Выбрать главу

– Na pewno chce pani przyjąć mężczyznę na noc? – zapytał Austin z uśmiechem. – Ludzie będą plotkować.

Odwzajemniła uśmiech.

– Mam nadzieję – odrzekła z figlarnym błyskiem w oczach.

Austin obudził się krótko przed świtem i wstał z sofy. Pia usłyszała go i też wstała, żeby przygotować mu śniadanie. Zrobiła omlet ziemniaczany z wędzoną rybą, na talerzu obok położyła pasztecik. Potem zapakowała mu na drogę kanapki z wędliną i serem i jabłko. Nie wypuściła go, dopóki nie obiecał, że kiedyś ją odwiedzi.

Poranek był wilgotny. Miasteczko budziło się do życia, gdy Austin doszedł do nabrzeża rybackiego. Kiedy otwierał drzwi samochodu, kilku rybaków jadących do pracy pomachało mu z pick-upów. On też im pomachał i wypadły mu kluczyki z ręki. Schylił się, żeby je podnieść. Wtedy poczuł zapach jakiejś substancji chemicznej i usłyszał ciche kapanie. Uklęknął i zajrzał pod samochód. Zapach był tutaj mocniejszy. Z przeciętego przewodu hamulcowego kapał płyn. Zagwizdał cicho i poszedł na nabrzeże, chcąc znaleźć jakiegoś mechanika. Kapitan portu zadzwonił pod znany sobie numer i wkrótce zjawił się chudy mężczyzna w średnim wieku.

Mechanik obejrzał uszkodzenie, wylazł spod samochodu i wręczył Austinowi kawałek przewodu hamulcowego.

– Ktoś pana nie lubi.

– Czy nie mogła to być zwykła awaria?

Małomówny Farer wskazał miejsce, gdzie droga z miasteczka biegła wzdłuż krawędzi klifu, i pokręcił głową.

– Na pierwszym zakręcie pofrunąłby pan razem z ptakami. Ale łatwo to naprawić.

Niedługo potem hamulce były w porządku. Kiedy Austin chciał zapłacić, mechanik powstrzymał go gestem.

– Nie ma sprawy. Jest pan przyjacielem Pii.

– Ludzie, którzy chcieli mnie załatwić, mogą wiedzieć, że u niej byłem – powiedział Austin. – Chyba powinienem zawiadomić policję.

– Tu nie ma policji. Ale bez obaw, całe miasteczko będzie jej pilnowało.

Kurt podziękował i kilka minut później był w drodze. Popatrzył na komin skalny w lusterku wstecznym i podsumował w myślach krótki pobyt w Skaalshavn. Wywoził stąd więcej pytań niż odpowiedzi, ale zyskał nowych, wspaniałych przyjaciół.

15

Paul Trout wszedł na pokład traulera o drewnianym kadłubie i rozejrzał się okiem eksperta. To, co zobaczył, zaskoczyło go. Neal był miłym luzakiem i pijaczkiem, ale jednocześnie rybakiem z głową, dumnym ze swojej łodzi. Bardzo o nią dbał. Drewno lśniło świeżą farbą, na pokładzie nie było plam oleju, metalu nie zżerała rdza. W sterówce znajdowały się najnowocześniejsze urządzenia do łowienia ryb i nawigacji.

Kiedy Trout pochwalił stan kutra, Neal rozpromienił się jak ojciec, któremu powiedziano, że jego pierworodny syn podobny jest do niego jak dwie krople wody. Potem obaj zaczęli sobie przypominać różne morskie opowieści. W pewnym momencie, gdy Neala nie było w pobliżu, Gamay powiedziała:

– Szybko się dogadaliście. Niedługo zaczniecie wymieniać między sobą przepisy kulinarne.

– Ciekawy facet. Jeszcze nie widziałem tak dobrze utrzymanego kutra.

– Cieszę się, że ci się podoba. Kawałek “Tiffany” jest teraz własnością NUMA.

Okup za wypuszczenie traulera ze stoczni remontowej sięgnął prawie tysiąca dolarów, zamiast siedmiuset pięćdziesięciu. Po zatankowaniu paliwa, za które też zapłaciła Gamay, wyszli w morze.

– Strefa połowów jest niedaleko – krzyknął Neal przez warkot silnika. – Około siedmiu mil. Głębokość dziesięć sążni. Dno gładkie jak pupa noworodka. Doskonałe miejsce do trałowania. Niedługo tam będziemy.

Po pewnym czasie sprawdził pozycję na wyświetlaczu GPS-a, przymknął przepustnicę i zostawił silnik na jałowym biegu. Potem opuścił trał – stożkowy wór siatkowy o długości około czterdziestu pięciu metrów do ciągnięcia wzdłuż dna morskiego. Kuter zrobił dwie rundy, ale złowił tylko mnóstwo wodorostów, żadnej ryby.

– Bardzo dziwne – powiedział Trout, oglądając wąski koniec włoka, nazywany matnią, gdzie gromadzą się złapane ryby. – Zdarzają się kiepskie połowy, ale to wręcz nieprawdopodobne, żeby nic nie wyciągnąć. Sieć jest zupełnie pusta.

