Odezwała się komórka w kieszeni jego garnituru. Na szczęście telefon wybawił go z kłopotu.
– Proszę się streszczać.
– Trudno cię złapać, St. Julien.
Na dźwięk znajomego głosu Kurta Austina niebieskie oczy rozbłysły wesoło.
– Wręcz przeciwnie, mój chłopcze. Jestem jak Jaś i Małgosia. Idź tropem okruchów, a znajdziesz mnie skubiącego domek z piernika.
– Łatwiej było pójść tropem wskazówek twojej gospodyni. Powiedziała mi, że jesteś we Włoszech. Jak przebiega wycieczka?
Perlmutter poklepał się po pełnym brzuchu.
– Bardzo treściwa. Mam nadzieję, że w dystrykcie Kolumbii wszystko w porządku?
– O ile wiem, tak. Wczoraj wieczorem wróciłem z Kopenhagi.
– Ach, to miasto Hansa Christiana Andersena i Małej Syrenki… Pamiętam, że kiedy byłem tam kilka lat temu, trafiłem do pewnej restauracji, gdzie jadłem…
Austin przerwał Perlmutterowi, zanim ten zaczął wymieniać kolejno wszystkie dania.
– Wysłuchałbym tego z przyjemnością, ale w tej chwili jest mi potrzebna twoja znajomość historii.
– Zawsze chętnie rozmawiam o jedzeniu i historii. Strzelaj. – Perlmutter często wspomagał NUMA swoją wiedzą.
– Natknąłeś się kiedykolwiek na baskijskiego żeglarza Diego Aguirreza? Piętnasty lub szesnasty wiek.
Perlmutter sięgnął w głąb swego encyklopedycznego umysłu.
– Owszem. Miało to coś wspólnego z Pieśnią o Rolandzie, francuskim poematem epickim.
– Chanson de Roland? Męczyłem się z tym w szkole na lekcjach francuskiego.
– Więc znasz tę legendę. Roland był siostrzeńcem cesarza Karola Wielkiego. Swoim magicznym mieczem Durendalem powstrzymywał Saracenów w wąwozie Roncesvalles. Kiedy umierał, uderzył mieczem o skałę, chcąc go zniszczyć, żeby nie wpadł w ręce wroga. Ale klinga nie pękła. Zadął w róg, wzywając pomocy. Cesarz usłyszał to i przybył ze swoimi wojskami, ale było za późno. Roland już nie żył. Z biegiem lat stał się bohaterem Basków, symbolem ich uporu.
– A jak to się wiąże z Aguirrezem?
– Przypominam sobie wzmiankę o rodzinie Aguirrezów w osiemnastowiecznej rozprawie naukowej o wyprawach do obu Ameryk przed Kolumbem. Aguirrez podobno wiele razy pływał na łowiska na wodach Ameryki Północnej, kilkadziesiąt lat przed dotarciem tam Kolumba. Niestety, naraził się hiszpańskiej inkwizycji. Podobno powierzono mu relikwie Rolanda.
– Z tego, co mówisz, wynika, że opowieść o Rolandzie to nie tylko legenda. Miecz i róg istniały naprawdę.
– Inkwizycja najwyraźniej tak uważała. Obawiała się, że relikwie mogą być wykorzystane do zjednoczenia Basków.
– Co się stało z Aguirrezem i relikwiami?
– Zniknął razem z nimi. I nie ma nigdzie mowy o katastrofie jego statku. Mogę spytać, dlaczego się tym interesujesz?
– Poznałem potomka Diego Aguirreza. Podróżuje tropem swojego przodka, ale nic mi nie mówił o relikwiach.
– Nie jestem zaskoczony. Separatyści baskijscy nadal podkładają bomby w Hiszpanii. Bóg jeden wie, co by się stało, gdyby wpadły im w ręce takie cenne symbole.
– Pamiętasz coś jeszcze o Aguirrezie?
– W tej chwili nic więcej nie mogę powiedzieć. Po powrocie do domu pogrzebię w moich książkach. – Perlmutter miał jedną z największych na świecie bibliotek marynistycznych. – Będę w Georgetown za kilka dni, po wizycie w Mediolanie.
– Bardzo mi pomogłeś, jak zwykle. Jeszcze pogadamy. Buon appetito.
– Grazie – odrzekł Perlmutter i wyłączył się.
Znów skoncentrował się na zastawionym stole. Już miał się wziąć za półmisek marynowanych karczochów, gdy jego gospodarz, właściciel willi i okolicznych winnic, wrócił z butelką wina, po którą poszedł.
– Nie tknął pan jedzenia – zdziwił się. – Źle się pan czuje?
– Ach, nie, senior Nocci. Miałem właśnie telefon z trudnym pytaniem z dziedziny historii.
