Читать онлайн "Podejrzany" автора Чайлд Ли - RuLit - Страница 11

 
...
 
     



Выбрать главу
Загрузка...

– Ci niedorobieni prawnicy nazwaliby to pewnie „wyższą koniecznością”. Popełniłem mniejsze przestępstwo, żeby zapobiec popełnieniu większego.

– Działałeś sam? – spytał Cozo. Reacher skinął głową.

– Tak, sam.

– Więc o co chodziło z tym „nie opłaci się wam wojna o terytorium”?

– Chciałem być przekonujący. Chciałem, żeby Petrosjan, kimkolwiek jest ten facet, potraktował sprawę poważnie. Jakby miał do czynienia z organizacją.

Deerfield pochylił się nad stołem, wyciągnął ręce, zabrał akta sprzed nosa Reachera. Odwrócił je i przejrzał szybko.

– Nie ma tu wzmianki o spotkaniu z kimkolwiek poza panną Jodie Jacob – zauważył. – A ona nie zajmuje się wymuszeniami i ochroną. Połączenia telefoniczne?

– Założyliście mi podsłuch na telefon? – spytał Reacher. Deerfield skinął głową.

– Przeglądaliśmy nawet twoje śmiecie.

– Czyste – powiedział Poulton. – Nie rozmawiał z nikim oprócz panny Jacob. Prowadzi spokojne życie.

– Czy to prawda, Reacher? – spytał Deerfield. – Prowadzisz spokojne życie?

– Zazwyczaj – przytaknął Reacher.

– A więc działałeś sam – powiedział Deerfield. – Po prostu zwykły zatroskany obywatel. Żadnych kontraktów z gangsterami, żadnych instrukcji telefonicznych. – Spojrzał na Coza pytająco.

– Czy to cię zadowala, James?

Cozo wzruszył ramionami. Skinął głową.

– Wygląda na to, że musi.

– Zatroskany, tak, Reacher?

Reacher skinął głową. Milczał.

– Możesz nam to udowodnić? – spytał Deerfield. Reacher wzruszył ramionami.

– Mogłem im zabrać broń. Gdybym dla kogoś pracował, to właśnie bym zrobił. A nie zrobiłem.

– Nie. Wrzuciłeś ją do śmieci.

– Ale najpierw uszkodziłem.

– Wtarłeś żwir w mechanizm. Dlaczego to zrobiłeś?

– Gdyby nawet ktoś ją znalazł, i tak nie mógłby zrobić z niej użytku.

Deerfield skinął głową.

– Zatroskany obywatel. Zauważył niesprawiedliwość i postanowił jej zaradzić.

Reacher również skinął głową.

– Chyba tak – przyznał.

– Ktoś musi to robić, nie?

– Chyba tak.

– Nie lubisz niesprawiedliwości, co?

– Chyba nie.

– Oczywiście potrafisz powiedzieć, co jest dobre, a co złe.

– Mam nadzieję, że tak.

– Nie czekasz na interwencję odpowiednich władz, bo sam potrafisz podejmować decyzję.

– Zazwyczaj tak.

– Jesteś pewny swojego kodeksu moralnego.

– Raczej tak.

Zapadła cisza. Deerfield przyglądał się Reacherowi przez oślepiający blask lampy.

– Więc… dlaczego ukradłeś ich pieniądze?

Reacher wzruszył ramionami.

– Chyba można by je nazwać łupem wojennym. Albo trofeum. Deerfield skinął głową.

– Kodeks, co?

– Coś w tym rodzaju.

– Grasz według własnych reguł, tak?

– Zazwyczaj.

– Nie okradłbyś staruszki, ale zabrać forsę dwóm twardzielom to już inna sprawa?

– Chyba tak.

– Postąpili w sposób, którego nie akceptujesz, więc dostali na co zasłużyli, tak?

– Dostali.

– Osobisty kodeks moralny?

Reacher znów wzruszył ramionami. Nie odpowiedział. Cisza się przedłużała.

– Wiesz coś o portrecie psychologicznym? – spytał nagle Deerfield.

Reacher milczał, a potem powiedział:

– Tylko tyle, ile czytałem w gazetach.

– To nauka – wtrącił Blake. – Opracowana w Quantico, doskonalona od wielu lat. Agentka specjalna Lamarr jest obecnie naszą główną specjalistką. Agent specjalny Poulton to jej asystent.

– Badamy miejsce przestępstwa – przejęła teraz pałeczkę Lamarr. – Badamy pewne uwarunkowania psychologiczne i otrzymujemy określony typ osobowości człowieka, zdolnego do popełnienia akurat tego przestępstwa.

