Выбрать главу

Kiedy Rozamunda już prawie przestała szlochać, usiadła na łóżku i popatrzała na siostrę. Czerwone placki na pośladkach Jill wciąż pulsowały przenikliwym bólem, toteż dziewczyna nie mogła położyć się na wznak. Rozamunda delikatnie dotknęła pręg czubkami palców, jak gdyby mogła w ten sposób złagodzić nieco ból.

– Leż tak, póki nie wrócę – powiedziała. – Zaraz będę z powrotem.

Pobiegła do kuchni i wróciła z garnuszkiem smalcu i dużym ręcznikiem kąpielowym. Usiadła na brzegu łóżka i zanurzyła palce w tłuszczu.

– Chodź tu, Pluto – powiedziała, nie obracając się do niego. – Pomożesz mi.

Pluto podszedł do łóżka, rumieniąc się po koniuszki uszu na widok Jill leżącej przed nim nago.

– Podnieś ją ostrożnie i połóż sobie na kolanach – rozkazała Rozamunda. – Tylko uważaj, żeby jej nie urazić w to miejsce.

Pluto wsunął ręce pod Jill, podkładając rozwarte płasko dłonie pod jej piersi i uda. Ale zaraz wyrwał stamtąd obie ręce, a jego twarz i kark oblały się szkarłatem.

– Co ty wyprawiasz?

– Może ty ją lepiej podnieś.

– Nie bądź głupi, Pluto. Jakże ja mogę ją podnieść? Przecież nie mam siły.

Ponownie wsunął pod nią ręce, przymykając oczy i zaciskając usta.

– Prędko, Pluto, pomóż mi posmarować tłuszczem te opuchnięte miejsca, zanim zsinieją.

Pluto uniósł i obrócił Jill. Przysiadł na brzegu łóżka obok Rozamundy i ułożył sobie Jill na kolanach. Rozamunda natychmiast poczęła smarować ją smalcem. Pluto chętnie by się temu przyjrzał, ale nie mógł oderwać oczu od długich włosów Jill, zwisających aż do podłogi. Dźwignął nieco dziewczynę, aby włosy nie muskały posadzki. Jill skrzywiła się parę razy, gdy Rozamunda jej dotknęła, ale nie protestowała ani nie próbowała się podnieść.

Kiedy smalec został starannie rozsmarowany, Rozamunda wytarła palce w ścierkę i zaczęła składać ręcznik, aż przemienił się w długi, gruby bandaż. Pluto zerknął na miękkie pośladki Jill i uczuł nagłe pragnienie dotknięcia ich i uśmierzenia bólu. Ile razy spojrzał na trzymaną w poprzek kolan dziewczynę, oblewał się cały rumieńcem.

– Pomóż jej wstać, Pluto – powiedziała Rozamunda. – Podnieś ją i postaw na nogi.

Miła Jill stała przed Plutem i siostrą, która bandażowała ją ręcznikiem. Pluto utkwił wzrok w tym punkcie ciała Jill, który akurat znajdował się najbliżej. Patrzał prosto przed siebie, nie przesuwając oczu ani w lewo, ani w prawo. Czuł, że Jill też patrzy na niego, ale nie mógł się zdobyć na to, by podnieść głowę i spojrzeć jej w twarz. Nie był zupełnie pewny, ale miał wrażenie, że pochyliła się lekko ku niemu.

– Podobam ci się, Pluto? – spytała z uśmiechem.

Twarz mu drgnęła, a szyja zapiekła od nagłej fali krwi. Spróbował podnieść wzrok i spojrzeć Jill w oczy. Dźwignięcie głowy w górę i do tyłu było dlań dużym wysiłkiem, lecz zmusił się do tego.

– Pogniewam się, jeżeli nie powiesz, że ci się teraz podobam – rzekła, odymając usta.

– Wariuję za tobą, Jill – odparł zdławionym głosem. – To fakt.

– A dlaczego czerwieni ci się twarz i kark, kiedy mnie tak widzisz?

Znów uczuł świeży przypływ krwi i zmieszał się. Bezwiednie pociągnął za nitkę wysiepaną z kołdry.

– Bo mi się podobasz – odparł.

– Ożeniłbyś się ze mną?

– Choćby zaraz, w każdej chwili – powiedział. – To fakt.

– Ale masz za duży brzuch, Pluto.

– E, Jill, chyba to nie przeszkadza?

