Выбрать главу

Iwona chwilę leży wyciągnięta jak struna, a potem odwraca się w kierunku okna, naciąga na siebie kołdrę i zwija się w kłębek. Za oknem rozległy kasztan zakwita pierwszymi promieniami słońca.

RANEK

Marta delikatnym ruchem dotyka ramienia Iwony. Biały fartuch, czepek, w dłoni termometr.

– Proszę. I chciałam przeprosić za tamto… Jednak umowa to umowa. Nie miałam prawa się złościć, skoro się zgodziłam.

Iwona przeciera oczy, bierze termometr i wkłada go sobie pod pachę.

– Miałam nadzieję, że jesteśmy zaprzyjaźnione.

Marta uklepuje poduszkę, Iwona lekko podnosi się w łóżku.

– Przecież tak naprawdę wcale się nie znamy. – W głosie Marty pobrzmiewa smutek.

Iwona przeczesuje ręką włosy, Marta zgarnia kubek po wczorajszej kawie, trzeba będzie zwrócić uwagę kuchenkowej, żeby zabierała brudne naczynia.

Iwona przypatruje się krzątaninie Marty.

– Przyjechał Saranowicz?

– Nie, coś mu się przedłużyło… – Pod palcami Marty i strumieniem wody puszcza w końcu ten ciemny pasek po kawie w kubku. Marta odstawia czysty kubek na szafkę koło łóżka.

– Coś? To musi być zadowolony…

Marta jest zażenowana. Trzeba jeszcze prześcielić łóżko, potem nie będzie czasu. Przesuwa delikatnie Iwonę.

– Podnieś pupę… Powoli, o tak, to minie… Na razie tak jest, bo… Lekarz mówi, że masz leżeć, możesz być osłabiona po ostatnich lekach, to takie częste pogorszenie związane ze zmianą na lepsze, takie przesilenie. Daj termometr… – Wyciąga rękę, ich dłonie znowu spotykają się na moment, dłoń Marty ucieka, Iwona niezgrabnie próbuje się podnieść. – Nie, nie wstawaj! – mówi Marta ostrzegawczo, i trzeba zaznaczyć jeszcze, jaka temperatura.

– Muszę do łazienki…

– Mowy nie ma! – głos Marty jest zdecydowany.

– Proszę, siostro. Zawieź mnie do łazienki, nie chcę basenu.

Iwona prosi! Marcie robi się przykro. Musi się jakoś wytłumaczyć. Iwonie nie wolno wstawać.

– Lekarz mnie zabije.

– Ale ja bardzo proszę…

A więc jest jednak furtka. Głos Iwony nabiera cieplejszych tonów. Gdzie ona nauczyła się tak prosić?

Marta wychodzi i po chwili wózek jest przy łóżku. Iwona wolno się podnosi, a ona przytrzymuje ją, schyla się, kładzie jej nogę na czarnej gumie skrzydełek wózka.

– Najpierw tę, powolutku, nie, nie opieraj się tak o łóżko, oprzyj się o mnie, nie bój się, będzie ci łatwiej… Dobrze, teraz tę nogę, o tak, a potem… Odpocznij chwilę… Potem dobrze, drugą. Gdybyś miała trzecią, to teraz byłaby trzecia, ale nie mamy trzeciej nogi. Wspaniale. Połóż tutaj, na tym, zimna ta podłoga, nie, nie pomagaj mi…

Iwona wspiera się na niej całym ciężarem.

– Do facetów też tak mówisz?

– Coś ty? – Marta jest oburzona.

– Myślisz, że w szpitalu im nie staje?

– Staje, staje. – Powiedziała, zanim pomyślała. Jaki wstyd! Ale Iwona uśmiecha się łobuzerskim uśmiechem, w jej oczach migają iskierki.

– Opowiadaj! Opowiadaj!

Teraz trzeba z wenflonu wyjąć kroplówkę. Kiedyś zapomniała i pociągnęła pacjentkę razem ze stojakiem do kroplówki. Marta delikatnie usuwa plastikową rurkę.

– Raz stanął. To znaczy jednemu stanął. Ale to było dawno, jeszcze na praktykach. Doktor nas wziął na cewnikowanie, mnie i Gośkę. No i cewnikowałyśmy jakiegoś staruszka… Ze czterdzieści lat miał…

– Nie mów! To mężczyźni żyją tak długo? – Iwona jest rozbawiona.

– No wiesz, nie zapominaj, że ja miałam wtedy dwadzieścia…

– No i?

– No i wkładamy z Gośką rękawiczki. Ten jego penis…

– Kutas – prostuje Iwona.

– …tak leży bezwładnie. – Marta nie zamierza zwracać uwagi na te prowokacje. – Malutkie toto, to biorę w dwa palce, policzki mnie palą, facet też czerwony jak burak, rurkę Gośka trzyma, a tu z takiego beleco robi się…

– Kutas! – radośnie krzyczy Iwona.

– I to jaki! Puściłam go, a facet bąka „przepraszam, siostro, przepraszam”…

– A za co? Głupek, gdyby nic, to rozumiem… Nie miał się czego wstydzić.

Udało się. Marta nie lubi przełączać kroplówki w trakcie działania.

– No, nie miał. Lekarz udaje, że nie widział, a widzę, że dusi się ze śmiechu, a ten…

– …kutas!

