Выбрать главу
Kochałam ich. Ale kochałam z wysoka. Sponad życia. Z przyszłości. gdzie zawsze jest pusto i skąd cóż łatwiejszego jak zobaczyć śmierć. Żałuję, że mój głos był twardy. Spójrzcie na siebie z gwiazd – wołałam – spójrzcie na siebie z gwiazd. Słyszeli i spuszczali oczy.
Żyli w życiu. Podszyci wielkim wiatrem. Przesądzeni. Od urodzenia w pożegnalnych ciałach.
Ale była w nich jakaś wilgotna nadzieja, własną migotliwością sycący się płomyk. Oni wiedzieli, co to takiego jest chwila, och bodaj jedna jakakolwiek zanim –
wyszło na moje. Tylko że z tego nie wynika nic. A to jest moja szatka ogniem osmalona. A to są moje prorockie rupiecie. A to jest moja wykrzywiona twarz. Twarz, która nie wiedziała, że mogła być piękna.
Mozaika bizantyjska
– Małżonko Teotropio.
– Małżonku Teodendronie.
– O jakżeś piękna, wąskolica moja.
– O jakżeś urodziwy, sinousty mój.
– Wdzięcznieś znikoma pod szatą jak dzwon, którą zdejmować hałas na całe cesarstwo.