Выбрать главу

Ucieszył się, że pojadą na jakiś czas do Tay Taya, ale nie mógł znieść myśli, że inni tu zostaną i będą sami stawiali opór kompanii. Jednakże kiedy wróci, będzie się czuł o wiele lepiej, a wtedy może zdołają wyłamać zamknięte na stalowe sztaby drzwi fabryki i włączyć prąd. Miło byłoby wrócić do Doliny, stanąć w fabryce i słuchać warkotu maszyn, choćby nawet nie miało się tkać materiałów.

– Niech będzie – powiedział. – Kiedy jedziemy, Pluto?

– Choćby i zaraz – odrzekł Pluto. – Chciałbym wrócić wcześnie, żeby jeszcze uzbierać trochę głosów przed kolacją.

Rozamunda i Miła Jill weszły do domu, aby się ubrać. Will i Pluto siedzieli, spoglądając na zieloną wodę toczącą się w dole. Zdawała się chłodna i jakby ostudzała przelatujący nad nią podmuch wiatru. Ale pod bezchmurnym niebem wszędzie było jednakowo gorąco. W słońcu więdły trawy i chwasty, a pył zwiewany z uprawnych pól na wzgórzach osiadał na ziemi i budynkach niby sproszkowana farba.

Will wszedł do domu, żeby zrzucić spodenki i włożyć własne ubranie.

Byli już gotowi do odjazdu i zamknęli dom, gdy wtem Will spostrzegł, że ktoś nadchodzi ulicą.

– Gdzie się wybierasz, Will? – zapytał ów mężczyzna, przystając i spoglądając na nich i na samochód Pluta.

– A, tylko na parę dni do Georgii, Harry. – Will, uciekając w ten sposób, czuł się jak zdrajca. Czekał, by Rozamunda pierwsza zeszła ze schodków.

– Czy aby z pewnością nie wyjeżdżasz na dobre? – zapytał podejrzliwie mężczyzna.

– Będę z powrotem za parę dni, Harry. Dam ci znać zaraz, jak wrócę.

– W porządku, tylko nie zapomnij wrócić. Bo jak wszyscy się porozjeżdżają, kompania sprowadzi tu inną załogę i zacznie bez nas. Musimy siedzieć na miejscu i nie dawać się. Jeżeli fabryka ruszy bez nas, nie będziemy mieli już żadnej szansy. Sam dobrze wiesz, Will.

Will wyminął Rozamundę i zbiegł na chodnik. Obaj odeszli ulicą, rozmawiając zniżonym głosem. Przystanęli o kilkanaście kroków dalej i zaczęli dyskutować z ożywieniem. Will mówił coś, stukając Harry'ego w piersi wskazującym palcem, a tamten kiwał głową i patrzał ku obrosłej bluszczem fabryce. Odwrócili się i odeszli jeszcze kawałek, mówiąc do siebie jednocześnie. Kiedy przystanęli znowu, mężczyzna począł coś perswadować Willowi, stukając go palcem w pierś, a Will kiwnął głową, potrząsnął nią gwałtownie i kiwnął znowu.

– Nie możemy pozwolić, żeby ktoś tam wlazł i popsuł maszyny – mówił Will. – Tego nikt nie chce.

– To ci właśnie tłumaczę, Will. My chcemy tam się dostać i włączyć prąd. Jak przyjadą z kompanii i zobaczą, co się święci, to albo nas spróbują wyrzucić, albo będą musieli się dogadać.

– Słuchaj, Harry – rzekł Will. -Jak raz włączymy prąd, nikt na świecie więcej go nie zamknie. Prąd już tak zostanie. Jeżeli spróbują go zamknąć, no to my… my… cholera, prąd pozostanie włączony!

– Ja zawsze byłem za tym, żeby włączyć i nie zamykać. To przecież chciałem wyperswadować naszej organizacji związkowej, ale co to można wytłumaczyć takiemu cholernemu A.F.L.? Nic! Biorą forsę za to, żeby nam nie dać pracować. Jak zaczniemy robić, przestaną przychodzić dla nich pieniądze. Psiakrew, Willu, frajerzy jesteśmy, że słuchamy tego ich gadania o arbitrażu. Jak już włączymy prąd, niech fabryka pracuje choćby na trzy albo cztery zmiany, ale niech idzie przez cały czas. Potrafimy wypuścić tyle samo kretonów, co kompania, a może i grubo więcej. W każdym razie wszyscy będziemy wtedy pracowali. Jak każdy wróci do roboty, da się przyśpieszyć produkcję. Teraz musimy włączyć prąd, a jakby spróbowali go zamknąć, to pójdziemy tam i… no, niech to cholera. Will, jeżeli raz włączymy prąd, nikt go nam nie zamknie. Przecież ja nigdy nie byłem za tym, żeby coś rozwalać. Ty wiesz dobrze i wszyscy wiedzą. To drańskie A.F.L. zaczęło całą gadaninę, kiedy usłyszało, że myślimy o włączeniu prądu. Ja jestem tylko za tym, żeby uruchomić fabrykę.