– Gdyby nie był taki wielki, mógłbyś przysunąć się bliżej.

– Dajże spokój, Jill.

– To fakt – powiedziała, przedrzeźniając go.

– Daj spokój – powtórzył, usiłując objąć ją wpół.

Nie opierała się, gdy przyciągnął ją blisko, aby ją pocałować. Pluto, siedząc, wziął Jill między kolana i począł wyciągać szyję jak najwyżej, ale usta dziewczyny były tak daleko, iż widział, że ich nie dosięgnie, jeżeli nie wstanie albo też ona nie pochyli się ku niemu. Rozumował sobie, iż jej o wiele łatwiej schylić się niż jemu podnieść się, i czuł, że Jill to wie. Jednakże nadal stała wyprostowana w jego objęciach, dręcząc go tym, że nie chciała pochylić się i dotknąć jego warg ustami. W chwili gdy zastanawiał się, czyby jednak nie wstać, przysunęła się blisko, z lekka skręcając ciało w bok. Nim uświadomił sobie, jak to się stało, uczuł na twarzy jej ciepłą pierś i począł całować ją jak opętany.

– Przestań w tej chwili, Jill! – zawołała Rozamunda, wstając i rozdzielając ich. – Nie drażnij w ten sposób Pluta. To wstyd tak traktować biednego chłopaka. Któregoś dnia weźmie się do ciebie, a wtedy nie wiadomo, co będzie.

Jill wyrwała się z objęć Pluta i pobiegła do sąsiedniego pokoju, przytrzymując ręcznik na biodrach. Pluto siedział otumaniony, ręce mu zwisły bezwładnie, a usta rozwarły się szeroko. Rozamunda spojrzała na niego: zrobiło jej się tak żal Pluta, że zawróciła i czule poklepała go po policzku.

Rozdział 7

W południe syreny przędzalń bawełny w całej Dolinie ozwały się na przerwę obiadową. Nagle wszędzie ustało tętnienie maszyn, a mężczyźni i kobiety poczęli wychodzić z budynków, wydłubując sobie z uszu kłaczki bawełny. Natomiast w przyfabrycznym miasteczku Scottsville ludzie nie ruszyli się z krzeseł na gankach. Było południe, pora obiadowa, ale w Scottsville wszyscy siedzieli ze skurczonymi żołądkami i czekali na koniec strajku.

W sąsiednim żółtym domku fabrycznym kobieta rozpaliła ogień pod kuchnią i postawiła na blasze garnek z wodą. Ona, jej mąż i dzieci pochłoną wszystko, co tylko jest do jedzenia, i nawet nie wygładzą im się zmarszczki w kącikach ust. Każdy kolejny dzień był zwycięstwem; od osiemnastu miesięcy stawiali opór kompanii i nie mieli zamiaru ustąpić, póki jeszcze pozostawała nadzieja.

Rozamunda zaproponowała, żeby ukręcić lodów.

– Will chętnie zje, jak wróci – powiedziała.

Posłały Pluta po lód. Poszedł do sklepu na rogu i wrócił najszybciej, jak mógł, a tymczasem Rozamunda wyparzyła maszynkę i obrała brzoskwinię. Pluto był w nieustannym strachu, przebywając w Dolinie. Lękał się, że ktoś wyskoczy na niego zza drzewa i poderżnie mu gardło od ucha do ucha, a nawet w domu bał się siąść tyłem do drzwi lub okna.

Podczas gdy Rozamunda przygotowywała krem, Miła Jill wyszła na tylny ganek i siadła w cieniu na poduszce. Uczesała się, ale nie upięła włosów. Zwisały jej na plecy, okrywając ramiona, i sięgały prawie do ziemi. Miała na sobie pożyczony od Rozamundy szlafrok, pod spodem zaś ręcznik i czarne jedwabne pończochy z kanarkowożółtymi podwiązkami.

Kiedy Pluto wrócił z lodem, krem był już gotowy do zamrożenia. Pluto widział, że będzie musiał kręcić maszynkę.

Teraz, gdy słońce schowało się za dom, na ocienionym tylnym ganku było chłodniej. Niekiedy dolatywał tu powiew wiatru, a temperatura wynosząca w południe dziewięćdziesiąt stopni Fahrenheita była znośna. Szeroki, zielony, zimny potok Horse Creek przypominał podłużne jezioro, rozciągające się na całe mile w Dolinie.

– Muszę się zbierać do domu – powiedział Pluto.