Siwy Włoch skinął głową.
– Może odświeży panu pamięć chingali z dzika. Sos jest zrobiony z trufli z moich lasów.
– Wspaniała propozycja, mój przyjacielu.
Tama pękła i Perlmutter zabrał się do jedzenia ze zwykłym apetytem. Nocci uprzejmie powstrzymywał swoją ciekawość, kiedy jego gość pochłaniał dokładki. Ale gdy Perlmutter wytarł usta i odłożył serwetkę, Nocci powiedział:
– Jestem historykiem amatorem. Trudno nim nie być, kiedy mieszka się w kraju pełnym pozostałości po niezliczonych cywilizacjach. Może mógłbym pomóc.
Perlmutter nalał sobie drugi kieliszek chianti rocznik 1997 i zrelacjonował mu swoją rozmowę z Austinem. Włoch przechylił głowę na bok.
– Nic nie wiem o tym Basku, ale pańska opowieść przypomina mi coś, na co natknąłem się podczas moich badań w Biblioteca Laurenziana.
– Byłem tam wiele lat temu. Zafascynowały mnie manuskrypty.
– Mają ich ponad dziesięć tysięcy – przytaknął Nocci. – Jak pan wie, bibliotekę założył ród Medyceuszy, by umieścić tam swoje bezcenne zbiory. Piszę pracę o Wawrzyńcu Wspaniałym, którą mam nadzieję kiedyś opublikować, choć wątpię, czy ktoś ją przeczyta.
– Ja na pewno – obiecał uroczyście Perlmutter.
– Więc mój wysiłek nie pójdzie na marne – odrzekł Włoch. – W każdym razie jednym z niebezpieczeństw badań naukowych jest pokusa zbaczania z głównego kierunku poszukiwań. Uległem jej w bibliotece i doszedłem do osoby papieża Leona X z rodu Medyceuszy. Po śmierci króla Ferdynanda w 1516 roku zaczęto naciskać, siedemnastoletniego następcę tronu, Karola V, żeby przeciwstawił się potędze inkwizycji. W rodzinie Medyceuszy istniały wielkie tradycje humanistyczne i papież chciał ograniczyć uprawnienia inkwizytorów. Jednak doradcy Karola przekonali młodego króla, że bez inkwizycji nie utrzyma się przy władzy i prześladowania trwały jeszcze przez trzysta lat.
– Smutny rozdział w historii ludzkości. To pocieszające, że Aguirrez miał odwagę wyrazić własne zdanie, ale ciemne moce były silne.
– Najgorszy był Hiszpan Martinez. Wysłał do króla list z przynagleniem do poparcia inkwizycji i rozszerzenia jej uprawnień. Udało mi się ustalić, że list został przekazany Leonowi X z prośbą o komentarz i trafił do biblioteki wraz z innymi dokumentami papieża. – Nocci pokręcił głową. – Martinez nienawidził Basków, chciał ich zetrzeć z powierzchni ziemi. Pamiętam wzmiankę o Rolandzie i przypominam sobie, że wydała mi się niezwykła w tym kontekście.
– O co w niej chodzi?
Włoch westchnął ciężko i postukał się palcem w głowę.
– Zapomniałem. Skleroza. Starzeję się.
– Może pan sobie przypomni po dolewce wina.
Nocci uśmiechnął się.
– Bardziej ufam chianti niż własnej pamięci. Zastępczyni kustosza biblioteki to moja przyjaciółka. Proszę poczekać, a ja pójdę do niej zadzwonić.
Wrócił po kilku minutach.
– Powiedziała, że w każdej chwili z przyjemnością pokaże nam ten list.
Perlmutter odsunął wielkie cielsko od stołu i wstał.
– Trochę ruchu chyba dobrze mi zrobi.
Jazda do Florencji nie trwała nawet piętnastu minut. Nocci miał fiata, ale na czas wizyty Perlmuttera wypożyczył mercedesa, żeby gościowi było wygodniej. Zaparkowali w pobliżu straganów z wyrobami skórzanymi i pamiątkami na Piazza San Lorenzo i skierowali się na lewo od starej kaplicy parafialnej rodu Medyceuszy.
Przeszli przez ciche krużganki klasztorne, zostawili za sobą ruchliwy rejon handlowy i wspięli się do czytelni po schodach będących dziełem Michała Anioła. Zwinność ogromnej postaci Perlmuttera wydawała się przeczyć prawu grawitacji. Mimo to u szczytu schodów zasapał się z wysiłku i chętnie zgodził się, gdy Nocci zaproponował, że przyprowadzi tu przyjaciółkę. Perlmutter przechadzał się między rzędami rzeźbionych ław z prostymi oparciami, pławił się w słońcu, wpadającym przez wysokie okna, i wdychał stęchły zapach staroci.