Выбрать главу

To bardzo charakterystyczne: pańszczyźniany wprawdzie wyrzeka głośno na limuzynę księdza proboszcza, ale gdyby proboszcz jeździł byle czym, to by go nie szanował. W pamięci utkwiła mi opowieść jednego z ministrów rządu Mazowieckiego, że chłopi z okolicy, w której ma letniskowy domek, uważają go za idiotę i nieudacznika – był przecież ministrem, pokazywali go w telewizji, a jeździ takim gruchotem i mieszka w takiej byle chałupce. Głupek jakiś – być w rządzie i nie postawić sobie pańskiego dworu jak się patrzy?! Wierzę w tę opowieść, bo sam takich ludzi i ich sposób myślenia znam.

Pańszczyźniany żyje w poczuciu niesprawiedliwości: czuje przecież, choć nie umiałby złożyć tego w takie słowa, że jest niewolnikiem, zepchniętym na dno życia. Ale jeśli jego poczucie krzywdy zbadać bliżej, okaże się, że dla pańszczyźnianego niesprawiedliwość nie polega wcale na tym, że jedni są do bankietów, a drudzy do gnoju – tylko na tym, że on właśnie znalazł się w tej drugiej grupie. To, że jest pan i jest fornal, to normalne. Zawsze tak było, zawsze będzie. Pańszczyźniany sobie nie wyobraża, że może być inaczej. To nie znaczy, że obca mu jest naturalna, przyrodzona każdej ludzkiej istocie chęć poprawy swego losu – choć, oczywiście, w znacznej części wypadków skutecznie zabija ją gorzałą lub innym odurzającym świństwem. Ale prawdziwe nieszczęście niewolniczego, czy też, niech tam będzie, postniewolniczego, społeczeństwa polega na tym, że to dążenie do poprawy wyraża się nie w marzeniu o tym, aby folwark Rzeczypospolitej stał się wspólnym domem wszystkich, którzy w nim żyją – ale o tym, aby samemu przekroczyć barierę oddzielającą bankiet od gnojowicy, samemu dołączyć do panów, i mieć swoją trzodę fornali, których będzie się mogło traktować kopniakami. I jeśli pańszczyźnianemu przypadkiem się to uda – tak bywa w chwilach historycznych przełomów, i tak było także u nas – to, oczywiście, odruchowo stara się być dziedzicem takim, jakim sam wcześniej dziedziców postrzegał. Kopiuje dokładnie, nawet z przesadą, te właśnie zachowania, za które wcześniej pana nienawidził. Ten sam, który wcześniej krzyczał pod adresem władzy „zło-dzie-je-zło-dzie-je” ledwie sam poczuje w ręku odrobinkę władzy, choćby w gminie, natychmiast zaczyna kraść. Wcześniej oburzał się na arogancję władzy, teraz nabiera buty i demonstracyjnie pomiata ludźmi. To nie jest hipokryzja, bo hipokryzja jest tam, gdzie istnieje świadomość, że popełnia się coś złego. To po prostu trzymanie się jedynych znanych sobie zasad rządzących światem. Dziedzic ma prawo pomiatać pańszczyźnianym tak samo, jak pańszczyźniany ma prawo go oszukiwać i okradać. Tak było, tak jest, jakże by mogło być inaczej?

To właśnie, całkowita wiara w niezmienność niewolnictwa jako zasady rządzącej światem, stanowi istotę duszy niewolniczej, we wszystkich czasach, począwszy od starożytności, we wszystkich jej historycznych i współczesnych manifestacjach. Bo przecież nasze pańszczyźniane polactwo jest tylko jedną z wielu, specyficznie polską odmianą niewolnika. Niewolnika, z jakim próżno borykają się od dziesięcioleci potężne Stany Zjednoczone, bezskutecznie starając się rzesze murzyńskiej biedoty z socjalnych gett wydobyć z bagna beznadziei, narkotyków, przestępczości i zapiekłej nienawiści do normalnej części społeczeństwa, napędzanej niekończącymi roszczeniami wobec niej – roszczeniami, które uzasadnia ciągłe rozpamiętywanie z jakąś masochistyczną wręcz ekstazą swoich historycznych krzywd. Amerykańscy socjologowie opisali ten problem dość dokładnie, narażając się heroldom politycznej poprawności, i kto się tym pracom choćby pobieżnie przyjrzy, zobaczy, że murzynowo spod Los Angeles od postpegeerowskich wiosek w Słupskiem różnią tylko nieważne szczegóły. Murzyni są tu biali i zamiast narkotyków używają siarkowanej „taniochy”. Ale ten splot obezwładniającego poczucia pretensji z całkowitą bezwolą, niemożności wyrwania się z biedy i nałogu z nienawiścią do tych, którzy w biedzie i nałogu nie tkwią, jest niemalże identyczny.

