– Nie możesz wiedzieć… – szepcze Iwona. – Może to i lepiej…
WIECZÓR
– Jezu! – Marta się podrywa, ale przywiązana do łóżka prawa ręką przytrzymuje ją. – Która godzina? Zasnęłam! Iwona!
Iwona z uśmiechem patrzy na Martę, która usiłuje odczepić ten cholerny bandaż od łóżka.
– Jestem tu – mówi cicho.
Marta wodzi wokół nieprzytomnym spojrzeniem.
– Kroplówka! – przypomina sobie i w jej oczach widać przerażenie.
Iwona z dumą wyciąga do niej rękę.
– Zeszła. Pilnowałam.
– Przepraszam… Taka byłam zmęczona…
Pomaga Iwonie wejść do łóżka, układają z czułością.
Iwona się uśmiecha.
– Odpoczęłaś?
– No… – Czy może powiedzieć prawdę?
Iwona wyciąga rękę.
– Pomóż mi.
Marta chwyta ją pod ramiona, sadowi wygodniej, Iwona chce siedzieć, nie chce leżeć.
– Co ty wyprawiasz, co ty robisz… – Jakże jej wstyd, że zasnęła.
– Nie możesz wiedzieć – Iwona rzuca w przestrzeń ciemnego pokoju. – I ja nie mogę wiedzieć.
– Wiedzieć? Czego?… – Marta nie rozumie, mimo że tak bardzo się stara.
Iwona nie tłumaczy. Położyła ją – ale to nie Marta jest chora. Siedziała przy łóżku, ale to nie ona była odwiedzającą. Na nic całe to doświadczenie.
Marta patrzy na zegarek, jest po dziesiątej.
– Późno już. Weź poczwórniaka, nie będzie ci tak niewygodnie. Będziesz spała… Dobranoc… – I Marta umieszcza dzwonek blisko ręki Iwony, poprawia kołdrę, a gdy Iwona zamyka oczy, myje kubki, gasi światło, wychodzi, ale zostawia drzwi uchylone, światło pada przez szparę. W drzwiach się odwraca i mówi ciepło:
– Wrócę jutro…
Iwona ma zamknięte oczy, może już śpi. Marta cichutko naciska klamkę i wtedy słyszy swoje imię.
– Marto? – Iwona się uśmiecha. – A jak tam mąż, zdupczył nas wczoraj troszeczkę?
RANEK
– Już.
Marta schyla się i odstawia basen. Iwona poprawia się na łóżku. Cienie pod jej oczami powiększyły się, oczy zapadły w nieznaną dotychczas przestrzeń.
– To takie upokarzające…
– Co ty opowiadasz… Zobaczysz… Wszystko w normie… Zaczęły działać leki. Tak musi być. Będzie lepiej za dzień, dwa… – Głos Marty brzmi przekonywająco. Lata pracy robią swoje.
– Wcale mi życie nie staje przed oczami – skarży się Iwona.
– Przestań, przestań tak mówić! Jeszcze nie wszystko stracone!
Ale Iwona wcale nie chce jej słuchać. Chce mówić.
– To bzdury, że całe życie staje przed oczami. W nocy cała zamieniam się w prośbę: niech nie boli, niech już nie boli! Jak się mogłam skurczyć do takiego myślenia! Tylko o tym, żeby nie bolało! Żebym jeszcze dzisiaj mogła normalnie zrobić kupę! Jeszcze tylko dziś! Dlaczego wcześniej nie wiedziałam, że normalne wysranie się to takie wielkie, porażające szczęście?
– Proszę cię… – Marta delikatnie dotyka jej policzka. Jest suchy i naciągnięty jak struna.
– Nie proś mnie! Dlaczego moje życie skurczyło się do problemu kupy? Dlaczego mnie tak boli?
Marta czuje ten ból, musi zrobić zastrzyk. Przestanie boleć. Na chwilę.
– Poczekaj, zrobię ci zastrzyk!
Marta podrywa się, sięga po basen i szybkim krokiem wychodzi z pokoju. Musi porozmawiać z lekarzem.
POŁUDNIE
Dzisiaj Marta wzięła ze sobą książkę. Czytasz w domu czy tu, w tej sali, jaka to różnica? Iwona śpi. Marta przewraca kartki książki, wreszcie ją odkłada.
– Siedzisz tu cały czas? – Marta podskakuje na głos Iwony.
– Nie… Tak… – uśmiecha się do niej. – Iwona?
– Co?
Marta sięga do kieszeni sweterka, jasnobrązowy ładny sweterek oplata jej biodra.
– Przyszłam wtedy… Nie wiedziałam, że Tomek będzie… Przyszłam, bo chciałam ci oddać ten czek.
Iwona musi na nią spojrzeć. Prosto w oczy.
– Nie możesz nic ode mnie przyjąć?
– Mogę… – Marta trzyma czek w wyciągniętej dłoni. – Ale… Ale tamten dyżur nie był tyle wart. Nie chcę tych pieniędzy…
– Okej. – Iwona po chwili wahania wyciąga rękę. Ich dłonie spotykają się w powietrzu.
– Daj. – Iwona drze czek. – Nie żal ci?
Marta bierze haust powietrza do płuc i wypuszcza je z lekkim szumem.
