– Miejscowi nazwali to Skokiem Martwego Człowieka – wyjaśnił Ben. – Nie są zbyt oryginalni, jeśli chodzi o nazwy.
– Trafili w sedno – odrzekł Austin.
Zavala spojrzał w prawo, potem w lewo.
– Można jakoś to obejść?
– Musielibyśmy iść jeszcze ponad piętnaście kilometrów przez gęsty las – odparł Ben. – To najwęższe miejsce. Jezioro jest niecały kilometr stąd.
– Pamiętam film z serii Indiana Jones, gdzie przechodzono nad przepaścią po niewidzialnym moście – powiedział Zavala.
– Proście, a będzie wam dane – odparł Austin i zdjął plecak. Wyjął z niego zwój nylonowej liny i składaną kotwiczkę.
Zavala wytrzeszczył oczy.
– Nigdy nie przestaniesz mnie zadziwiać, amigo. A ja myślałem, że jestem dobrze przygotowany, bo zabrałem scyzoryk armii szwajcarskiej z korkociągiem. Założę się, że masz też butelkę dobrego wina.
Austin wyciągnął krążek linowy i uprząż.
– Zanim przyznasz mi honorową odznakę skauta, powinienem ci coś zdradzić. Ben uprzedził mnie, że będziemy musieli przekroczyć tę fosę, zanim wedrzemy się na mury twierdzy.
Austin stanął nad samą krawędzią przepaści, zakręcił kotwiczką nad głową i cisnął ją przed siebie. Pierwszy rzut był za bliski i metal zadźwięczał o skalną ścianę. Przy dwóch następnych próbach kotwiczka wylądowała po drugiej stronie, ale o nic nie zahaczyła. Za czwartym razem zaklinowała się w szczelinie między głazami. Austin przywiązał drugi koniec liny do drzewa i sprawdził swoim ciężarem, czy kotwiczka nie puści. Potem umocował do liny krążek i uprząż, wziął głęboki oddech i dał krok w przepaść.
Miał wrażenie, że w tej podróży przekroczył szybkość dźwięku. Kępa krzaków zamortyzowała jego lądowanie. Zavala za pomocą drugiej liny przyciągnął krążek z powrotem, przyczepił plecak Austina i wysłał nad przepaścią. Po przetransportowaniu w ten sposób całego bagażu Zavala i Ben, a po nich dwaj Baskowie, przedostali się na drugą stronę.
Zabrali swoje rzeczy i ruszyli przez las. W końcu zobaczyli między drzewami światła. Wyglądały jak ogniska w cygańskim obozowisku. Usłyszeli przytłumione odgłosy maszyn.
Ben zatrzymał grupę.
– Teraz trzeba uważać na strażników – szepnął.
Zavala i Baskowie zdjęli z ramion broń, Austin odpiął kaburę przy pasie. Przed wyprawą przestudiował zdjęcia satelitarne kompleksu, żeby móc orientować się w terenie. Ben pomógł mu uzupełnić wiadomości.
Hangar zeppelina stał niedaleko jeziora. Otaczała go sieć asfaltowych alejek i dróg dojazdowych, łączących mniejsze budynki, ukryte w lesie. Austin poprosił Bena, żeby mu pokazał, gdzie widział kopułę. Indianin poprowadził go między drzewami do krawędzi asfaltowej ścieżki, oświetlonej słabymi lampami na wysokości kostek. Alejka była pusta, więc szybko przebiegli do lasu po drugiej stronie.
W pewnym momencie Ben zatrzymał się i wyciągnął przed siebie ręce jak lunatyk. Zaczął iść w kierunku drzew blokujących drogę. Znów przystanął i szeptem kazał Austinowi zrobić to samo. Austin posuwał się naprzód z wyciągniętymi rękami, dopóki nie dotarł do pni. Jednak zamiast chropowatej kory poczuł pod palcami gładką, zimną powierzchnię. Przyłożył do niej ucho i usłyszał cichy szum. Cofnął się i znów zobaczył pnie drzew. Pomyślał, że kamuflaż adaptacyjny ma wielką przyszłość.
Szybko wrócili po swoich śladach. Austin zaproponował, żeby się rozdzielili i zbadali budynki. Mieli się spotkać po piętnastu minutach.
– Tylko unikajcie nieświeżych lodów Eskimos – doradził Zavala i zniknął w ciemności.
Pablo zawahał się.
– A jeśli nas odkryją?
– Jeśli będziesz mógł to zrobić po cichu, zneutralizuj każdego, kto cię zauważy – odrzekł Austin. – W razie czego uciekaj tą samą drogą, którą przyszliśmy.
