Выбрать главу

– Nie… – Iwona macha ręką, jakby odganiała się od much.

– Boże, co ja zrobiłam… – Marta jest przerażona. – Nie wytrzymuję tego napięcia…

– Nie… nie przerywaj. Mów dalej… Proszę.

– Przepraszam, nie wiem, co mnie opętało, to nieprawda, taka jestem podła…

Iwona nabiera sił z każdą sekundą. Głos ma mocniejszy, kiedy mówi:

– Nie… Nigdy nie myślałam… to musiało być straszne dla ciebie. Straszne.

– Nie, ja to w złości mówiłam, ja wcale tak nie myślę.

– Myślisz, dzięki Bogu myślisz. Wybacz mi, Marto, że musiałaś mi to powiedzieć…

I wtedy Marta czuje, jak znowu wypełnią ją złość. Każdą komórką swojego ciała czuje, jak obcy chłód dotyka jej wnętrzności.

Odchodzi do okna, spod okna rzuca w stronę łóżka i wystraszonej Iwony zimne słowa:

– Niestety, jednak cię nienawidzę. Nawet teraz musisz być lepsza? Nie sprawdzisz, czy cię nie swędzi pod łopatkami? To taki pierwszy objaw wyrastających skrzydeł! Boże, jak ja cię nienawidzę!

– Zamknij się i pozwól mi coś powiedzieć!

– Już sobie kupiłaś dyżur, żeby było jak u nas w domu, i dobrze za to zapłaciłaś! Ale ja nie muszę się teraz podporządkować! Nic się nie dzieje naprawdę! Nic! – Przypomina sobie ton Iwony z tego dyżuru opłaconego tak drogo i przywołuje go. – „Och, moja siostra posikała się w majtki, och, wszyscy się z niej śmiali”. Powiedz: „Przepraszam cię, siostro, że byłam wstrętną gówniarą, która ośmieszała cię na każdym kroku!”. Powiedz to, póki możesz jeszcze mówić!

Iwona kaszle, ale Marta cierpliwie czeka, aż siostra sama odkręci sobie ten kurek, da więcej powietrza. Widzi zmagania Iwony, lecz nie podchodzi, czeka, zamarła w oczekiwaniu, jakby od tego zależało jej życie.

– Przepraszam, przepraszam, przepraszam – mówi urywanie Iwona, ale Marta nie podchodzi. I nagle wściekłość ustępuje i pojawia się smutek.

– Co ja ci takiego zrobiłam, że tak strasznie się na mnie mściłaś? – Marta patrzy na kasztan za oknem, żałosny jesienny kasztan, który zaraz pozbędzie się liści, który będzie straszył wygiętymi konarami aż do następnej wiosny.

– Byłam zazdrosna o ciebie – dobiegają do jej uszu mocne słowa Iwony. – To wszystko.

Marta czuje się tak, jakby dostała silne uderzenie w brzuch. Nie może opanować zdumienia.

– Ty???

– To ja cię nienawidziłam. – Iwona mówi tak, jakby stwierdzała fakt powszechnie wiadomy. – Tego twojego porządku… I tego, że z ciebie, gówniary, mam brać przykład. Stawałam na głowie, żeby mnie zauważyli. A moje zeszyty nigdy nie były pokazywane. I nie umiałam żadnego pieprzonego wierszyka na pamięć. I próbowałam się nauczyć „Ojca zadżumionych”, żeby nareszcie… Trzy razy księżyc obrócił…

– Odmienił – poprawia machinalnie Marta – odmienił się złoty, gdy na tym piasku rozbiłem namioty…

Iwona gorzko się uśmiecha.

– Widzisz? – Milknie na chwilę i potem kończy: – Maleńkie dziecko karmiła mi żona…

– Prócz tego dziecka trzech synów, trzy córki… – Marta robi krok w kierunku łóżka.

– Cała rodzina dzisiaj pogrzebiona przybyła ze mną. – Iwona się uśmiecha.

Ich zgodne głosy brzmią w pustej sali jak piosenka.

Marta podchodzi do łóżka.

– I nie grałam na pianinie. I to mnie nadepnął słoń na ucho. „Marto, zagraj nam coś, kochanie. Niestety, tu nasz tatuś konfidencjonalnie ściszał głos, Iwonie słoń nadepnął na ucho”. Budziłam się w nocy i czułam te pazury słonia depczące po moich rozklapcanych uszach… Chciałam, żebyś umarła…

Iwona milknie, ale Marta nie jest zła.

– Iwona?

Ale Iwona odwraca wzrok.

– Więc jak to było? Trzy razy księżyc odmienił…]

– Obrócił… – mówi machinalnie Marta i widzi światło w oczach Iwony.

Obie uśmiechają się do siebie.

– Uczeszesz mnie? Zobacz, jak wyglądam… – Iwona jest odważniejsza.

Marta bierze grzebień i przeczesuje słabe włosy Iwony. Są teraz ciemne, prawie tak ciemne jak jej, ale bez połysku. Upina je na czubku głowy.

– Nie będą się wplątywać w to… – Zakłada Iwonie z powrotem gumkę z tlenem. – A ten dyżur? Ten wygłup? Żeby było tak jak w domu, za pieniądze? Po co?

