– Czy widziałem? Rany boskie! Jak tylko mam wolną chwilę, zaraz próbuję ją podglądać po kryjomu i napatrzeć się jeszcze trochę. Czy im się przyjrzałem? O, rany! Tak jak królik koniczynie. A kiedy się je raz zobaczy, to dopiero jest początek. Nie możesz potem usiedzieć na miejscu i myśleć o czym innym, póki ich znowu nie obejrzysz. A ile razy je widzisz, czujesz się coraz bardziej jak ten stary pies, o którym mówiłem. Siedzisz sobie gdzieś na podwórku, spokojny i kontent, i raptem coś ci strzela do głowy. Odpędzasz to od siebie, mówisz, żeby poszło precz i dało ci spokój, a przez cały czas coś w tobie wzbiera. Nie można tego zatrzymać, bo przecież ręką nie złapiesz; nie można z tym mówić, bo nie słyszy. No, i tak to wzbiera i wzbiera w człowieku. A potem coś ci gada. I znowu wraca to samo uczucie, i już wiesz, że nie dasz mu rady za nic na świecie. Możesz tak siedzieć choćby i cały dzień, póki się w tobie prawie całkiem nie zatłamsi, ale i tak nie odejdzie. No, i wtedy właśnie idziesz na palcach za dom i próbujesz podglądać. Rany boskie! Już ja wiem, co gadam!
– Dajże spokój, tato – powiedziała, rumieniąc się, Gryzelda – obiecałeś, że nie będziesz tak o mnie mówił.
– Dziewczyno – odparł. – Sama nie wiesz, jak cię wychwalam tą swoją mową. Powiadam tu najpiękniejsze rzeczy, jakie mężczyzna może mówić o kobiecie. Kiedy chłopa aż korci, żeby tak łazić na czworakach i coś lizać – no, dziewczyno, wtedy dopiero robi się z niego prawdziwy mężczyzna… a zresztą, co ty tam wiesz, Gryzeldo.
Poszperał po kieszeniach i wreszcie znalazł monetę dwudziestopięciocentową. Wsunął ją w dłoń Gryzeldzie.
– Weź to i kup sobie coś ładnego, jak następnym razem będziesz w mieście. Żałuję, że nie mogę dać ci więcej.
– Posłuchaj, ojciec – powiedział Will, mrugając do Rozamundy i Gryzeldy. – Przecież w ten sposób się zdradzasz. Jak nie będziesz uważał, już więcej ci się nie uda tak zobaczyć Gryzeldy. Siedź cicho, bo inaczej będzie się pilnowała.
– A tu się właśnie mylisz, synu – odrzekł Tay Tay. – Żyję o wiele dłużej od ciebie i wiem trochę więcej o kobitach. Gryzelda nie będzie się starała przeszkadzać mi w podglądaniu ani następnym razem, ani nigdy w ogóle. Owszem, teraz nie wystąpi tutaj i nie powie, że mam rację, ale mimo to będzie kontenta jak wszyscy diabli, kiedy ją znowu zobaczę. Ona wie doskonale, że cenię sobie to, co widziałem. No, nie jest tak, Gryzeldo?
– Dajże spokój, tato.
– A widzisz? Nie powiedziałem ci całej prawdy? Któregoś dnia, i to niedługo, znów stanie w tamtym pokoju przy drzwiach otwartych na oścież, a ja będę się przyglądał ze wszystkich sił. Taka dziewczyna, jak ona, ma prawo się pokazywać, jeżeli tylko chce. Wcale bym jej nie miał tego za złe. Rany boskie! To ci jest widok dla chorych oczu!
– Proszę cię, przestań! – zawołała Gryzelda, ukrywając twarz w dłoniach. – Obiecałeś, że nie będziesz znowu zaczynał.
Tay Tay był tak zajęty mówieniem, iż nie zauważył, że Jill wstała i ciągnie Dave'a za rękę ku drzwiom. Kiedy spostrzegł, że albinos jest blisko progu, zerwał się natychmiast, chwycił leżącą na krześle strzelbę i wymierzył ją w Dave'a.
– Nie wolno! – krzyknął. – Wracaj na swoje miejsce!
– Czekaj, tato! – zawołała Jill, podbiegając i zarzucając mu ręce na szyję. – Zostaw nas samych na chwilkę. On nie ucieknie. Wyjdziemy tylko na ganek, żeby się napić wody i trochę posiedzieć w chłodzie. Nie ucieknie na pewno. Nie chcesz uciekać, prawda, Dave?
– Nie wolno – powtórzył Tay Tay już mniej stanowczo.
– Tato – powiedziała Jill, tuląc się mocniej do niego.
– Czy ja wiem, co on zrobi?
– Nie uciekniesz, prawda, Dave?