– A co ze mną? – zapytał Ben.
– Już zrobiłeś swoje: przyprowadziłeś nas tutaj. Odpocznij.
– Nie mogę siedzieć bezczynnie, kiedy moja rodzina jest w niebezpieczeństwie.
Austin nie dziwił się Benowi, że chce znaleźć swoich krewnych.
– Trzymaj się blisko mnie.
Wyciągnął bowena z kabury i zaczekał, aż pozostali znikną w ciemności. Potem skinął Benowi, żeby szedł za nim. Ruszyli asfaltową ścieżką, rezygnując z osłony lasu.
Słyszeli ruch nad jeziorem, ale droga była wolna. Wkrótce dotarli do długiego, niskiego budynku. Nikt go nie pilnował.
– Wstąpimy? – zapytał Austin Bena.
Weszli do środka. Okazało się, że to tylko magazyn. Zrobili szybką inspekcję i wrócili na miejsce zbiórki. Po kilku minutach zjawił się Zavala.
– Sprawdziliśmy magazyn – poinformował go Austin. – Znalazłeś coś ciekawego?
– Niestety, tak – odparł Zavala. – Na zawsze rezygnuję z ryby z frytkami. Chyba trafiłem na kolebkę Frankenfishów.
Opisał dziwne, zdeformowane stworzenia w budynku, który zbadał. Niewiele rzeczy mogło go wyprowadzić z równowagi, ale jego ton wyraźnie wskazywał, że jest wstrząśnięty widokiem zmutowanych potworów w akwariach.
– Wygląda na to, że te pływające dziwolągi to modele prototypowe – odrzekł Austin.
Zamilkł, słysząc cichy szelest w lesie. Wrócił Pablo. Powiedział, że znalazł budynek wyglądający na pusty garaż. W środku były ślady obecności ludzi – resztki jedzenia, wiadra z brudną wodą i koce, które mogły służyć za posłania. Pokazał dziecinną lalkę. Kurt zacisnął zęby.
Czekali na Diego. Kiedy wyłonił się z ciemności, zrozumieli, dlaczego się spóźnił. Nisko pochylony dźwigał na ramionach jakiś ciężar. Wyprostował się i rzucił na ziemię nieprzytomnego strażnika.
– Mówiłeś, żeby zneutralizować każdego, kto się nawinie, ale pomyślałem, że ten drań bardziej przyda się żywy.
– Skąd go wytrzasnąłeś?
– Z koszar dla strażników. Jest tam sto, może dwieście wyrek. Zrobił sobie sjestę.
– Założę się, że już nigdy nie zaśnie podczas pracy – powiedział Austin.
Przyklęknął na jedno kolano i oświetlił latarką twarz strażnika. Nie różniła się od tych, które widział – takie same wystające kości policzkowe i szerokie usta. Tylko czoło było posiniaczone. Austin wstał i odkręcił korek manierki. Wypił łyk wody, a resztę wylał na twarz strażnika. Grube rysy ożyły, powieki uniosły się. Jeniec wytrzeszczył oczy na widok luf wycelowanych w jego głowę.
– Gdzie są więźniowie? – zapytał Austin i pokazał lalkę, żeby strażnik wiedział, o co mu chodzi.
Wargi mężczyzny wykrzywiły się w złowrogim uśmiechu, czarne oczy zabłysły jak rozżarzone węgle. Warknął coś w niezrozumiałym języku. Diego użył łagodnej perswazji. Nacisnął mu butem krocze i przystawił lufę do czoła. Uśmiech zniknął, ale Austin wiedział, że to fanatyk, który zignoruje wszystkie groźby i każdy ból.
Diego zrozumiał, że w ten sposób niczego nie wskóra. Nadepnął twarz strażnika i wbił mu lufę w krocze. Jeniec wybałuszył oczy i wymamrotał coś w swoim języku.
– Mów po angielsku – rozkazał Diego i mocniej wbił lufę.
Strażnik wstrzymał oddech.
– Jezioro – wykrztusił. – Na jeziorze.
Diego uśmiechnął się.
– Nawet on nie chce stracić swoich cojones.
Ujął karabin za lufę i uderzył kolbą. Rozległ się trzask przyprawiający o mdłości i głowa strażnika opadła na bok jak u lalki w ręku Austina.
Kurt, myśląc o więźniach, wcale nie współczuł zabitemu. Wzruszył tylko ramionami.
– Słodkich snów.
– Prowadź – powiedział Pablo.
– Ponieważ przeciwnicy mają przewagę liczebną – odezwał się Zavala – to może być dobry moment na wezwanie posiłków.