Niemalże identyczne są nasze problemy z demokracją z tymi, które przeżywały jeszcze kilkanaście lat temu Indie. I z tymi, które przez kilka pokoleń kładły się cieniem, w wielu krajach kładą się nadal, nad Ameryką Łacińską. I bardzo podobne do tych, które w połączeniu z napięciami etnicznymi, których Polsce na szczęście Pan raczył oszczędzić, zamieniły postkolonialną Afrykę w krwawe bagno. Kto by chciał zrozumieć polskie problemy, niech studiuje historię krajów postkolonialnych, krajów, które otrzymały niepodległość i demokrację, nie mając wykształconych i skutecznych elit ani klasy średniej, a za to dźwigając bagaż niewolniczych nawyków.

*

Tylko – kto by chciał zrozumieć? Stykając się z ludźmi z Zachodu, często szczerze przejętymi misją pomocy młodym demokracjom, mam czasem wrażenie, jakbym natrafiał na jakąś niewidzialną barierę w ich umysłach – barierę wyznaczaną przez uczynienie z pewnych procedur demokratycznych, w tym zwłaszcza procedury głosowania, fetyszu. Dzisiejszy Zachód, miewam takie wrażenie, na śmierć zapomniał, co stanowi istotę demokracji. Może dlatego, że ma ją u siebie od wieków i jej podstawy uważa za tak oczywiste, że w ogóle ich nie zauważa.

Ja miałem możliwość, przyjechawszy z kraju niewolniczego, obserwować demokrację w kraju, który uważam za najlepszy we współczesnym świecie wzorzec do naśladowania. Co więcej, miałem okazję obserwować ją u samych podstaw. W małych amerykańskich miasteczkach, gdzie poczucie wspólnoty, wspólnej odpowiedzialności za życie gminy, osiedla, parafii, jest czymś równie naturalnym jak oddychanie. Gdzie jest oczywiste, że człowiek poświęca kilka godzin w tygodniu działalności społecznej – w radzie szkolnej, gminnej, przy udzielaniu pomocy najbiedniejszym, w miejskiej komisji. Że radny, burmistrz nie jest żadnym paniskiem, tylko po prostu społecznikiem nie pobierającym od gminy żadnych diet, choć dostaje od niej pieniądze na prowadzenie biura i opłacanie ekspertów. Że gdy ktoś mówi coś słusznego, mądrego, należy dołożyć się do jego kampanii wyborczej, pomóc mu znaleźć się w radzie, stanowej legislatywie, Kongresie, Białym Domu, bo to przecież nasz wspólny kraj i nasza wspólna przyszłość.

Zapadła mi boleśnie w pamięć scena z zachodniej telewizji, która relacjonowała przygotowania do przeprowadzenia w którymś ze spustoszonych afrykańskich krajów wolnych, demokratycznych wyborów. Owe wolne, demokratyczne wybory były oczywiście skutkiem jakichś międzynarodowych nacisków, miały położyć kres kolejnej międzyplemiennej rzezi i, sadząc po sączonych z offu bredniach, międzynarodowa opinia publiczna była z nich bardzo dumna. W obrazie zaś można było widzieć białych wolontariuszy, szczerze przejętych swą misją, jak pokazują mieszkańcom zapadłej wioski, gdzieś w głuchym buszu wprost z konradowskiego Jądra Ciemności karty do głosowania, i instruują, co należy z nimi zrobić. Ponieważ całą miejscową ludność stanowili analfabeci, więc karty miały charakter rysunkowy. Zamiast literek, wydrukowano na nich fotografie kandydatów i symbole ich klanów, które to klany na użytek wyborów Zachód nazwał sobie partiami politycznymi. Była więc partia oznaczona włócznią, była taka, którą symbolizował bęben, były inne jeszcze – miejscowa ludność miała zaznaczyć przy jednym z obrazków krzyżyk, potem wrzucić kartę do urny, i już. Taka prosta, magiczna czynność, i będziemy w tym kraju mieli demokrację. A jak demokrację, to i pokój, i dobrobyt. Wszystko dzięki temu, że analfabeci pozaznaczają krzyżyki na kartkach, a potem wrzucą te kartki do dużej kolorowej skrzyni, którą potem biali ludzie zawiozą gdzieś do stolicy, by nią nakarmić dobre mzimu demokracji. I ci ludzie, myślałem sobie, patrząc z opadniętą szczęką w ekran, na którym mądrzył się jakiś zachodni dyplomata czy wysoki komisarz ONZ, ci ludzie uważają się za bardziej cywilizowanych i mądrzejszych niż wierzący w skuteczność szamańskich pląsów i magicznych rytuałów buszmeni?