Выбрать главу
Rozumiem, że nie po to chodzę po Księżycu, żeby szukać pierścionków, pogubionych wstążek. Oni wszystko zawczasu zabierają z sobą.
Niczego, co by mogło świadczyć, że. Śmieci, gratów, obierków, szpargałów, okruszyn, odłamków, wiórków, stłuczków, ochłapów, rupieci.
Ja, naturalnie, schylam się tylko po kamyk, z którego nie odczytam, dokąd się udali.
Nie lubią mi zostawiać znaku. Są niezrównani w sztuce zacierania śladów.
Od wieków znam ich talent do znikania w porę, ich boską nieuchwytność za rogi, za ogon, za rąbek szatki rozdętej w odlocie. Nigdy im włos nie spadnie z głowy, abym miał.
Wszędzie o myśl chytrzejsi niż ja sam, zawsze o krok przede mną, nim dobiegnąć zdążę, wystawiany szyderczo na trudy pierwszeństwa.
Nie ma ich, nigdy nie było, a jednak muszę to sobie raz po raz powtarzać, starać się nie być dzieckiem, któremu się zdaje.
A to, co mi spod stóp tak nagle uskoczyło, nie uskoczyło daleko, bo przydeptane upadło, i choć wyrywa się jeszcze i wydaje ze siebie przeciągłe milczenie, to cień – nazbyt mój własny, bym czuł się u celu.