Troutowie wrócili do swojej kajuty i zaczekali, aż na statku zapadnie cisza. Potem wymknęli się na pokład i zajęli pozycję przy burcie od strony lądu. Noc była chłodna. Mieli grube swetry, kurtki i koce zabrane ze swoich koi. Spokojne morze falowało leniwie. Paul siedział oparty plecami o nadbudówkę statku, Gamay leżała obok niego na pokładzie.
Pierwsze dwie godziny szybko minęły. Gamay objęła wachtę, a Paul wyciągnął się na pokładzie. Zdawało mu się, że dopiero zasnął, gdy Gamay potrząsnęła go za ramię. Obudził się natychmiast.
– Co jest?
– Obserwuję tamtą ciemną smugę na wodzie. Myślałam, że to wodorosty, ale zbliża się.
Paul przetarł oczy i spojrzał w kierunku, który wskazywała palcem. Przez chwilę widział tylko granatowoczarne morze. Potem dostrzegł ciemniejszy kształt, który zdawał się płynąć w ich kierunku. Dochodził stamtąd szmer głosów.
– Pierwszy raz słyszę, żeby morskie zielsko gadało. Proponuję przestrzelić im dziób.
Podczołgali się naprzód i Gamay przyjęła leżącą pozycję strzelecką z łokciami opartymi o pokład i pistoletem w obu dłoniach. Paul wycelował przed siebie latarkę. Na znak żony włączył ją. Mocny snop światła padł na śniade twarze czterech mężczyzn. Byli ubrani na czarno i siedzieli w dwóch kajakach. Drewniane wiosła zamarły w połowie mchu. Migdałowe oczy zamrugały zaskoczone światłem.
Padł strzał.
Pierwszy pocisk roztrzaskał wiosło mężczyzny siedzącego z przodu w jednym z kajaków. Po następnym strzale rozleciało się na kawałki wiosło w drugim kajaku. Mężczyźni siedzący na rufie kajaków zaczęli szaleńczo wiosłować wstecz, ich towarzysze pomagali im rękami. Zawrócili i skierowali się z powrotem w stronę lądu. Jednak Gamay nie zamierzała ich tak łatwo puścić. Kajaki były już na granicy światła, gdy przestrzeliła dwa pozostałe wiosła.
– Dobre strzały – pochwalił Paul.
– Przez jakiś czas powinniśmy mieć spokój.
Pistolet nie był głośny, ale w nocnej ciszy musiał brzmieć jak działo. Doktor Throckmorton wybiegł na pokład wraz z kilkoma ludźmi.
– Ach, to państwo… – powiedział, kiedy zobaczył Troutów. – Usłyszeliśmy hałas. Mój Boże – dodał na widok broni w ręku Gamay.
– Ćwiczyłam strzelanie do celu.
Z wody dobiegły głosy. Jeden z członków załogi podszedł do relingu i zaczął nasłuchiwać.
– Chyba ktoś potrzebuje pomocy. Spuśćmy szalupę za burtę.
– Na pańskim miejscu nie robiłbym tego – poradził mu Paul łagodnym tonem, ale z wyraźnym ostrzeżeniem w głosie. – Tamci ludzie poradzą sobie.
Throckmorton zawahał się, potem zwrócił do załoganta:
– Wszystko w porządku. Chcę przez chwilę porozmawiać z państwem Trout.
Gdy zostali sami, zapytał:
– Moglibyście mi łaskawie wyjaśnić, moi drodzy, co się właściwie dzieje?
Gamay spojrzała na męża.
– Przyniosę kawę. To może być długa noc. – Po kilku minutach wróciła z trzema parującymi kubkami. – Znalazłam whisky i dolałam odrobinę. Chyba dobrze nam to zrobi.
Troutowie opowiedzieli o swoich podejrzeniach wobec Oceanusa, uzasadniając je informacjami z różnych źródeł.
– To poważne zarzuty – odrzekł Throckmorton. – Macie niezbity dowód, że istnieje taki przerażający plan?
– Uważam, że dowód leży w pańskiej chłodziarce – odparła Gamay. – Ma pan jeszcze jakieś pytania?
– Tak – odpowiedział po chwili Throckmorton. – Ma pani jeszcze whisky?
Gamay przezornie przyniosła butelkę w kieszeni. Dolała mu alkoholu do kawy.
– To, co Frederick robił w tej firmie, nigdy mi się nie podobało – wyznał. – Ale spodziewałem się, że z czasem pasja naukowa weźmie w nim górę nad chęcią zysku.
– Muszę pana o coś zapytać – powiedziała Gamay. – Czy byłoby możliwe wyniszczenie naturalnej populacji ryb i zastąpienie jej tymi Frankenfishami?
– Całkowicie możliwe. I nikt inny nie potrafiłby tego lepiej zrobić niż doktor Barker. To wiele wyjaśnia. Jeszcze nie mogę uwierzyć, że trzyma z tą bandą. Ale dziwnie się zachowywał. – Throckmorton zamrugał oczyma, jakby nagle się ocknął. – Te strzały, które słyszałem… Ktoś chciał się dostać na nasz statek?
– Na to wyglądało – powiedziała Gamay.
– Może lepiej byłoby wynieść się stąd i zawiadomić władze?
