32
Statek doktora Throckmortona był przerobionym, przysadzistym traulerem, używanym przez Kanadyjską Służbę Rybołówstwa. Stał przy nabrzeżu blisko miejsca, gdzie cumowała łódź Mike’a Neala podczas pierwszej wizyty Troutów w porcie.
– Dziwne uczucie znowu być tutaj. Tak tu spokojnie… – powiedziała Gamay.
– Jak na cmentarzu – odparł Paul.
Pojawił się Throckmorton i przywitał ich ze swoją zwykłą wylewnością.
– Doktorostwo Trout! To prawdziwa przyjemność gościć państwa na pokładzie. Cieszę się, że zadzwoniliście. Nie spodziewałem się, że po naszej rozmowie w Montrealu tak prędko się zobaczymy.
– My też nie – odrzekła Gamay. – Pańskie odkrycia narobiły w NUMA sporo zamieszania. Dzięki, że zgodził się pan nas zabrać.
– Ależ nie ma za co. – Throckmorton zniżył głos. – Zwerbowałem do pomocy dwójkę moich studentów. Chłopaka i dziewczynę. Bardzo zdolni. Jestem jednak zadowolony, że mam na pokładzie prawdziwych naukowców. Widzę, że jeszcze nosi pan gips. Jak ręka?
– W porządku – odpowiedział Paul i rozejrzał się. – Nie ma doktora Barkera?
– Nie mógł przyjechać. Przeszkodziły mu jakieś sprawy osobiste – wyjaśnił Throckmorton. – Może dołączy do nas później. Mam nadzieję, że się zjawi. Przydałaby mi się jego wiedza na temat genetyki.
– Ma pan jakieś problemy? – zapytała Gamay.
– Ależ nie, wszystko gra. Jednak w tej dziedzinie można mnie porównać zaledwie do mechanika, który potrafi połączyć nadwozie z podwoziem, podczas gdy Frederick projektuje samochody sportowe.
Gamay uśmiechnęła się.
– Nawet najdroższe samochody sportowe nie będą jeździły wiecznie bez mechanika, który zadba o silnik.
– Bardzo pani uprzejma. Ale to skomplikowana sprawa i jest kilka nowych aspektów, dość zagadkowych. – Throckmorton zmarszczył brwi. – Zawsze uważałem rybaków za doskonałych obserwatorów tego, co się dzieje na morzu. Jak państwo wiedzą, miejscowa flotylla kutrów przeniosła się na bardziej wydajne łowiska. Rozmawiałem jednak z kilkoma starszymi kapitanami, którzy widzieli, jak znikają ławice ryb i zastępują je tak zwane diabłoryby. Teraz one też są na wymarciu. I nie wiem, dlaczego giną.
– Szkoda, że nie udało się panu żadnej złowić.
– Tego nie powiedziałem. Chodźmy, pokażę państwu.
Throckmorton poprowadził Troutów przez “suchą” pracownię, gdzie znajdowały się komputery i inny sprzęt elektryczny. Weszli do “mokrej” pracowni – małego pomieszczenia z bieżącą wodą, zlewami, akwariami i stołami sekcyjnymi do badania okazów. Throckmorton włożył rękawice i sięgnął do wielkiej chłodziarki. Przy pomocy Troutów wyjął zamrożonego łososia o długości ponad stu dwudziestu centymetrów i położył na stole. Paul pochylił się nisko i przyjrzał białej łusce.
– Podobny do ryby, którą złowiliśmy.
– Musieliśmy go zabić. Rozerwał sieć i gdyby żył, pożarłby cały statek.
– Teraz, kiedy już obejrzał pan z bliska jeden z tych okazów, jakie są pańskie wnioski? – zapytała Gamay.
Throckmorton wydął pulchne policzki.
– Jest tak, jak się obawiałem. Sądząc po jego niezwykłej wielkości, powiedziałbym, że na pewno został zmodyfikowany genetycznie. Krótko mówiąc, to mutant, który powstał w laboratorium. Taki sam gatunek, jaki pokazywałem państwu w mojej pracowni.
– Jednak pańska ryba była mniejsza i wyglądała bardziej normalnie.
Throckmorton przytaknął.
– Obie zaprogramowano przy użyciu genów wzrostu, tyle tylko, że mój eksperyment był pod kontrolą. W wypadku tego łososia najwyraźniej nie starano się ograniczyć jego rozmiarów. Jakby ktoś chciał zobaczyć, co stanie się dalej. Jednak wielkość i agresja doprowadziły do zagłady tych okazów. Kiedy wytrzebiły i zastąpiły naturalne gatunki, zwróciły się przeciwko sobie.
– Innymi słowy, były zbyt głodne, żeby się rozmnażać?