– Nie chciałaś ze mną rozmawiać. To był jedyny sposób, żebym ci coś mogła powiedzieć.

– Ale już nie usłyszeć. – Marta nie umie się opanować.

– Zgodziłaś się… Mogłaś się nie zgodzić. Ale się zgodziłaś.

Tak było, musi to przyznać. Więc przyzna.

– No. – Dyżur to dobry pretekst, żeby być razem.

Iwona pokazuje na sok. Marta nalewa do dwóch kubków, jeden podaje Iwonie. Nie powinna tego pić. Ale już nic nie może jej zaszkodzić.

– Tomek mi powiedział… – Iwona patrzy na nią ze smutkiem. – Dlaczego nie ty? Dlaczego nie ty?

Uda Marty napinają się.

– Co ci powiedział?

– Dlaczego nie macie dzieci.

Marta trzyma kubek blisko ust. Zastanawia się.

– Boja…

– Dlaczego nie ty mi to powiedziałaś?

A więc Marta jej powie.

– Kurczę, Iwona. Ty i ta twoja ciąża. Zdecydowałaś się na skrobankę. Ja bym życie oddała, żeby być w ciąży… z nim. – Przedrzeźnia Iwonę. – Miałam zabieg, kochana Marto, nie mogę przyjechać, bo miałam zabieg, kochana Marto…

– Miałam zabieg, kochana Marto. – Iwony głos jest smutny. – Nie mogłam przyjechać… Najpierw leżałam cztery miesiące z nogami do góry, kochana Marto, z zeszytą szyjką, kochana Marto, ale nie udało się, więc miałam zabieg, kochana Marto…

Marta patrzy na nią i rozumie. Niestety, z przykrością rozumie. Musi się jakoś wytłumaczyć.

– Napisałaś „miałam zabieg”…

– A co miałam napisać do ciebie? Która zdecydowałaś, że dzieci właściwie na tym świecie nie powinny się rodzić, bo jest zbyt okrutny? – Teraz Iwona przedrzeźnia Martę – „Kochana Iwonko, postanowiliśmy nie mieć dzieci, nie chcemy dokładać cierpień do bólu tego świata, trzeba być odpowiedzialnym”… Jakże cię nie lubiłam, Marto. Nie mogłam przyjechać… Leżałam wtedy z nogami do góry. Nie mogłam…

– Jak ja cię przeklinałam! – Głos Marty jest czuły. – Zabieg! Kiedy ja wszystko bym oddała… – A potem tak jakby rzucała się w głęboką wodę, pyta: – Czułaś je?

Iwona nie rozumie.

– Słucham?

Marta z naiwnością dziecka, bardzo łagodnie powtarza pytanie:

– Czułaś je? Powiedz…

– Tak… – mówi Iwona, przymyka oczy i uśmiecha się do wspomnień.

– Jak?

– Takie… bulgotanie.

– Bulgotanie?

– Tak. Bulgotanie. Przelewanie… Przewracanie… Ale głównie bulgotanie…

I Marta powtarza jak zaczarowana:- Bulgotanie…

– Takie łaskotki…

– Łaskotki?

– Łaskotki od środka… Takie osobne… ostrożne… Takie bulgotki…

– Bulgotki…

Głos Iwony twardnieje.

– Nie udało się. – I dodaje po pauzie: – I Piotr odszedł.

– Piotra rzuciłaś! – poprawia Marta.

– Skoro odszedł, to musiałam go rzucić! Marta jest znowu zła. Tym razem na Piotra.

– Skurwysyn.

– Marta!

Iwona ją napomina? I Marta powtarza:

– Skurwysyn, powiedziałam.

– Jakich ty słów używasz! – Śmiech w oczach Iwony to taka rzadkość!

– Przepraszam – mówi Marta i ściąga buzię w ciup. Po czym dodaje: – Normalny chuj.

– Marta?!

– Co? Myślałaś, że nie znam takich słów? Od Piotra wiem, że wtedy ty i Tomek… Piotr przyszedł do mnie, myślał, że ja coś zrobię, bo on tak – Marta z ironią kończy… – tak ciebie kocha! Skurwysyn!

– Powiedział ci? – Na twarz Iwony wypływa przykrość. – A to skurwysyn. Szkoda, że nie wiedziałam…

– Szkoda, że nie… – Marta urywa w pół zdania.

– Szkoda że? – Iwona patrzy na nią.

– Że nie wróciłaś – kończy Marta szybko, tak jakby się bała, że jej głos znowu odmówi posłuszeństwa.

– Wróciłam – szepcze Iwona.

– Wcześniej. No. Cieszę się, że wróciłaś.

– Ja też – mówi Iwona i oczy same jej się zamykają, a głowa opada na bok.

Marta bierze ją za rękę. Iwona śpi. To się teraz często zdarza.

– Iwona?

Iwona nie odpowiada, ręka jest bezwładna. Marta przykrywa ją, opuszcza wezgłowie, głaszcze ją po policzku.

– Ty chudzinko moja, cieszę się…

Za oknem powoli zapada zmrok.

NOC

Marta wsadza głowę w drzwi.

– Hej, to ja! Ja!

Iwona patrzy na nią.