– Nie wiemy, co tutejsza przetwórnia ma z tym wszystkim wspólnego – odparła Gamay uspokajającym tonem. – Kurt chce, żebyśmy mieli ją na oku, dopóki nie zakończy swojej operacji.
– Czy to nie jest niebezpieczne dla ludzi na tym statku?
– Dopóki czuwamy, nie powinno nic się wydarzyć – odrzekł Paul. – Niech kapitan będzie gotów do szybkiego odpłynięcia, chociaż wątpię, żeby nasi przyjaciele wrócili. Pozbawiliśmy ich elementu zaskoczenia.
– Dobrze – powiedział Throckmorton i z determinacją zacisnął zęby.
– Ale co ja mam robić?
Paul wziął od Gamay whisky i dolał mu następną porcję na uspokojenie nerwów.
– Czekać – odparł.
33
Ekipa SOS potykała się w marszu przez głęboki las. Strażnicy byli bezlitośni. Therri spróbowała przyjrzeć się bliżej prześladowcom, ale jeden z nich wbił jej lufę w plecy z taką siłą, że metal przeciął skórę. Zagryzła wargi, żeby nie krzyknąć z bólu.
W lesie było ciemno, tylko tu i tam między drzwiami błyskały światła. W końcu las się przerzedził i stanęli przed budynkiem z wielkimi drzwiami oświetlonymi zewnętrznym reflektorem. Wepchnięto ich do środka i strażnicy przecięli druty krępujące im ręce. Potem zatrzasnęli i zaryglowali zasuwane wrota.
Pachniało benzyną, na podłodze były plamy oleju. Pomieszczenie wyglądało na olbrzymi garaż, ale nie było tu pojazdów. Pod przeciwległą ścianą kuliło się kilkudziesięciu przerażonych ludzi – mężczyzn, kobiet i dzieci. Na zmęczonych twarzach mieli wyraz udręki, w oczach strach na widok nagłego pojawienia się obcych.
Obie grupy patrzyły na siebie nieufnie. Po chwili mężczyzna siedzący po turecku na podłodze wstał i podszedł. Miał pomarszczoną twarz, sińce pod oczami i długie, siwe włosy związane w kucyk. Mimo brudnego ubrania, emanowała z niego godność. Kiedy się odezwał, Therri zrozumiała, dlaczego wydał się jej znajomy.
– Jestem Jesse Nighthawk – przedstawił się i wyciągnął rękę.
– Nighthawk – powtórzyła. – Więc musi pan być ojcem Bena.
Ze zdziwieniem otworzył usta.
– Zna pani mojego syna?
– Tak, pracujemy razem w biurze SOS w Waszyngtonie.
Stary człowiek popatrzył ponad ramieniem Therri, jakby kogoś szukał.
– Ben tu był. Zobaczyłem go, kiedy wybiegł z lasu z drugim mężczyzną, którego zabili.
– Tak, wiem. Benowi nic się nie stało. Widziałam się z nim w Waszyngtonie. Powiedział nam, że jesteście w tarapatach.
Ryan wystąpił naprzód.
– Przyjechaliśmy, żeby was stąd wydostać.
Jesse Nighthawk spojrzał na niego i pokręcił głową.
– Niepotrzebnie przyjechaliście. Naraziliście się na wielkie niebezpieczeństwo.
– Złapali nas, jak tylko wylądowaliśmy – powiedziała Therri. – Jakby wiedzieli, że chcemy złożyć im wizytę.
– Wszędzie mają obserwatorów – odparł Nighthawk. – Zły mi to powiedział.
– Zły?
– Pewnie go poznacie. Jest jak potwór z koszmarnego snu. Zabił włócznią kuzyna Bena. – Oczy Jesse’a zwilgotniały na to wspomnienie. – Pracowaliśmy dzień i noc przy wyrębie lasu. Nawet kobiety i dzieci… – Głos mu się załamał ze zmęczenia.
– Kim są ci ludzie? – zapytał Ryan.
– Nazywają siebie Kiolya. To chyba Eskimosi. Nie jestem pewien. Zaczęli budowę w lesie po drugiej stronie jeziora na wprost naszej wioski. Nie bardzo nam się to podobało, ale mieszkamy nielegalnie na tej ziemi, więc nie mamy nic do gadania. Pewnego dnia przypłynęli przez jezioro z bronią i zabrali nas tutaj. Wycinaliśmy drzewa i odciągaliśmy na bok. O co w tym wszystkim chodzi?
Zanim Ryan zdążył odpowiedzieć, rozległ się odgłos otwieranych drzwi. Do garażu weszło sześciu mężczyzn z wycelowanymi karabinami automatycznymi. Wszyscy wyglądali tak samo. Mieli szerokie, ciemne twarze z wystającymi kośćmi policzkowymi i twarde spojrzenie oczu w kształcie migdałów. Najbardziej przerażająco wyglądał siódmy mężczyzna. Był potężnie zbudowany, miał krótką, grubą szyję, głowa wydawała się wyrastać wprost z barczystych ramion. Jego żółtawoczerwona skóra była ospowata, usta wykrzywiał groźny grymas. Po obu stronach zmiażdżonego, bezkształtnego nosa biegły pionowe tatuaże. Nie miał żadnej broni, poza nożem w pochwie przy pasie.