Buck i Shaw wybierali się do Marion po nowe łopaty. Odkąd zaczęli kopać świeży dół, pękł im trzonek od jednej, a druga się zgięła. Tay Tay chciał mieć łopatę dla Willa, a także uważał, że sam lepiej będzie kopał nową. Buck i Shaw umyli się, przebrali i przygotowali do drogi.
Tay Tay zaprowadził Willa i Pluta do drugiej izby, podczas gdy dziewczyny uprzątały ze stołu i składały naczynia w kuchni, gdzie miał je pozmywać Czarny Sam. Tay Tay nie mógł się doczekać, by wszystkim opowiedzieć, jak schwytali albinosa.
– Buck pierwszy go zobaczył – zaczął. – Bardzo jest z tego dumny i wcale mu się nie dziwię. Rozglądaliśmy się za albinosem na tych błotach za Marion i Buck powiedział, że pójdzie do jednego domu, który tam stał przy samej drodze, i zapyta o białego faceta. Podjechaliśmy samochodem, stanęliśmy na podwórku, a Buck wysiadł i zapukał do drzwi na ganku. Ja akurat patrzałem w inną stronę, bom myślał, że a nuż ten albinos gdzieś się z daleka pokaże. Co Shaw robił, nie wiem, ale w każdym razie nie patrzał za Buckiem, bo zanim się połapałem, słyszę, a tu Buck ryczy: “Jest!"
– Był w tym domu? – zapytał Pluto.
– W domu? No chyba. Kiedym się obrócił, stał w drzwiach jak byk, a wyglądał, jakby go dopiero co wyjęli z worka mąki. Miał na sobie kombinezon i niebieską koszulę roboczą, ale poza tym był wszędzie bieluteńki, gdzie tylko na niego popatrzałeś.
– Uciekał?
– Gdzie tam! Wyszedł na ganek i zapytał Bucka, co mu potrzeba. Buck złapał go za nogi, a my z Shawem wyskoczyliśmy z wozu z linkami. Ani się obejrzał, jakeśmy go związali niczym cielaka na targ. Trochę tam ryczał i wierzgał na potęgę, ale to mucha dla mnie i dla chłopaków. A potem zaraz podeszła do drzwi jakaś kobieta, żeby zobaczyć, o co ta cała chryja. Była taka sama jak wszystkie, to znaczy wcale nie biała jak ten albinos. Powiedziała do mnie: “Ludzie, co wy wyprawiacie?" A do albinosa: “Co się dzieje, Dave?" On nic nie gadał, więc w ten sposób dowiedzieliśmy się, jak ma na imię. Dave. I zaraz powiedział: “Te dranie mnie związały". Wtedy ona w ryk, wbiegła do domu, wyleciała tylnymi drzwiami na moczary i tyle ją widziałem. To chyba była jego żona, tylko że nie mogę wymiarkować, co za interes może mieć albinos, żeby się żenić.
Dobrze się stało, żeśmy go zabrali. Nie mogę patrzeć, jak biała kobieta zadaje się z czarnym smoluchem, a to było kubek w kubek tak samo paskudne, bo ten znów jest cały bielutki.
– No, ale już go macie. I co on ma teraz robić? – zapytał Will.
– Co robić? Ano znaleźć nam żyłę, Willu.
– To nie jest naukowe, jak to ojciec zawsze nazywał – rzekł Will. – No, niech ojciec uczciwie powie, czy nie mam racji?
– Mnie się widzi, że jest naukowe, o ile w ogóle na czymś się rozumiem. Niektórzy ludzie powiadają, że taki różdżkarz, co wykrywa wodę, nie jest naukowy, ale ja mówię, że jest. I za takiego samego uważam wykrywacza złota.
– Nie ma nic naukowego w tym, że ktoś ułamie gałązkę z wierzby, łazi z nią po polu i szuka wody pod ziemią. To jest robota na chybił trafił. Słyszałem, jak tacy mówili “kopcie tutaj", a kiedy się zrobiło wiercenie na paręset stóp, na świdrze nie było ani kropelki wody. Równie dobrze można rzucać kości, jak ganiać po gruncie z wierzbowym patykiem. Owszem, taka gałązka czasem wygnie się w dół, ale kiedy indziej także i do góry. Gdybym miał kopać studnię, nie szukałbym wody kawałkiem wierzbowego patyka. Wolałbym rzucać kości niż wygłupiać się w taki sposób.
