Выбрать главу

Wtem jak grom z jasnego nieba coś trzasnęło go straszliwie w pośladki. Will ryknął i nieomal wyskoczywszy w powietrze, przewrócił się na wznak. Oczy wyłaziły mu z orbit; nawet uderzenie pioruna nie przestraszyłoby go tak okropnie.

Zanim zdołał cokolwiek wykrztusić, wzrok jego padł na stojącą przy łóżku Rozamundę. Potrząsała groźnie szczotką do włosów trzymaną w jednej ręce, drugą zaś z całej mocy usiłowała odwrócić na brzuch Miłą Jill. To jej się w końcu udało, a wtedy, nim Jill zdążyła się wyśliznąć, trzasnęła ją szybko pięć czy sześć razy z rzędu.

Will pojął, że nie ma celu próbować się podnieść, więc leżał nieruchomo, wpatrzony w szczotkę, którą nieruchomo trzymała Rozamunda, i modlił się w duchu, by żona nie obróciła go na brzuch i znowu nie zaczęła okładać.

Jill zrazu się roześmiała, ale była paskudnie obita, a bąble bolały tak mocno, że zaczęła płakać. Will wsunął rękę pod siebie i pomacał grubą pręgę, która mu wystąpiła na ciele. Roztarł ją lekko, usiłując pozbyć się uczucia pieczenia. Pośladki Jill były czerwone jak ogień, a na jej delikatnej skórze widniały szkarłatne plamy. Spojrzał raz jeszcze i zauważył, że nowe bąble pokazują się na poprzednich, nabrzmiewając niby owalne placki wielkości i kształtu szczotki Rozamundy.

Za Rozamundą stał Pluto i patrzał ze współczuciem na drżące, nagie ciało Miłej Jill i jej rozedrgane, okaleczone pośladki.

– O Jezu – stęknął Will, dotykając pręgi na siedzeniu.

– Tylko tyle masz do powiedzenia na swoją obronę? – spytała Rozamunda. – Wychodzę do sklepu, nie ma mnie najwyżej kwadrans albo dwadzieścia minut, a ty takie rzeczy wyprawiasz, jak tylko na chwilę odejdę? Jak ci się zdaje, co by powiedział Pluto, gdyby potrafił gadać? To nie wiesz, że on chce się z nią żenić? Mało mu serce nie pęknie, jak to widzi. A gdybyś tak wyszedł na miasto, wrócił i zastał mnie w łóżku z Plutem? Co byś wtedy zrobił? Nie umiesz powiedzieć nic więcej, tylko: “O Jezu"?

Jill nagle wybuchnęła śmiechem. Przez chwilę patrzała na Rozamundę, potem na Pluta. Zaczęła śmiać się jeszcze głośniej.

– Chyba nie z tym brzuchem, Rozamundo? – powiedziała. – A bo to on by mógł z takim brzuszyskiem?

Rozamunda powściągnęła uśmiech, natomiast twarz Pluta oblała się purpurą. Odwrócił głowę i cofnął się ku ścianie, jakby chciał wcisnąć się w nią, ażeby zejść im z oczu. Jill przyłożyła rękę do bąbli i znowu zaczęła płakać.

– Chwileczkę, Rozamundo – odezwał się Will.

Spojrzała na niego, opierając trzymaną w ręku szczotkę o poręcz łóżka.

– To ja muszę ciebie prosić, żebyś się ze mną czasem przespał, a Miła Jill przyjeżdża na jedną noc i zaraz ją bierzesz! Przecież nie jest ładniejsza ode mnie.

Nie przychodziło mu nic do głowy. Nie mógł wynaleźć ani słowa odpowiedzi. Ona jednak patrzała na niego uporczywie i wiedział, że musi coś powiedzieć, zanim Rozamunda uczyni następny ruch.

– Przecież jeden raz nie szkodzi, no prawda, Rozamundo?

– Jeden raz! Zawsze to samo. Jak cię zapytam, dlaczego coś zrobiłeś, mówisz, że to tylko raz. Miałeś po razie każdą dziewczynę w mieście. To jest to samo co sto razy. Nigdy nie pomyślisz, co ja czuję, kiedy się szwendasz z jakąś dziewuchą, z którą w ogóle nie powinieneś się zadawać, a ja tu siedzę w domu i głowę sobie łamię, gdzie jesteś i co robisz?

Odwrócił głowę na tyle, by kątem oka zerknąć na Jill.

– Może to dlatego, że ona jest z Georgii, Rozamundo. Tak, chyba dlatego.

– To żadne wytłumaczenie. Nawet nie potrafisz czegoś wymyślić. Ja też jestem z Georgii, a przynajmniej byłam, póki nie wyszłam za ciebie i nie przeniosłam się tu, do Karoliny.

Will zerknął na Pluta, ale ten najwyraźniej nie miał żadnego godnego uwagi pomysłu. Wpatrywał się tępo w Willa.

– Kochanie – rzekł potulnie Will. – Takem ją tylko pomacał i trochę pocałował, a potem anim się połapał, jak już musiałem… Ale nie chciałem zrobić nic złego… No, i tak to się stało.