– …kurczy się. No to znowu biorę delikatnie, a to rośnie! Jak słowo daję, nigdy potem mi się to nie zdarzyło!

– Współczuję. – Iwona jest szybka jak karabin maszynowy.

– No wiesz, nigdy tak… Oj, nie chodzi mi o normalne życie!

– Może zacznij używać poza szpitalem rękawiczek! – Iwona poprawia się na wózku. Jest blada, niebieskie oczy bez makijażu patrzą tak niewinnie. Podnosi rękę do góry i zarzuca sobie włosy na plecy, przekrzywia zabawnie głowę i naśladuje falsetem domniemany ton głosu: – O Boże, i co ja mam z tym zrobić, ty babonie jeden, ty, fe!

Marta nie może się nie roześmiać.

– Słuchaj, prawdę powiedziawszy, to był zdrowy czterdziestolatek. – Iwona robi się poważna.

– Chory, on był chory – prostuje Marta i wypycha wózek z sali.

POŁUDNIE

Marta przytrzymuje kolanem drzwi. Musi bardzo uważać, wózek jest szeroki, a drzwi stanowczo za wąskie. Wpycha wózek do separatki. Iwona cierpliwie czeka, aż Marta poprawi pościel, strzepnie prześcieradło, dostawi wózek do łóżka i pomoże jej się przemieścić. To już nie jest takie proste. Marta musi mocno stanąć na ziemi, a potem pomalutku podnieść Iwonę. Musi uważać na swój kręgosłup – lekarz powiedział, że to choroba zawodowa pielęgniarek. Choć Iwona jest z każdym dniem lżejsza, Marcie sprawia coraz większą trudność podnoszenie jej.

Udało się. Iwona leży, oddycha ciężko, Marta przykrywa ją kołdrą.

– Kurczak! Zjadłabym kurczaka! – Iwona przymyka oczy.

– W kraju, gdzie tak drastycznie spada przyrost naturalny, chcesz jeść ptaki?

– Kurczaka, powiedziałam! Nie bociana! Choć nie zostało udowodnione, że to bociany.

– To zupełnie inne ptaki… A nawet na pewno! – podejmuje temat Marta.

– Nie poznaję cię, siostro! – Iwona nie może powstrzymać się od śmiechu. Ale Marta wcale nie jest wesoła.

– No cóż, głodnemu chleb na myśli… – przerywa w pół słowa. Wie, że za dużo powiedziała.

– O ile się orientuję, masz męża.

Teraz trzeba się zdecydować i Marta decyduje się. Siada na łóżku Iwony, Iwona się przesuwa, robi jej miejsce. Marta poważnieje.

– Ale coś ostatnio nie za dobrze się między nami układa. – Reflektuje się. – To znaczy w ogóle dobrze… Tylko…

– Pamiętam… Byłam mężatką… – Głos Iwony jest ciepły.

– No i co? – Marta postanawia słuchać. Zawsze to łatwiejsze, niż mówić.

– Fajnie to się dopiero rozwodziliśmy.

– Dlaczego?

– Dlaczego co?

– Dlaczego się rozwiedliście?

– Oj, czyja wiem. Bo dlaczego nie ugotowałaś rybnej? Dlaczego rybna? Dlaczego ta długa spódnica? Pokaż nogi. Dlaczego taka krótka spódnica, przecież pokazujesz nogi! Na spacerek, raz dwa, raz dwa. Dlaczego mam z tobą chodzić na spacery, idź sama. I tak dalej.

Marta sięga na szafkę Iwony. Otwiera karton soku pomarańczowego i nalewa do kubka bez śladów kawy.

– Eeee – mruczy cicho, patrzy na kubek – chcesz trochę?

– Nieee. Dopiero na rozwodzie porozumieliśmy się. Choć nie całkowicie. Sędzina nas prosi na salę, Piotr drepcze za mną. Siada przy mnie. Sędzina mówi, miejsce pana jest po przeciwnej stronie, to przemieszcza się, ale znacząco mnie dotyka, tak wiesz, dodaje mi otuchy… szarpie za rękę. Sędzia pyta, od jakiego czasu nie żyje pan z żoną. No, chyba ze cztery lata – mówi Piotr. Ale przecież państwo jesteście trzy lata po ślubie. A to przepraszam, to prawie trzy, poprawia się. A po orzeczeniu rozwodu taki speszony podchodzi i pyta, czy przyjmę od niego prezent.

– Prezent?

– Wyobraź sobie! Akurat skończył książkę i dostał gratisy. „Siedemnaście wypróbowanych sposobów na trwały związek!” – Kiedy Iwona się śmieje, wygląda prawie jakby była zdrowa.

Marta krztusi się ze śmiechu.

– Przys… przys… przys… przys… przy sędzinie ci to dał? – Marcie udaje się skończyć zdanie, ale parska przy tym głośno i zaraźliwie.

– To nie był rozwód! To było rozwiązanie adopcji! – oświadcza Iwona między wybuchami śmiechu. – Opowiem ci jeszcze coś wesołego. – Prostuje się. – Był u mnie lekarz. Dwa dni po operacji! Od razu mu powiedziałam kawał, wiesz, ten o Chrystusie. Idzie z uczniami, a tam człowiek jęczy, w bólach się wije.