– Bo ty nie masz naukowej głowy, Will – powiedział ze smutkiem Tay Tay. – W tym jest cały feler twojego gadania. Weź na przykład mnie. Ja zawsze byłem, jestem i pewnie do końca życia będę naukowy do szpiku kości. Nie wyśmiewam się i nie podkpiwam z naukowych pomysłów tak jak ty.
Tay Tay i Will czuli się doskonale po obfitej kolacji, złożonej z owsianki, patatów, gorących grzanek i przysmażanej szynki. Pluto zjadł tyle, co wszyscy, jeśli nie więcej, ale mimo to kręcił się niespokojnie. Wiedział, że powinien już jechać do domu, ażeby wstać nazajutrz o świcie i od wczesnego rana rozpocząć swoją kampanię wyborczą. Ogarniał go niepokój o wynik wyborów. Nie wiedział, co pocznie, jeżeli nie zostanie szeryfem. Nie miał żadnego zajęcia, a czarny parobek, który obrabiał jego sześćdziesięcio-akrową farmę, nie mógł zebrać tyle bawełny, żeby zapewnić mu utrzymanie. Pluto zająłby się handlem wędrownym, gdyby znalazł jakiś nowy artykuł, który ludzie chcieliby kupować. Od ośmiu czy dziesięciu lat sprzedawał to i owo, ale nigdy nie zdołał zarobić tyle, żeby coś mu zostało po pokryciu wydatków na samochód. Przede wszystkim nie mógł się wiele ruszać. Kiedy przebywał w mieście, lubił zasiadać w wielkim fotelu w pokoju bilardowym, obserwować grę i gawędzić o polityce. Wiedział, że nie powinien spędzać tyle czasu przy bilardzie, ale po prostu nie był w stanie wyjść na gorące słońce i dzień po dniu obnosić farbkę do bielizny lub politurę do mebli, której nikt nie chciał kupować, a jeśli nawet chciał, to nie miał dosyć pieniędzy. Gdyby natomiast wybrano go na szeryfa, sprawa wyglądałaby inaczej. Dostawałby dobrą pensję z dodatkami, a jego zastępcy mogliby jeździć w teren, dawać komunikaty do prasy i przeprowadzać wszystkie aresztowania. On siedziałby sobie spokojnie w pokoju bilardowym i wywoływał nad stołem wyniki gry.
– Chyba już powinienem jechać do domu – powiedział.
Nie zrobił najmniejszego wysiłku, aby podnieść się z krzesła, i nikt nie zwrócił na niego uwagi.
Weszła Miła Jill z Gryzeldą i Rozamundą i poklepała Pluta po łysinie. Nie chciała stanąć przed nim, tam gdzie mógłby jej dosięgnąć, musiał więc poddać się tej zabawie w nadziei, że Jill niedługo zgodzi się siąść mu na kolana.
– No, kiedy ojciec przyprowadzi tu tego albinosa, żebyśmy go sobie obejrzeli? – zapytał Will.
– Siedź spokojnie i weź jeszcze trochę na wstrzymanie – odparł Tay Tay. – Czarny Sam musi najpierw zmyć statki, a potem pójdzie po niego do stajni. Wuj Feliks zje sobie kolację, kiedy tu wszyscy będą oglądali bielasa.
– Nie mogę się go doczekać – powiedziała Jill, klepiąc Pluta po głowie.
– Muszę już jechać do domu – rzekł Pluto. – To fakt.
Oświadczenie to zignorowano całkowicie.
– Ja też bym chciała go zobaczyć – odezwała się Rozamunda, patrząc na Gryzeldę. – Jak on wygląda?
– Jest wysoki i silny. I niczego sobie.
– O, do diabła! – zawołał Will, robiąc odpowiednią minę. – To prawdziwie po babsku powiedziane.
– Tylko żeby mi nie było z nim żadnych figlów – ostrzegł dziewczęta Tay Tay. – Jeżeli takie rzeczy wam chodzą po głowie, to możecie od razu iść sobie na grzybki. On musi przez cały czas pilnować mojej roboty.
Miła Jill usiadła na kolanach Pluta. Zdziwiło go to, ale był zadowolony. Rozpromienił się z radości, kiedy objęła go za szyję i pocałowała.
– Dlaczego wy się nie pobierzecie? – spytał Tay Tay.
– Ja chętnie, w każdej chwili – odrzekł z zapałem Pluto.
– Oświadczam wam, że mnie spadłby wtedy wielki ciężar z serca.
– Ja chętnie, w każdej chwili – powtórzył Pluto. – To fakt.
– Co chętnie? – spytała Jill.
– Ożenię się, jak tylko powiesz słówko.
– Ze mną? Ze mną byś się ożenił?