Neal uśmiechnął się z wyższością.

– Żebyś nie żałował, że taka nie została.

Znów opuścił trał, poholował go wzdłuż dna i powoli wciągnął z powrotem. Za pomocą bomu przetransportował matnię nad pokład. Tym razem coś się wściekle miotało w sieci. Widać było błyski srebrzystobiałej łuski. Wielka ryba walczyła dziko, żeby się uwolnić. Neal krzyknął ostrzegawczo przed opróżnieniem sieci.

– Cofnijcie się, mamy ostrą sztukę!

Ryba wylądowała z głuchym plaśnięciem na pokładzie. Po uwolnieniu z sieci nabrała jeszcze większej energii. Rzucała się, wyginała długi tułów, wytrzeszczała groźne oczy, niepodobne do rybich, kłapała szeroką paszczą. Wreszcie wpadła na ścianę ładowni, co rozwścieczyło ją jeszcze bardziej. W gwałtownych konwulsjach zaczęła się przesuwać po śliskim pokładzie.

– O, cholera! – krzyknął Neal, usuwając się szybko przed zębatymi szczękami. Wziął harpun i zbliżył trzonek do głowy ryby. Błyskawicznym ruchem przegryzła go na pół.

Paul i Gamay obserwowali to jak zahipnotyzowani z bezpiecznej wysokości sterty sieci.

– To największy łosoś, jakiego widziałem! – zawołał w końcu Paul.

Ryba miała około półtora metra długości.

– Łososie tak się nie zachowują – powiedziała Gamay. – Mają słabe zęby i połamałyby je na harpunie.

– Powiedz to tej cholernej rybie – mruknął Neal i cisnął za burtę zniszczony harpun.

Chwycił widły, przebił rybę za skrzelami i przygwoździł do pokładu. Nadal walczyła. Neal złapał stary kij baseballowy i uderzył rybę w łeb. Zamroczyło ją na moment, ale potem znów zaczęła się ciskać, choć słabiej.

– Czasem trzeba je walnąć kilka razy, żeby się uspokoiły – wyjaśnił.

Bardzo ostrożnie zapętlił linę wokół jej ogona. Potem przeciągnął linę przez krążek wyciągu, wyszarpnął widły z pokładu, uniósł rybę i zawiesił nad otworem ładowni, cały czas trzymając się z daleka od jej szczęk. Wyjął nóż i przeciął linę. Ryba wpadła do ładowni, gdzie zaczęła obijać się z hałasem o ściany.

Paul z niedowierzaniem pokręcił głową.

– Nigdy nie widziałem takiej zajadłej ryby. Zachowuje się bardziej jak barrakuda niż łosoś.

Gamay zajrzała w mrok ładowni.

– Wygląda jak łosoś atlantycki, ale nie mam pewności, co to jest. Te dziwnie białe łuski… Niemal albinos. Jest zbyt duża i agresywna na normalną rybę. Czyżby jakiś mutant? – Odwróciła się do Neala. – Kiedy po raz pierwszy złapaliście tu coś takiego?

Neal wyjął z ust niedopałek cygara, który trzymał w zębach, i splunął za burtę.

– Chłopaki zaczęli je wyciągać jakieś pół roku temu. Nazwali je diabłorybami. Rwały sieci, ale były duże, więc je kroiliśmy i dawaliśmy do sprzedaży. Mięso chyba było dobre, bo nikt nie umarł – dodał z krzywym uśmiechem. – Szybko się okazało, że udaje się złowić tylko to. Mniejsze ryby po prostu zniknęły. Z powodu tego. – Wskazał cygarem ładownię.

– Skontaktowaliście się z jakimiś naukowcami? Powiedzieliście komuś, co łowicie?

– Jasna sprawa. Ludziom od rybołówstwa. Ale nikogo tu nie przysłali.

– Dlaczego?

– Powiedzieli, że brakuje im personelu. Ty pewnie ich rozumiesz. Jesteś biologiem morskim. Ruszyłabyś się ze swojej pracowni, gdyby ktoś zadzwonił i powiedział ci, że diabłoryby zżerają mu ławice?

– Byłabym tu w ciągu minuty.

– Więc jesteś inna niż reszta. Chcieli, żebyśmy przywieźli im jedną z tych rybek, to ją obejrzą.

– Dlaczego tego nie zrobiliście?

– Chcieliśmy, ale po tym, co się stało z Charliem Marstonsem, chłopaki się wystraszyli i odpuścili to sobie.

– Kto to jest Charlie Marstons? – zapytał Paul.

– Był. Rybak starej daty. Łowił na tych wodach od lat. Nawet wtedy, jak już ciężko mu się było ruszać z chorą nogą. Ale stary matoł był uparty i lubił wypływać sam. Znaleźli go – a raczej to, co z niego zostało – kilka mil stąd na wschód. Wyglądało na to, że nałapał trochę tych przerośniętych łososi, podszedł za blisko i pewnie się wywrócił przez tę przetrąconą nogę. Nie było co wkładać do trumny.