– To samo powtarzałem na każdym zebraniu związkowym od czasu zamknięcia – rzekł Will. – Organizacja jest całkiem skołowana przez A.F.L. Ciągle tam mówią, że tylko arbitraż przywróci nam pracę. Mnie się to nigdy nie podobało. Z kompanią nie można gadać, bo się dostaje tylko jednostronną odpowiedź. Nie powiedzą nic innego, tylko: dolar dziesięć. Wiesz o tym równie dobrze jak ja. A jakim sposobem, psiakrew, można z dolara i dziesięciu centów opłacić komorne za te śmierdzące prewety, w których mieszkamy? Powiedz mi jak, a pierwszy będę głosował za arbitrażem. O, nie. Tego się nie da zrobić.

– Ja jestem za tym, żeby wejść do fabryki i włączyć prąd. Przez cały czas to powtarzam. Nigdy nic innego nie mówiłem i nie będę mówił.

Rozamunda podeszła ku nim i zawołała Willa. Obrócił się i spytał, czego chce. Zupełnie zapomniał, że wybiera się do Georgii.

– Chodżże, Will – powiedziała. – Pluto ze skóry wyłazi, że tak długo czeka. Kandyduje na szeryfa i musi zbierać głosy. Możecie skończyć tę rozmowę za parę dni, kiedy wrócimy.

Will pogadał z Harrym jeszcze parę minut, po czym poszedł za Rozamunda do samochodu. Miła Jill usiadła za kierownicą, obok usadowił się Pluto. Will z Rozamunda zajęli miejsca na tylnym siedzeniu. Motor pracował już od pięciu minut albo i dłużej, podczas gdy oni dwaj tam rozmawiali. Will wychylił się i pomachał ręką Harry'emu.

– Postaraj się, żeby zwołali zebranie na piątek wieczorem! – krzyknął. – Jak Boga kocham, pokażemy A.F.L.-owi i kompanii, dlaczego chcemy włączyć prąd.

Auto prowadzone przez Jill popędziło nie brukowaną ulicą i zawadiacko skręciło za róg. Zniknęli w gęstym tumanie kurzu, który wzbił się, a potem począł przesiewać się przez rozgrzane powietrze, by wreszcie osiąść na drzewach i frontowych gankach żółtych domków fabrycznych.

Po rozpalonej szosie asfaltowej mknęli w stronę Augusty, mijając nieskończone skupiska domków. Przejechali przez inne miasteczka fabryczne, zwalniając w miejscach, gdzie szybkość była ograniczona, i przyglądając się huczącym przędzalniom. Poprzez otwarte okna widzieli mężczyzn i dziewczyny, nieledwie słyszeli szum maszyn za pokrytymi bluszczem murami. Na ulicach było mało ludzi, bez porównania mniej niż w Scottsville.

– Pośpieszmy się i dojedźmy nareszcie do tej Augusty – powiedział Will. – Chciałbym jak najprędzej wydostać się z Doliny. Mam już wyżej nosa tego patrzenia w dzień i w nocy na przędzalnie i domki fabryczne.

Wiedział, że wcale nie ma dosyć ani patrzenia na nie, ani życia pośród nich, to widok tylu pracujących fabryk wprawił go w rozdrażnienie.

Pozostawili za sobą Graniteville, Warrenville, Langley, Bath i Clearwater i wydostawszy się z Doliny, pomknęli po rozgrzanym asfalcie z szybkością siedemdziesięciu mil na godzinę. Znalazłszy się na szczycie wzniesienia, ujrzeli w dole wymarłe miasteczko Hamburg, błotnistą Savannah, a po stronie stanu Georgia rozległą równinę, na której zbudowana była Augusta. Nad nią wznosiło się Wzgórze, usiane wieżowcami hoteli wypoczynkowych oraz dwupiętrowymi białymi pałacykami.

Gdy okrążali podłużną wyniosłość, kierując się ku mostowi, Rozamunda napomknęła o Jimie Leslie.

– On mieszka w którymś z tych pięknych domów na Wzgórzu – powiedział Will. – Dlaczego drań nigdy do nas nie przyjedzie?

– Przyjechałby, gdyby nie jego żona – odparła Rozamunda. – Gussie uważa, że jest za wielka, żeby z nami gadać. To przez nią Jim Leslie wyzywa nas od bawełnianych łbów.

– Już wolę mieszkać w domku fabrycznym i być marnym bawełnianym łbem niż czymś takim jak ona i Jim Leslie. Spotkałem go kiedyś na Broad Street i kiedy do niego zagadałem, obrócił się na pięcie i zwiał, żeby ludzie nie widzieli, że ze mną rozmawia.