– Możliwe. Albo po prostu nie były przystosowane do życia na wolności. To tak, jak z dużym drzewem, które huragan wyrwie z korzeniami, podczas gdy karłowate przetrwa. Natura eliminuje mutanty niepasujące do otoczenia.
– Jest jeszcze inna możliwość – powiedziała Gamay. – Doktor Barker wspominał coś o tworzeniu bezpłodnych bioryb, żeby nie mogły się rozmnażać.
– Teoretycznie jest to całkowicie możliwe.
– Co zamierza pan teraz robić? – zapytał Paul.
– Zobaczę, co uda nam się złowić przez następne kilka dni. Potem zabiorę te okazy do Montrealu i zbadamy geny. Spróbuję dopasować je do tego, co mam w komputerze. Ustalimy, kto to zaprojektował.
– Można to zrobić?
– O, tak. Program genetyczny jest jak podpis. Powiadomiłem doktora Barkera o tym, co znalazłem. Frederick to guru w tych sprawach.
– Ocenia go pan bardzo wysoko – zauważył Paul.
– Mówiłem już, jest genialny. Żałuję tylko, że zajął się działalnością komercyjną.
– Skoro mówimy o działalności komercyjnej, słyszeliśmy, że niedaleko jest przetwórnia ryb. Może ma coś wspólnego z tym, co się tu dzieje?
– W jakim sensie?
– Może zanieczyszcza środowisko. W skażonych wodach czasem znajduje się dwugłowe żaby.
– Interesujące, choć nieprawdopodobne. Zdarzają się zdeformowane ryby, ale ten potwór nie pojawił się przypadkowo. Zaproponuję coś państwu. Możemy tam popłynąć, stanąć w nocy na kotwicy w pobliżu przetwórni i rano spróbować coś złapać w sieć. Jak długo zamierzają państwo tutaj zostać?
– Dopóki pan z nami wytrzyma – odrzekł Paul. – Nie chcemy sprawiać kłopotu.
– O tym nie ma mowy. – Throckmorton z powrotem włożył łososia do chłodziarki. – Kiedy zobaczycie państwo swoją kajutę, możecie stracić ochotę na dłuższy pobyt tutaj.
W kajucie z trudem mieściła się piętrowa koja. Gdy Paul spróbował położyć się na dolnym posłaniu, nogi wystawały mu poza jego krawędź. Gamay wspięła się na górę.
– Myślałam o tym, co powiedział nam Throckmorton. Przypuśćmy, że jesteś doktorem Barkerem i pracujesz dla Oceanusa. Chciałbyś, żeby sprawdzono materiał genetyczny, który mógłby wykazać, kto stworzył bioryby?
– Nie. Wiemy z własnego doświadczenia, że Oceanus potrafi być bezwzględny, jeśli ktoś węszy wokół niego.
– Jaki z tego wniosek?
– Możemy zaproponować Throckmortonowi, żeby na noc zarzucił kotwicę gdzie indziej.
– Ale nie zrobimy tego, prawda?
– Wybrałem się tutaj dlatego, że nie mogłem być z Kurtem i Joem.
– Nie musisz mi tego przypominać.
– Throckmorton jest w porządku, ale nie byłem przygotowany na to, że zostanę jego niańką.
– Uważasz, że może zrobić się gorąco?
Paul skinął głową.
– No to losujmy – powiedział.
Gamay wygrzebała kanadyjskiego dolara. Paul podrzucił go w powietrze, złapał i położył na zagipsowanej dłoni.
– Reszka. Przegrałem. Wybieraj, którą chcesz wartę.
– Możesz wziąć dwie pierwsze godziny. Zaczniesz czuwać, kiedy tylko załoga pójdzie spać.
– W porządku. – Paul zlazł z koi. – I tak bym nie zasnął na tym łożu tortur. – Wyciągnął do góry złamaną rękę. – Mogę użyć gipsu jako broni.
Gamay uśmiechnęła się.
– Nie ma potrzeby. – Pogrzebała w swoim worku marynarskim i wyjęła kaburę z pistoletem kaliber 22. – Zabrałam to na wypadek, gdybym chciała poćwiczyć strzelanie do celu.
Paul uśmiechnął się. Jej ojciec uczył ją od dziecka strzelania do rzutków i była doskonałym snajperem. Chwycił broń zagipsowaną ręką i podtrzymał ją drugą dłonią.
Gamay popatrzyła na niego krytycznie.
– Chyba powinniśmy czuwać razem.
Statek zarzucił kotwicę około mili od brzegu. Na skalistym wzgórzu nad wodą widać było dachy budynków i wieżę telekomunikacyjną Oceanusa. Troutowie zjedli kolację w małej mesie z Throckmortonem, jego studentami i częścią załogi. Naukowiec opowiadał o swoich badaniach, Paul i Gamay o pracy w NUMA. Czas szybko mijał. Około jedenastej wszyscy się rozeszli.