– Żal. Żal. Jak cholera żal. Taka kupa forsy! Jeszcze jak mi żal. Ale teraz mi lepiej. Jest jedna rzecz, którą chciałabym od ciebie teraz dostać.
Iwona odkłada drobiny papieru na szafkę.
– Nie zaczynaj. Ale możesz sobie obejrzeć… – Wskazuje palcem na szufladę. – Tu leży…
Marta wyjmuje pierścionek, który w świetle słońca rzuca lekki blask na ciemnozieloną podłogę. Ogląda go pieczołowicie.
– Ten pierścionek był dla mnie.
– Ale ja go dostałam.
Marta wie o tym doskonale, trudno.
– Nie chcesz mi go dać, bo to by cię za dużo kosztowało?
– Przez prostą złośliwość.
– Nie chcesz mi dać tego, co ja chcę. Chcesz mi dawać tylko to, co ty chcesz.
Iwona przytakuje.
– To wysoce prawdopodobne.
I teraz Marta musi się zastanowić, o co jej chodzi.
– A może tak mi na nim zależy, bo tobie na nim zależy…
Iwona wyciąga rękę, bierze od Marty pierścionek. Nakładana serdeczny palec. Pierścionek wisi jak za duża obręcz.
– Zsuwa mi się ze wszystkich palców… A na kciuku nie mogę go nosić.
– Piękny.
Iwona przechyla się i wrzuca pierścionek do szuflady.
– Nie chcę ci go dać, Marto.
Iwona znowu gdzieś odpływa, Marta nie wie, gdzie, ale musi ją przywołać.
– Jesteś? Hej, jesteś? – udaje jej się powiedzieć to lekko.
– Jestem, jestem, ale już słabo jestem. Co mówi doktor Saranowicz?
– Saranowicz? – Marta jest zaskoczona, nie spodziewała się teraz pytania o Saranowicza.
– Widziałaś się z nim? – Twarz Iwony jest bez wyrazu.
– Z doktorem Saranowiczem? Chyba jeszcze nie przyjechał.
– Słyszałam jego głos na korytarzu.
Ach, więc to tak. Trzeba szybko coś powiedzieć, nie robić przerw, nie zastanawiać się, nie dopuścić Iwony do głosu.
– Może i przyjechał, ale skąd ja mogę wiedzieć, co mówi. – Marta tak dobrze wczuła się w rolę, że jej słowa się rozpędzają i płyną wartkim strumieniem, bez jej udziału. – Czy ty myślisz, że ja się opierdalam cały dzień? Nie wiedziałam dzisiaj, w co ręce włożyć. Dawno nie było takiego pieprzonego dnia. Ta z erki nam zeszła, wiesz, mówiłam ci, ta, co ją przywiózł mąż i rzucił na łóżko. Samobójczyni pieprzona. Mówiłam, zostawić wenflon, bo żyły mi uciekają. Ale oczywiście lekarz wiedział lepiej. Wyjąć, bo jutro wypis. No i spadło ciśnienie. Basia w jedną nogę, ja w drugą, on szuka w dłoniach, ale…
– Ta, co się przez męża truła?
– Uhm. Sinieje nam w oczach – Marta bierze głęboki wdech, nie przestać, nie przestać mówić – a Basia z aparatem tylko melduje sto na sześćdziesiąt, osiemdziesiąt na czterdzieści, sześćdziesiąt na trzydzieści, a ona pani doktor ja będę umierać, czterdzieści na zero… Gdyby był wenflon, można było podać… To jak ja miałam Saranowicza pytać o cokolwiek!
– Martuniu…
– A potem jeszcze dwa cukry, posiew…
– Martuniu… – Iwona delikatnie przywołuje ją do porządku.
O Boże, jeszcze nie! Marta coraz większy wysiłek wkłada w nową opowieść.
– Ach, wyobraź sobie, i przyjęliśmy na oddział Piłata. Śmieszne nazwisko, nie? A za mną stanął lekarz, Jacek, wiesz, ten młody z ginekologii i mówi mi na ucho, to wy macie taką umieralność, że z Biblii musicie dobierać?
– Martuniu…
– Ale obiecuję, jutro z samego rana…
– Martuniu, muszę ci coś powiedzieć… – Iwona się uśmiecha, ale nie jest to uśmiech radosny, ona uśmiecha się smutno. I wtedy Marta rozumie, że stało się coś, o czym ona nie wie, i rozumie, jaka jest śmieszna z tym opowiadaniem o Piłacie.
– Był tutaj? – Nie zapanowała nad swoim strachem.
– Nie – mówi cicho Iwona, a Marta musi ukryć ulgę, odwraca się na moment do okna, potem znowu do Iwony. Uda się.
– No widzisz – mówi pewnie.
Iwona uśmiecha się i teraz ona bierze głęboki wdech.
– Ja te badania miałam robione w Paryżu. Dlatego wróciłam…
Zapada milczenie i poprzez to milczenie przychodzi do Marty zrozumienie wszystkiego.
Od początku. Marta podnosi ręce do oczu, zakrywa twarz, potem je opuszcza, idzie do okna, cofa się, ciężko siada na łóżku Iwony. Nie ma odwagi spojrzeć jej w twarz. Ciążą jej ramiona i nogi, wszystko jej ciąży.