Chłopak energicznie potrząsnął głową. Bał się odzywać do Tay Taya, ale gdyby mu starczyło śmiałości, poprosiłby go, by mu pozwolił wyjść z Miłą Jill. Dalej potrząsał głową, pełen nadziei.
– To mi się nie podoba – powiedział Tay Tay. – Jak wyjdzie tam po ciemku bez nikogo, kto by go pilnował, wystarczy mu dać nura z ganku i już go nie będzie. Nie ma mowy, żebyśmy go znaleźli w takiej ćmie. Wolałbym nie ryzykować. Wcale a wcale mi się to nie podoba.
– Niech im ojciec pozwoli – poprosił Will. – Nie po to chcą teraz wyjść. Nie będzie próbował wiać. Jemu tu się zaczyna podobać, odkąd Miła Jill wróciła do domu. Nie mam racji, chłopie?
Dave kiwnął głową, usiłując przekonać ich, że wcale nie ma zamiaru uciekać. Kiwał tak dalej, póki Tay Tay nie odłożył strzelby na krzesło.
– Mnie się to nie podoba – powiedział Tay Tay – ale pozwalam ci wyjść na chwilę. Tylko jedno sobie zapamiętaj. Jeżeli pryśniesz, to gorzko bekniesz, jak cię znów złapię. Skuję ci nogi łańcuchami i zamknę cię w stajni na sztaby, tak że już nigdy więcej nie będziesz miał sposobności wiać. Będę cię tu trzymał póty, póki nie znajdziesz mi żyły. Lepiej ze mną nie zadzieraj, bo jak się wścieknę, to wtedy nie ma żartów.
Jill wyciągnęła Dave'a za rękę z pokoju. Przez ciemną sień przeszli na tylny ganek. Wiadro od wody było puste, więc podeszli do studni. Dave zaczerpnął wody i napełnił wiadro.
– Prawda, że ci się podobam bardziej niż twoja żona? – spytała Jill, uwieszona u jego ramienia.
– Szkoda, że się z tobą nie ożeniłem – odparł. Czuła drżenie jego rąk. – Nie miałem pojęcia, że w okolicy jest taka piękna dziewczyna. Jesteś najładniejsza ze wszystkich, jakie widziałem. Jesteś delikatna, mówisz jak te ptaki, co śpiewają, pachniesz tak ślicznie.
Usiedli na najniższym schodku. Po ciele Jill przebiegały dreszcze, kiedy słuchała Dave'a. Nigdy dotychczas nie spotkała mężczyzny, który by mówił w ten sposób.
– Dlaczego ty jesteś cały biały? – spytała.
– Taki się urodziłem – odpowiedział z wolna. – Nie ma na to rady.
– Mnie się wydajesz bardzo ładny. Nie przypominasz żadnego z tych, których znałam, i cieszę się, że jesteś taki inny.
– Wyszłabyś za mnie? – spytał ochrypłym głosem.
– Przecież jesteś żonaty.
– Ale teraz już nie chcę być. Chcę ożenić się z tobą. Strasznie mi się podobasz i uważam, że jesteś ogromnie piękna.
– Nie musimy się żenić, jeżeli ci się podobam.
– Dlaczego?
– A dlatego.
– Ale ja nie mógłbym robić wszystkiego, co bym chciał.
– Nie bądź niemądry.
– Trochę bym się bał. Mogliby mnie pobić albo co. Nie wiem, co by mi zrobili.
– To wstyd, że tata związał cię i przywiózł tutaj – powiedziała. – Ale ja cieszę się z tego.
– Teraz i ja też. Już bym nie uciekał, choćbym nawet mógł. Zostanę tu, żeby być ciągle przy tobie.
Miła Jill przysunęła się bliżej, położyła mu głowę na ramieniu i objęła go wpół. Ścisnął ją w zapamiętaniu.
– Chciałbyś mnie pocałować?
– A pozwolisz?
– Aha. Mam ochotę.
Począł ją całować, tuląc mocno do siebie. Kiedy ją tak przycisnął z całej siły, wyczuła jego twarde mięśnie. Po chwili pociągnął ją za rękę i pobiegł przez podwórko. Pędził tak w ciemnościach, nie wiedząc dokąd.
– Gdzie idziemy?
– Tam, gdzie nam nie będą przeszkadzali – odparł. – Nie chcę, żeby teraz przyszli i zapędzili mnie z powrotem do stajni.
Kiedy znaleźli się za podwórkiem, usiadł pod jednym z dębów i wziął Jill na kolana. Nie chciała, by ją puścił, więc opasała go mocno ramionami.
– Jak znajdziemy złoto, weźmiemy sobie trochę i uciekniemy razem – rzekła. – Zrobisz tak, prawda, Dave?
– No, pewnie. Wyjechałbym i zaraz, gdybyś chciała.