Выбрать главу

Relacja ze szpitala

Ciągnęliśmy zapałki, kto ma pójść do niego. Wypadło na mnie. Wstałem od stolika. Zbliżała się już pora odwiedzin w szpitalu.
Nie odpowiedział nic na powitanie. Chciałem go wziąć za rękę – cofnął ją jak głodny pies, co nie da kości.
Wyglądał, jakby się wstydził umierać. Nie wiem, o czym się mówi takiemu jak on. Mijaliśmy się wzrokiem jak w fotomontażu.
Nie prosił ani zostań, ani odejdź. Nie pytał o nikogo z naszego stolika. Ani o ciebie, Bolku. Ani o ciebie, Tolku. Ani o ciebie, Lolku.
Rozbolała mnie głowa. Kto komu umiera? Chwaliłem medycynę i trzy fiołki w szklance. Opowiadałem o słońcu i gasłem.
Jak dobrze, że są schody, którymi się zbiega. Jak dobrze, że jest brama, którą się otwiera. Jak dobrze, że czekacie na mnie przy stoliku.
Szpitalna woń przyprawia mnie o mdłości.

Przylot

Tej wiosny znowu ptaki wróciły za wcześnie. Ciesz się, rozumie, instynkt też się myli. Zagapi się, przeoczy – i spadają w śnieg, i giną licho, giną nie na miarę budowy swojej krtani i arcypazurków, rzetelnych chrząstek i sumiennych błon, dorzecza serca, labiryntu jelit, nawy żeber i kręgów w świetnej amfiladzie, piór godnych pawilonu w muzeum wszechrzemiosł i dzioba mniszej cierpliwości.