– Mam pomysł – powiedział Green.
Wyjął kluczyki zapłonowe z motorówek i skuterów i wrzucił do jeziora. Wpłynęli między łodzie i przykryli kanu pożyczonym brezentem.
Od nabrzeża biegła w głąb lądu asfaltowa alejka. Nighthawk i Green woleli jednak iść między drzewami. Po kilku minutach zobaczyli szeroki pas zrytej ziemi. Wyglądał tak, jakby przez las przejechał buldożer. Ruszyli wzdłuż niego i dotarli do ciężarówek i roboczych maszyn ustawionych w równych rzędach za wielkim magazynem. Wyjrzeli zza rogu budynku. Otwartą przestrzeń wykarczowaną w lesie oświetlały ustawione w krąg halogenowe reflektory. Spychacze niwelowały teren, wielkie maszyny do budowy dróg kładły nawierzchnię. Ekipy robotników z łopatami wygładzały gorący asfalt, żeby mogły go wyrównać walce drogowe.
– Co dalej, profesorze? – zapytał Nighthawk.
– Ile zostało czasu do świtu?
– Około pięciu godzin. Dobrze byłoby wrócić na jezioro przed wschodem słońca.
Green usiadł i oparł się plecami o drzewo.
– Do tego czasu popatrzymy sobie, co się tu dzieje. Będę czuwał pierwszy.
Krótko po pomocy zmienił go Ben. Green wyciągnął się na ziemi i zamknął oczy. Wykarczowany teren niemal opustoszał. Przechadzało się tam tylko kilku uzbrojonych mężczyzn. Nighthawk zamrugał powiekami i klepnął Greena w ramię.
– Josh…
Green usiadł i spojrzał na plac.
– Co za cholera?
Za polaną, gdzie przedtem były tylko drzewa, stała teraz ogromna budowla w kształcie kopuły. Pojawiła się jakby za sprawą magii. Żarzyła się niebieskawobiałym blaskiem.
– Co to jest? – szepnął Ben. – i skąd się wzięło?
– Mnie nie pytaj – odparł Green.
– Może to hotel?
– Wątpię – odrzekł Green. – Zamieszkałbyś w czymś takim?
– Wychowałem się w drewnianej chacie. Dla mnie każdy większy budynek to hotel.
– Nic nie ujmując twoim rodzinnym stronom, wyobrażasz sobie tutaj tłumy wędkarzy i myśliwych? Takie coś pasuje do Las Vegas.
– Raczej do bieguna północnego. Przypomina monstrualne igloo. Green musiał przyznać, że budowla ma kształt eskimoskich domków, które widział w “National Geographic”. Ale najwyraźniej zrobiono ją z półprzeźroczystego plastiku, zamiast z ubitego śniegu. U podstawy kopuły widać było wielkie wrota hangarowe, wychodzące na budowany plac. Znów coś zaczęło się dziać. Na placu ponownie zapanował ruch. Ekipa budowlana wróciła w towarzystwie większej liczby ochroniarzy, którzy zerkali na niebo. Wkrótce w górze rozległ się odgłos silników. W powietrzu ukazał się gigantyczny obiekt, który przesłonił gwiazdy.
– Spójrz na kopułę – odezwał się Nighthawk.
Na szczycie budowli pojawiła się pionowa linia. Rozszerzyła się do szczeliny, potem górna połowa kopuły rozłożyła się niczym cząstki obranej pomarańczy i całkowicie się otworzyła. Blask z wnętrza budowli oświetlił srebrzyste poszycie obiektu w kształcie torpedy, który wolno ustawił się dokładnie nad wielkim otworem.
– Obaj myliliśmy się – powiedział Nighthawk. – Nasz hotel z Las Vegas to hangar dla sterowca.
Green przyglądał się uważnie ogromnemu statkowi powietrznemu.
– Widziałeś kiedyś stare materiały filmowe o “Hindenburgu”, wielkim zeppelinie, który spłonął w latach trzydziestych XX wieku?
– Ale co taki sterowiec robi tutaj?
– Chyba niedługo się dowiemy – odparł Green.
Lądujący sterowiec opuścił się do wnętrza budowli, jej ruchome części wróciły na miejsce i kopuła odzyskała półkulisty kształt. Wkrótce potem rozsunęły się wrota od strony placu i pojawiła się grupa mężczyzn. Mieli czarne mundury i śniadą cerę. Otoczyli mężczyznę z dużą głową i potężnymi ramionami.
Mężczyzna podszedł do krawędzi placu i przyjrzał się postępom w budowie. Nighthawk nie zwracał wcześniej większej uwagi na robotników. Ale teraz zauważył, że w przeciwieństwie do umundurowanych mężczyzn są w dżinsach i koszulach roboczych i pilnują ich uzbrojeni ochroniarze.
– O, cholera! – szepnął.
