Выбрать главу

Nie zdziwiło go, że i tym razem robot wyprzedził go czym prędzej i zastawił sobą przejście. Prilicli chodziło jednak przede wszystkim o wyczucie umysłu, który powinien znajdować się za drzwiami, i nie myślał sprawdzać na razie niczego więcej.

Zasadniczy typ emocji był bardzo podobny do tego, jaki poznał wcześniej, ale treść przekazu — przerażająco odmienna. Ta istota cierpiała nie tylko psychicznie, ale i fizycznie.

Prilicla nie próbował nawet zgadywać, co mogło być przyczyną jej skrajnie przykrych doznań, wyczuwał niemniej przyduszenie, któremu towarzyszyły strach i depresyjne myśli typowe dla poczucia całkowitego osamotnienia. Przysunął się jeszcze trochę do drzwi i podobnie jak wcześniej spróbował przekazać obcemu trochę współczucia i sugestii przyjaznego nastawienia oraz ogólnego pocieszenia.

Tym razem trwało to dłużej, zapewne przez jego zmęczenie, w końcu jednak doczekał się reakcji. Poprzez czarny opar rozpaczy przebiło się najpierw zdumienie, potem zaciekawienie, na końcu zaś pojawiła się iskierka nadziei. Prilicla spróbował powtórzyć także manewr z lampą, ale nie wywołał już żadnego odzewu, podobnie jak wykorzystanie oświetlenia statku.

— Przyjacielu Fletcher — powiedział, starając się tłumić własne emocje. — Wyczułem obecność drugiego rozbitka. Jego odczucia sugerują, że nie ma kontaktu z pierwszą istotą, która jest zestresowana, ale poza tym zdrowa. Ten drugi jest ranny, brak mu pożywienia i wody, co musi być skutkiem uszkodzenia jego systemu podtrzymywania życia. Jestem pewien, że ucierpiał, ponieważ znajdował się bliżej burty, przy której doszło do eksplozji. Z tego samego powodu jest obecnie głuchy, niemy i ślepy. Musimy jak najszybciej przywrócić im zdolność komunikowania się nawzajem, potem zaś wydobyć z tego statku i bez zwłoki poddać leczeniu.

— Ale jak zamierza pan to przeprowadzić, doktorze? — spytał kapitan.

— Nie wiem. Nie jestem specjalistą od technologii obcych — odpowiedział Prilicla. — Choć może to i lepiej, bo teraz muszę wrócić do kabiny i trochę się zdrzemnąć. Może przyśni mi się jakieś rozwiązanie problemu.

ROZDZIAŁ SZESNASTY

Rozbitkowie z Terragara doszli już na tyle do siebie, że można było wystawiać ich nosze na zewnątrz, aby korzystali ze słońca i świeżego powietrza. Kilka godzin dziennie przyrodoterapii powinno wzmocnić działanie leków, zwłaszcza że było ciepło i pacjenci mieli możliwość opalić się trochę, co przy służbie w próżni było rzadką okazją. Nienaruszona warstwa ozonowa planety gwarantowała brak jakiegokolwiek ryzyka. Murchison nie mogła jednak spędzać z nimi całego wolnego czasu, chociaż oficerowie nie mieliby nic przeciwko temu. Jako dżentelmeni jednak udawali, że nie zwracają najmniejszej uwagi na ubiór swego anioła miłosierdzia — skoro oparzenia podopiecznych częściowo się wygoiły i ryzyko zakażenia zmalało, Murchison zrezygnowała z kombinezonu ochronnego i maski na rzecz bardziej plażowego stroju.

Zamierzała obejść całą wyspę wokół. Podczas wyprawy na górę trzy dni wcześniej oceniła, że wędrówka pasem piasku tuż nad wodą powinna zająć jej około dwóch godzin.

Chociaż trudno było ją uznać za osobę mało towarzyską, tym razem miała ochotę na samotną wędrówkę, podczas której mogłaby odpocząć od wygłaszania terapeutycznych uwag.

Pacjenci przestali powątpiewać już, czy z tego wyjdą, i obecnie przejawiali coraz żywsze zainteresowanie przeniesieniem do szpitala, gdzie mogliby być poddani chirurgicznej rekonstrukcji tkanek. Danalta i Naydrad też pytali, ile jeszcze przyjdzie im czekać na powrót.

Zasługiwali na szczerą odpowiedź, ale Murchison nie miała im nic konkretnego do przekazania, ponieważ sama na razie niczego nie wiedziała.

