Выбрать главу

– Jim dawniej nie był taki – powiedziała Rozamunda. – W domu, kiedy był jeszcze mały, niczym nie różnił się od nas wszystkich. Dopiero jak zrobił grubszą forsę, wziął sobie elegancką pannę ze Wzgórza i teraz nie chce mieć z nami nic wspólnego. Chociaż i na początku właściwie też był trochę inny niż my. Miał w sobie coś takiego… sama nie wiem co.

– Jim Leslie jest pośrednikiem w handlu bawełną – rzekł Will. – Wzbogacił się na spekulacji. Nie zarobił tej forsy, tylko ją wycyganił. Przecież wiadomo, co to jest taki pośrednik, no nie? Wiecie, dlaczego oni się nazywają pośrednicy?

– No?

– Bo się pośrednio przyczyniają do tego, że farmerzy są bez forsy. Pożyczają im trochę pieniędzy, a potem zagarniają całe zbiory. Albo też wysysają krew ludziom przez to, że podbijają i obniżają ceny, i zmuszają ich, żeby się wyprzedawali. Dlatego mają tę nazwę. I taki właśnie jest Jim Leslie Walden. Gdyby był moim bratem, potraktowałbym go tak samo jak pierwszego lepszego łamistrajka ze Scottsville.

Rozdział 8

Nie ściemniło się jeszcze całkowicie, ale gwiazdy zaczynały się pokazywać, a w zabudowaniach przy szosie migotały światła pośród gęstniejącego zmierzchu. Kiedy znaleźli się o pół mili od domu, zauważyli przy nim ruchome ogniki wyglądające tak, jakby jacyś ludzie biegali tam z latarniami.

Na farmie panował ruch i krzątanina, które wskazywały, że coś się tam dzieje. Jill zwiększyła szybkość, chcąc jak najprędzej poznać przyczynę. Na zakręcie zwolniła raptownie, aż zagrzały się hamulce, a odór gumy owionął ich wraz z kurzem.

Zza domu wybiegł Tay Tay, trzymając przed sobą latarnię. Twarz miał zaczerwienioną od upału, a ubranie oblepione przyschniętą gliną, która czepiała się materiału niczym pyłki mlecza. Wszyscy wyskoczyli z wozu na jego spotkanie.

– Co się stało, tato? – spytała w podnieceniu Rozamunda.

– O rany! – wykrzyknął. – Kopiemy jak wszyscy diabli. Od rana wygrzebaliśmy dół na dwadzieścia stóp, ani ociupinki mniej. Od dziesięciu lat nie kopaliśmy tak prędko.

Począł ich ciągnąć, wołając, by szli za nim. Sam ruszył biegiem i poprowadził ich przez podwórko za dom. Zatrzymali się raptownie nad samą krawędzią oświetlonego latarnią dołu, wykopanego tuż przy domu. Na dnie Shaw, Buck i Czarny Sam wyrzucali łopatami glinę. Naprzeciw nich stał Wuj Feliks z drugą latarnią i strzelbą. Obok niego ujrzeli jakiegoś człowieka, który w migotliwym świetle wyglądał jak duch.

– Kto to jest? – zapytał Will.

Tay Tay krzyknął na Bucka i Shawa. Z mroku wynurzyła się nagle Gryzelda.

– Chłopaki! – zawołał Tay Tay. – Tyramy dziś od samego rana i chyba czas już przerwać i trochę odsapnąć. Przyjechał Will, więc zaczniemy jutro skoro świt. Wyłaźcie i przywitajcie się z gośćmi.

Buck odrzucił łopatę, ale Shaw dalej dziabał kilofem twardą glinę. Buck zaczął go namawiać, żeby dał spokój na dzisiaj i odpoczął. Czarny Sam już gramolił się z wykopu.

Gryzelda i Jill weszły do domu i pozapalały lampy.

– Dziewczęta, głodny jestem jak wszyscy diabli – powiedział Tay Tay.

Wuj Feliks podniósł stojącą u jego stóp latarnię i trącił nieznajomego kolbą strzelby. Popychając go przed sobą, ruszył naokoło domu do stajni.

– Kto to jest? – spytał Pluto. – Wyborca?

– On? Ale skąd! To ten bielas, na którego nas napuściłeś, Pluto. O rany, no ten albinos, któregośmy złapali na moczarach.

Poszli za dom z Wujem Feliksem i albinosem. Murzyn popędzał więźnia przed sobą i mruczał coś, szturchając go kolbą.

– Więc wam nie skłamałem, kiedym o nim mówił, co? – spytał Pluto. – Powiedziałem, że jest na moczarach, prawda?

– A nie skłamałeś, że jest, aleś z całą pewnością przesadził, że będzie się tak stawiał. Tyle mieliśmy kłopotu ze sprowadzeniem tego bielasa, co z przyniesieniem zabitego królika. Przyjechał spokojniutko, jak ten królik. Ale nie mam zamiaru ryzykować, bo może tylko tak się przyczaił. Dlatego kazałem Wujowi Feliksowi pilnować go dzień i noc.