– Co takiego? – zapytał Green.
– To ludzie z mojej wioski. Są tam mój brat i ojciec. Ale nie widzę matki ani innych kobiet.
Przywódca szedł wzdłuż krawędzi placu, kontynuując inspekcję. Ochroniarze pilnujący robotników obserwowali swojego szefa. Korzystając z ich nieuwagi, jeden z pracujących przesunął się bliżej drzew. Rzucił łopatę i zaczął uciekać. W biegu lekko utykał i jego ruchy wydały się Benowi znajome.
– To mój kuzyn! Poznaję po tym, jak biegnie. Kiedy byliśmy dziećmi, uszkodził sobie stopę.
Jeden z ochroniarzy zerknął za siebie i zobaczył uciekiniera. Uniósł broń do strzału, ale na rozkaz przywódcy opuścił lufę. Mężczyzna z dużą głową podszedł do sterty narzędzi i chwycił metalowy łom z ostrym końcem. Odchylił się do tyłu jak oszczepnik i rzucił go z całą siłą krępego, muskularnego ciała.
Pocisk poszybował w powietrzu z metalicznym błyskiem. Leciał po wysokiej, zakrzywionej trajektorii. Trafił robotnika prosto między łopatki. Uciekinier upadł, przygwożdżony do ziemi niczym motyl w albumie kolekcjonera. Przywódca zdążył się już odwrócić i nawet tego nie widział.
Cała scena – nieudana ucieczka i zabójstwo – trwała zaledwie kilka sekund. Nighthawk obserwował ją nieruchomo, teraz rzucił się naprzód i wypadł z ukrycia. Green próbował go zatrzymać, ale Ben wyrwał mu się i podbiegł do zabitego kuzyna.
Green dogonił młodego Indianina, złapał wpół i powalił na ziemię. Byli wyraźnie widoczni w jasnym świetle reflektorów. Nighthawk zobaczył lufy wycelowane w ich kierunku i jego instynkt zwyciężył.
Dali nura między drzewa. Huknęły strzały i Green upadł. Nighthawk zatrzymał się i wrócił po przyjaciela, ale pocisk roztrzaskał Joshowi czaszkę. Nighthawk pobiegł dalej, spod jego stóp wytryskiwały fontanny ziemi. Zagłębiał się w las. Na głowę sypały mu się gałęzie ścinane kulami. Przedzierał się między drzewami, dopóki nie dotarł do jeziora. Jego kroki zadudniły na pomoście.
Szkoda, że Green nie zachował jednego kluczyka zapłonowego skuterów wodnych. Wydobył z pochwy nóż myśliwski i przeciął cumy. Odepchnął łodzie jak najdalej od nabrzeża. Zerwał brezent z kanu, odbił od pomostu i zaczął szaleńczo wiosłować. Był na jeziorze, gdy zobaczył błyski z luf i usłyszał terkot broni automatycznej. Ochroniarze strzelali na ślepo i pociski trafiały w wodę daleko od łodzi.
Kanu mknęło po jeziorze, dopóki nie znalazło się poza zasięgiem ognia. Nighthawk nadal wiosłował z całych sił. Na drugim brzegu mógł zniknąć w gęstym lesie. Na wodzie nigdy nie jest zupełnie ciemno, jej powierzchnia odbija i powiększa nawet najmniejszą plamkę światła. Ale teraz jezioro wokół Bena rozjarzyło się jak po dodaniu chemicznego środka luminescencyjnego. Odwrócił się i przekonał, co to takiego.
Z tyłu bił w niebo szeroki snop światła. Otwierała się kopuła. Sterowiec unosił się wolno. Kiedy był kilkadziesiąt metrów nad wierzchołkami drzew, skierował się w stronę jeziora. Oświetlony z dołu upiornym blaskiem, przypominał jakiegoś mitycznego potwora. Skręcił ostro i poleciał wzdłuż brzegu. Pod jego brzuchem rozbłysły reflektory i zaczęły badać wodę.
Po pierwszym przelocie statek powietrzny zawrócił równoległym kursem. Nie kręcił się nad jeziorem na chybił trafił, lecz prowadził metodyczne poszukiwania, poruszając się tam i z powrotem jak kosiarka do trawy. Nighthawk wiosłował co sił, ale wiedział, że za kilka minut światła pląsające po powierzchni wody wyłowią z mroku jego łódź.
Sterowiec znów zawrócił i leciał teraz prosto na kanu. Po wykryciu łódź byłaby łatwym celem. Nighthawk wiedział, że ma tylko jedno wyjście.
Wyciągnął nóż myśliwski i przebił dno kanu. Do wnętrza wtargnęła zimna woda i zalała go do pasa. Sięgała mu do szyi, kiedy statek powietrzny przesłonił niebo niemal dokładnie nad nim. Warkot silników zagłuszył wszystkie inne dźwięki.