Próbowała zgadnąć o to kapitana podczas codziennego składania raportu, on jednak odparł, że ich przedłużający się pobyt tutaj wiąże się z kwestiami medycznymi, i odesłał Murchison do jej szefa. Prilicla z kolei stwierdził uprzejmie, ale bez ogródek, że na razie nie może nic powiedzieć, ponieważ nie ma pojęcia, kiedy uda się nawiązać kontakt z obcymi rozbitkami. Dodał tylko, że ponieważ natrafili na pewne komplikacje, zapewne powrót nie nastąpi szybko.

Murchison przekazała tę informację Naydrad i Danalcie, ale nie pacjentom. Nie chciała wzbudzać ich niepokoju nowiną, że być może przyjdzie im niebawem dzielić szpital z istotami odpowiedzialnymi za uszkodzenie, a pośrednio i zniszczenie Terragara.

Danaltę znudziła już oczywiście rola kolorowej piłki plażowej i poszukał sobie nowego wyzwania, zmieniając się w toczka z planety Drambo. Murchison nie sądziła jednak, aby był zdolny odtworzyć wewnętrzne organy tych istot, których specyficzna budowa sprawiała, iż od momentu narodzin do śmierci pozostawały w nieustannym ruchu.

Fizycznie skrzelodyszny toczek przypominał obwarzanek, tyle że ożywiony i wyposażony w szereg krótkich macek wyrastających od wewnętrznej strony. Potrafił też zmieniać profil ciała na szerszy, aby utrzymać równowagę przy mniejszych szybkościach.

Pomiędzy kończynami znajdowały się otwory skrzelowe oraz narządy wzroku z naturalnym mechanizmem przypominającym celostat i służącym do stałej obserwacji danego obszaru pomimo nieustannego ruchu obrotowego, który decydował o wydolności układu krążenia.

Pozbawione mięśnia sercowego toczki umierały szybko, gdy wiek, wypadek albo choroba sprawiały, że przestawały turlać się po świecie i upadały na bok. Gdy Murchison pierwszy raz udzielała pomocy unieruchomionemu toczkowi, przypominało to jej przesuwanie po dnie morskim ciężkiej i na wpół sflaczałej dętki samochodowej.

— Bardzo dobrze ci to wyszło, doktorze — powiedziała ze śmiechem. — Jeśli jest na tej planecie jakiś osamotniony przybysz z Drambo, na pewno ci się nie oprze.

Toczący się przed nią obwarzanek skręcił w prawo, zatrzymał się i zgiął w ukłonie, dziękując za komplement. Potem stopniał w kopczyk zielonkawego żelu, który wyrósł nagle, wysmuklał i poróżowiał, aby zmienić się w dwustopową, ale niemal doskonałą replikę samej Murchison.

Była mniejsza, bo i masa Danalty nie przypominała człowieczej, niemniej nawet oczy, uszy i paznokcie odtworzone zostały z godną podziwu precyzją. Natomiast biały kostium kąpielowy, włosy oraz brwi przypominały bardziej malunek na ołowianej figurce. Patolog wzdrygnęła się mimo woli.

Widziała już Danaltę przybierającego dziwne, czasem nawet odpychające kształty i nie robiło to na niej większego wrażenia, ale tym razem było inaczej.

— Może sprawdziłbyś, czy nie ma cię na górze? — powiedziała nieco ostrzej, niż zamierzała. — Na pewno znalazłbyś tam jakieś ciekawsze istoty do naśladowania. Nie to, co na plaży, gdzie można poczuć się bezpiecznym. Żadnych owadów, krabów czy ryb, żadnych dwudysznych, co wypełzają z wody, aby rzucić się na człowieka…

— Żadnych zagrożeń na tyle dużych, by je dostrzec — dodała mniejsza Murchison. — Nie zapominaj, że jesteśmy na obcej planecie.

Pani patolog nigdy nie lubiła przypominania jej o rzeczach oczywistych. Zwłaszcza w takich sytuacjach jak obecna, gdy choć na chwilę udało jej się o nich zapomnieć. Ale i tak trudno było jej uwierzyć, że na wyspie może kryć się jakieś niebezpieczeństwo. Nazbyt przypominała Ziemię.

— Na razie widzieliśmy z bliska tylko jeden gatunek większych zwierząt, zbyt nudny do naśladowania — powiedział Danalta, nie doczekawszy się odpowiedzi. — Chociaż inne mogą się przed nami ukrywać. Wyczuwam jednak w tobie rozdrażnienie. Przepraszam, ale czy moja postać ci się nie podoba?