jest prawie niewidoczny. Podchodzi do łóżka. – Przepraszam, muszę przebrać pościel.
Iwona posłusznie się odsuwa, a Marta wprawnym ruchem składa kolorowy patchwork w kostkę.
– Nie przypominam sobie, żebym cię specjalnie zmuszała do ich zarobienia, siostro. Ale dwadzieścia tysięcy to niezła suma za dwanaście godzin, o ile orientuję się w tutejszych cenach.
– I owszem. Masz tę swoją nędzną satysfakcję. – Głos Marty jest jadowity. – Może liczysz na to, że się obrażę? Powiem, że mam je…
– …w dupie? – W kpiącym głosie Iwony jest nadzieja, że oto ona zniży się do jej poziomu. Nie.
– …gdzieś! Że mam je gdzieś! Ale ja tego nie powiem. Poproszę czek, zgodnie z umową.
Iwona podnosi się w kierunku szafki, w której szuflada się zacina, wyjmuje długopis i książeczkę czekową. Opiera się na łokciu.
– Proszę bardzo, siostro.
Marcie trzęsą się ze zdenerwowania ręce.
– Dziękuję bardzo. – Brzmi to tak obraźliwie, że Iwona kurczy się na łóżku.
– Przyjdziesz jeszcze do mnie na płatny dyżur, siostro?
Marta jest gotowa do wyjścia. Jej dyżur się skończył. Próbuje upchnąć dywanik do torby, która jest duża i pełna, jak po podróży. Kilim na pewno nie wejdzie. Marta czuje, jak policzki zaczynają ją piec.
– Samo zło! Oto, czym jesteś! Duszę się w jednym pokoju z tobą. – Marta już nie panuje nad swoją wściekłością. – Duszę się, bo tak wielkie jest twoje pieprzone ego, nawet w takiej chwili!
– A w jakiejże to chwili ono jest tak wielkie?
Zawsze ten sam kpiarski ton. Boże, trzeba nad sobą zapanować. Jeśli wyjmie się butelki i dywanik schowa na sam spód, to może się wszystko zmieści. Ale się nie mieści. Butelka po szampanie toczy się pod zlew. Marta podnosi się z kolan i odwraca do Iwony. Ona nie ma prawa się śmiać! Trzeba jej to uświadomić.
– Bądź zadowolona, że masz forsę i możesz sobie kupować czyjąś obecność – mówi Marta. – Moją obecność! I opowiadać te głupie sentymentalne historyjki, od których ma się zmienić świat. Ale on się od tego nie zmieni! Tylko za pieniądze! Bo gdyby było inaczej, kazałabym ci się zamknąć po pierwszym zdaniu! To jest jedyna prawda o tobie, ot co! – Marta rozpędza się, jej słowa nabierają kształtu słów Iwony: – Moja siostra się zsikała… teraz to bym jej powiedziała… Moi rodzice umierali beze mnie… Tak mi było ciężko ruszyć dupę i przyjechać do mamusi i tatusia! Taką ciężką dupę miałam, że nie mogłam przyjechać! A co mnie obchodzi pani życiorys! Trzeba było sobie zamówić księdza i spowiadać się! Cała parafia robiłaby w majtki z radości za to! – Marta macha czekiem. – I kupić sobie rozgrzeszenie! Bo ja ci go nie dam! Ale wtedy nie byłoby tej przyjemności, prawda? – Głos Marty opada w profesjonalny ton grzecznej panny z okienka na poczcie. – A więc do widzenia i jeszcze raz serdecznie dziękuję za pieniążki.
Bierze torbę do ręki i tuż przy drzwiach dogania ją zdanie, w którym nie ma prośby.
– Chciałabym, żebyś przyszła wieczorem.
Klamka już naciśnięta, drzwi już otwarte, ale Marta nie może tak odejść. Jeszcze raz odwraca się i jej słowa są o wiele za ostre.
– Ale ja nie chcę. Kupisz moje chcenie? Wymień cenę, to się będę zastanawiać! A na dzisiaj koniec przedstawienia!
Trzask drzwi i oto Iwona zostaje sama w separatce. Opada na łóżko – biała poduszka, jasne włosy, zmęczona twarz. Przymyka oczy. Drzwi otwierają się, w oczach Iwony pojawia się nadzieja, ale Marta podchodzi do zlewu, podnosi butelkę po szampanie i wychodzi, ostrożnie zamykając za sobą drzwi.