– Już odgadł, gdzie złoto?

– Jak dwa a dwa cztery – odparł Tay Tay. – Kiedyśmy go tu sprowadzili i powiedzieli, co ma robić, od razu pokazał to miejsce, gdzie teraz jest nowy dół. Powiedział, że tu trzeba kopać, a trafi się na żyłę. No i żyła tam jest.

– A skąd wiecie? Znaleźliście już bryłki?

– No, jeszcze niezupełnie. Ale z każdą minutą jesteśmy bliżej.

– A on umie mówić?

– Mówić? No chyba, jeszcze jak. Ba, ten bielas głowę by ci ugadał, gdybyś mu tylko pofolgował. Pyskuje jak mało kto. Szczęki tak mi ścierpły od tego rozmawiania z nim, że prawie ruszyć gębą nie mogę. I już go się wcale nie boję. On jest takusieńki, jak ty i ja, i wszyscy inni, Willu, tyle że cały biały, razem z włosami i oczami. Co prawda, oczy ma lekko różowawe, ale przy kiepskim świetle i one wyglądają jak białe.

– Wspominaliście mu, że ja kandyduję na szeryfa? – zapytał Pluto.

– Dajże spokój, Pluto – odrzekł Tay Tay. – Nie mam czasu go zwalniać, żeby oddawał głos. Będzie tu siedział kamieniem dzień i noc. Wydostaniemy złoto z tego dołu, choćbyśmy mieli przekopać się prościutko do samych Chin. Ale już jesteśmy coraz bliżej. Niedługo trafimy na żyłę i zaczniemy wygarniać te żółte jajeczka.

Przystanął u drzwi stajni.

– Piekielnie jestem głodny – powiedział. – Chodźmy do domu i zapędźmy dziewczyny do gotowania, a po kolacji sprowadzimy tamtego, żeby każdy mógł dobrze się przyjrzeć, jak z bliska wygląda albinos.

Tay Tay zawrócił do domu, a Will i Pluto podążyli za nim. Byliby chętnie od razu obejrzeli albinosa w stajni, ale żaden nie kwapił się do wchodzenia tam bez Tay Taya.

– Ojciec nie powinien był się zgodzić, jak on kazał kopać przy samym domu – powiedział Will. – Mnie się wydaje, że to nie było mądre. Dom może zwalić się prosto do tej dziury.

– Pomyślałem o tym – odparł Tay Tay. – Ja, chłopaki i Czarny Sam podpieramy dom, w miarę jak kopiemy. Podstemplowaliśmy go tak, że nie może zlecieć do dołu. A zresztą nie byłoby wielkiego zmartwienia, choćby nawet i zleciał, bo kiedy już trafimy na żyłę, będziemy dosyć bogaci, żeby zbudować sobie ile chcieć pięknych domów, o wiele piękniejszych od tego.

– Nie bardzo się mogę połapać – wtrącił Pluto – ale coś mi wygląda, że teraz kopiecie na poletku Pana Boga.

– No, to nie będziesz się tym długo martwił – odrzekł Tay Tay – bo dzisiaj rano przeniosłem panaboskie poletko na drugą stronę farmy. Nie ma strachu, żebyśmy w najbliższym czasie dokopali się na nim do żyły. Poletko Pana Boga jest tam bezpieczne jak na samej Florydzie.

Tay Tay i Will weszli do domu, natomiast Pluto zasiadł na ganku, gdzie było chłodniej.

Gryzelda z Rozamundą gotowały kolację, a Miła Jill nakrywała do stołu. Czarny Sam przydźwigał naręcze tęgich sosnowych bierwion i blacha kuchenna rozgrzała się do czerwoności. Wszyscy byli głodni, ale ugotowanie owsianki i upieczenie patatów na takim ogniu nie mogło trwać długo. Gryzelda skrajała na plastry połowę szynki i smażyła ją na dwóch rusztach.

Wszyscy zapomnieli o Plucie. Właśnie kiedy Will i Tay Tay wstawali od stołu, Jill przypomniała sobie, że Pluto nie dostał kolacji, i pobiegła po niego. Przyprowadziła go do jadalni, choć twierdził, że nie ma czasu dłużej zostać. Powtarzał w kółko, że musi jechać i przed położeniem się do łóżka trochę poagitować wyborców.

– Posłuchaj mnie, Pluto – rzekł Tay Tay. – Siadaj i jedz. Jak skończysz, sprowadzimy tu ze stajni tego bielasa, żeby wszyscy porządnie przypatrzyli mu się przy świetle. Musi coś przetrącić, tak samo jak każdy z nas, a przecie równie dobrze może jeść tutaj jak w stajni. W ten sposób Wuj Feliks trochę odsapnie, bo go pilnuje bez przerwy, odkądeśmy go wczoraj przywieźli.