– Gdybym tu miała kij od baseballu, tobym ci pokazała – odrzekła Rozamunda.

Will zaczynał odzyskiwać nieco ufności w swoją zdolność przekonywania Rozamundy. Już się nie bał i wiedział, że potrafi odebrać jej szczotkę, gdyby znów chciała go zbić.

– Słuchaj, Rozamundo – powiedział. – Taka dziewczyna jak Miła Jill nie może się gdzieś pokazać, żeby ktoś zaraz nie dobierał się do niej. Już taka jest od samego początku.

Rozamunda uczyniła ruch, jak gdyby chciała znowu obić ich szczotką, ale zamiast tego obróciła się i podbiegła do komody stojącej nieopodal kąta, w który wcisnął się Pluto. Szarpnęła szufladę i wyciągnęła z niej mały rewolwer z kolbą okładaną masą perłową. Przyskoczyła do łóżka, trzymając broń w wyciągniętej ręce.

– Rany boskie, Rozamundo! – ryknął Will. – Rozamundo, kochanie moje, nie rób tego!

Jill podniosła głowę znad poduszki akurat w porę, by spostrzec odwodzony kurek i usłyszeć jego szczęknięcie. Will siadł na łóżku, przyciskając do piersi poduszkę.

– Jeżeli cię pokiereszuję, to ci to zejdzie, ale jak cię zastrzelę, to już zostanie!

– Kochaneczko – zaczął ją błagać. – Połóż to, a już więcej nie zrobię nic złego. Jak Boga jedynego kocham, nie zrobię. Jakby mnie która dziewczyna namawiała, wrzucę ją do potoku. Przysięgam ci na Pana Boga, że póki życia, więcej tego nie będzie, Rozamundo, moje kochanie.

Rozamunda pociągnęła za cyngiel i pokój wypełnił się białym dymem. Mierzyła w nogi Willa, ale chybiła. Will rzucił się do niej, usiłując wyrwać jej mały rewolwerek. Rozamunda strzeliła po raz drugi. Kula przeleciała między nogami Willa, który zląkł się śmiertelnie. Zerknął w dół, czy nie jest trafiony, ale bał się przyglądać dłużej. Pognał do okna i wyskoczył na dwór, lądując na ręce i piersi. W sekundę po dotknięciu ziemi był już na nogach i zniknął za węgłem.

Kobieta z sąsiedniego żółtego domku fabrycznego podbiegła do okna i wytknęła przez nie głowę. Ujrzała Willa, który co sił w nogach pędził nago przez podwórko, a potem ulicą. Kiedy zniknął jej z oczu, obejrzała się na Rozamundę, która stała w oknie, trzymając w drżącej dłoni okładany masą perłową rewolwerek.

– Czy to Will Thompson? – zapytała kobieta.

Rozamunda wychyliła się z okna i wyjrzała na ulicę.

– Gdzie on poleciał? – spytała.

– A o, tamtędy – odparła kobieta, nie mogąc dłużej powstrzymać się od śmiechu. – To coś nowego, żeby Willa Thompsona ktoś wypłoszył z własnego domu, no nie? Muszę opowiedzieć Charliemu, jak wróci. Skona ze śmiechu, kiedy to usłyszy. No i że Will Thompson był goły jak święty turecki. To ci dopiero heca!

Rozamunda cofnęła się do pokoju, schowała rewolwer i zatrzasnęła szufladę. Potem usiadła na krześle i rozpłakała się.

Pluto nie miał pojęcia, co począć. Nie wiedział, czy iść za Willem i sprowadzić go z powrotem do domu, czy zostać i próbować uspokoić Miłą Jill i Rozamundę. Jill już trochę ochłonęła i nie płakała tak głośno, natomiast Rozamunda zalewała się łzami. Pluto pochylił się i pogładził ją po dłoni. Rozamunda odtrąciła jego rękę i rozpłakała się jeszcze histeryczniej. Wobec tego Pluto doszedł do wniosku, że najlepiej będzie chwilowo nic nie robić. Usiadł na powrót i czekał.

Niebawem Rozamunda wstała i podbiegła do łóżka, na którym leżała siostra. Rzuciła się na posłanie, porwała Jill w ramiona i znowu wybuchnęła płaczem. Leżały przy sobie, pocieszając się wzajemnie. Pluto patrzał na to z niedowierzaniem; spodziewał się, że skoczą sobie do oczu, zaczną wydzierać włosy, drapać się paznokciami i wyzywać od ostatnich. Tymczasem nie robiły nic podobnego. Obejmowały się wzajemnie i razem płakały. Pluto nie mógł pojąć, dlaczego Rozamunda nie usiłuje zastrzelić Jill, a już przynajmniej, dlaczego się na nią nie gniewa. Przypatrując im się w tej chwili, nie wyobrażał sobie, jak Rozamunda mogła uczynić to, co zrobiła przed paru minutami. Obie zachowywały się teraz niczym ofiary wspólnego cierpienia.