– Jakiego przestępstwa? – spytał Reacher. – Jakie miejsce?

– Ty sukinsynu – powiedziała Lamarr.

– Amy Callan i Caroline Cooke – wyjaśnił Blake. – Obie zostały zamordowane.

Reacher przyglądał mu się w milczeniu.

– Pierwsza była Callan – mówił dalej Blake. – Bardzo szczególny modus operandi, ale jedno zabójstwo to tylko zabójstwo, nie? A potem zginęła Cooke. Ten sam modus opeandi. To już początek serii.

– Szukaliśmy związku – wtrącił Poulton. – Między ofiarami – Nietrudno było go znaleźć. Skarga na napastowanie seksualne w armii, rezygnacja ze służby.

– Niezwykle zorganizowane miejsce zbrodni – powiedziała Lamarr. – Może to wskazywać na wojskową precyzję. Przedziwny, znaczący sposób działania. Sprawca nic po sobie nie pozostawił. Żadnych wskazówek. Z całą pewnością ma osobowość zorganizowaną, zna procedury śledcze. Być może sam jest śledczym.

– Żadnych śladów włamania do miejsc zamieszkania – oznajmił Poulton. – W obu wypadkach morderca został zaproszony do środka, bez wahania, bez zadawania pytań.

– A więc obie go znały – powiedział Blake.

– To ktoś, komu obie ufały – rzekł Poulton.

– Taki przyjaciel, gość – dodała Lamarr. W pokoju zapadła cisza.

– No więc taki właśnie był – przerwał ciszę Blake. – Gość. Ktoś, kogo uważały za przyjaciela. Z kim czuły jakiś związek.

– Gość. Przyjaciel – dorzucił Poulton. – Puka do drzwi, a one otwierają i mówią: „Cześć, miło znów cię zobaczyć”.

– A on wchodzi – powiedziała Lamarr. – Tak po prostu. W pokoju zapadła cisza.

– Rozpracowaliśmy zbrodnię od strony psychologicznej – kontynuowała Lamarr. – Dlaczego te kobiety wkurzyły kogoś do tego stopnia, że zdecydował się je zamordować? Zaczęliśmy szukać w armii kogoś, kto miał rachunki do wyrównania. Powiedzmy: wściekłego, że nieznośne baby rujnują kariery dobrych żołnierzy, a potem i tak odchodzą. Niepoważne babska, doprowadzające przyzwoitych facetów do samobójstwa.

– Kogoś, kto ma jasne pojęcie o tym, co dobre, a co złe – powiedział Puolton. – Kogoś wystarczająco pewnego swych racji, swego kodeksu, by własnoręcznie naprawiać niesprawiedliwość świata. Kogoś szczęśliwego, gdy może działać poza zasięgiem władz, żeby mu nie właziły w drogę, rozumiesz?

– Kogoś, kogo znały obie kobiety – dodał Blake. – Kogoś, kogo znały wystarczająco dobrze, by wpuścić go do domu bez zadawania pytań, niczym jakiegoś, powiedzmy, przyjaciela z dawnych czasów.

– Kogoś zdecydowanego – powiedziała Lamarr. – Tak dobrze zorganizowanego, że wystarczy mu sekunda namysłu, a potem idzie do sklepu i kupuje metkownicę oraz tubkę kleju, narzędzia, które wystarczają mu do rozwiązania drobnego, powstałego ad hoc problemu.

I znowu zapadła cisza.

– Armia przepuściła je przez komputery – przerwała ciszę Lamarr. – Masz rację, one się nie znały. I miały bardzo niewielu wspólnych przyjaciół. Bardzo niewielu… a ty jesteś jednym z nich.

– Chcesz dowiedzieć się czegoś interesującego? – spytał Blake. – Seryjni zabójcy jeździli volkswagenami garbusami. Niemal wszyscy. Potem przerzucili się na SUV-y. Wielkie wozy z napędem na cztery koła, takie jak twój. To mocna, znacząca wskazówka.

Lamarr pochyliła się, przyciągnęła do siebie leżące przed Deerfieldem akta, postukała w nie palcem.

– Prowadzą samotne życie. Nawiązują bliższe kontakty najwyżej z jedną osobą. Żyją z pieniędzy innych ludzi, często krewnych lub przyjaciół, często kobiet. Nie postępują jak inni, rzadko rozmawiają przez telefon, są spokojni, cisi, skryci.

– Są fanami egzekwowania prawa – wtrącił Poulton. – O tym wiedzą wszystko. Na przykład o precedensach definiujących ich prawa.

     

 

2011 - 2018