Выбрать главу

– Jeżeli chcesz się pobawić, toś dobrze trafił – odparł Shaw.

Will oburącz odrzucił łopatę i podniósł bryłę zaschniętej gliny. Podbiegł ku nim parę kroków, przesuwając językiem zgasły papieros w kącik ust.

– Nie przyjechałem tutaj, żeby z wami zadzierać, chłopaki, ale jak już szukacie awantury, toście w porę zaczęli szczekać.

– Tyś nigdy nic innego nie robił – odparł Shaw, ściskając w obu rękach trzonek łopaty. – Tylko szczekał i szczekał.

Gdyby doszło do bójki, Will chciał rozprawić się z Buckiem. Nie miał żadnej pretensji do Shawa, ale Shaw zawsze stawał po stronie brata. Will nie lubił Bucka. Nie lubił go od pierwszej chwili. Nie czuł do niego nienawiści, ale Buck był mężem Gryzeldy i przez to wchodził mu w drogę. Już kilkakrotnie brali się za łby nie tylko o Gryzeldę, ale i z innych powodów i pewnie jeszcze nieraz miało się to powtórzyć. Dopóki Gryzelda była żoną Bucka i żyła z nim, Will miał ochotę bić go przy każdej sposobności.

– Rzuć tę grudę – rozkazał Buck.

– Chodź tu i zabierz – odparł Will.

Buck cofnął się i szepnął coś Shawowi. Will postąpił naprzód i z całej mocy cisnął bryłą gliny w chwili, gdy Buck biegł ku niemu z podniesioną łopatą. Trzonek grzmotnął Willa w ramię i łopata poleciała na ziemię. Bryła chybiła Bucka, ale wyrżnęła Shawa prosto w żołądek. Zwinął się z bólu, upadł i zaczął cicho stękać.

Kiedy Buck, obejrzawszy się, zobaczył skręconego Shawa, pomyślał, że Will uszkodził go poważnie. Podbiegł, znowu zamachnął się łopatą i z całej siły rąbnął Willa w czoło.

Cios ogłuszył Willa, ale go nie powalił. Utrzymał się na nogach, rozwścieczony jeszcze bardziej, i rzucił się na Bucka, zanim ten zdążył powtórnie podnieść łopatę.

– Wy, cholerni Waldenowie, myślicie, żeście tacy ważni, ale u nas są ważniejsi! – krzyknął. – Trzeba by jeszcze sześciu takich jak ty, żeby mnie zrobić. Przyzwyczajony jestem. U nas co rano przed śniadaniem odwalam parę takich bitek.

– Ty cholerny bawełniany łbie – rzekł z pogardą Buck.

Shaw, mrugając oczami, dźwignął się na czworaki. Rozejrzał się za jakąś bronią, ale nic nie było pod ręką. Jego łopata leżała za Willem.

– Bawełniany łeb – powtórzył szyderczo Buck.

– No, chodźcie tu, sukinsyny! – krzyknął Will. – Będziecie leżeli obaj naraz. Ja nie z tych, co się boją parobków.

Buck podniósł łopatę, ale Will wyrwał mu ją z ręki i cisnął daleko za siebie. Celnym ciosem wyrżnął Bucka w szczękę, a ten zwalił się jak długi na wznak. Shaw podbiegł i przykucnął nad nim. Will łupnął go kolejno jedną i drugą pięścią. Pod Shawem ugięły się kolana i upadł u stóp Willa.

Tymczasem Buck już się podniósł. Skoczył na Willa, przewrócił go i wykręcił mu ręce. Zanim Will zdołał się wyrwać, Buck zaczął go grzmocić po głowie i plecach. Wszyscy byli już teraz mocno rozeźleni.

Z góry zakrzyknął na nich Tay Tay. Zbiegł na dno dołu i wskoczył w sam środek kotłowaniny pięści i kopniaków. Rozdzielił Bucka i Willa i cisnął ich na obie strony. Był równie barczysty jak oni i zawsze umiał dać sobie radę, gdy się pobili. Teraz stał, dysząc i sapiąc, i patrzał na leżących.

– Dosyć tego – powiedział, wciąż oddychając ciężko. – I o co, u diabła starego, wy, chłopaki, tak się ciągle lejecie? To nie jest odkopywanie żyły. Bijatyką się jej nie znajdzie.

Buck siadł i pomacał napuchniętą szczękę. Łypnął na Willa; nie czuł się pokonany.

– To go ojciec odeślij, skąd przyszedł – powiedział. – Sukinsyn nie ma tu nic do roboty. U nas nie miejsce dla bawełnianych łbów.

– Wyjadę, kiedy mi się spodoba i ani minuty wcześniej. Spróbuj mnie zmusić. No, tylko spróbuj!

– I po kiego diabła takeście narozrabiali, chłopaki, co? – zapytał Shawa ojciec, oglądając się na niego, aby sprawdzić, czy nic mu nie jest. – Nie macie o co się bić. Jak natrafimy na żyłę, to wszystko się podzieli równo i sprawiedliwie i nikt nie dostanie więcej niż inny. Już ja tego dopilnuję. No i od czego to się zaczęło, żeście tak tłukli jeden drugiego?

– Od niczego się nie zaczęło, tato – powiedział Shaw. – Wcale nie poszło o złoto ani o nic takiego. Ot, stało się, i już. Ile razy ten sukinsyn tu przyjedzie, to aż się prosi, żeby go lać. Przez to, co gada i co robi. Tak tu wyprawia, jakby był lepszy od nas albo co. Dlatego, że pracuje w przędzalni. Zawsze przezywa mnie i Bucka od parobków.

– No, to jeszcze nie powód, żeby tak się gorączkować – powiedział Tay Tay. – Wstyd, że nie potrafimy zachować spokoju w rodzinie. Przez całe życie o to jedno mi chodziło.

– To niech się odczepi od Gryzeldy – rzekł Buck.

– A, to o Gryzeldę poszło? – spytał zdumiony Tay Tay. – Proszę, wcale nie wiedziałem, że ona jest zamieszana w tę bitkę.

– Łżesz jak cholera! – krzyknął Will. – Nie powiedziałem o niej ani słowa!

– Słuchajcie no, chłopaki – rzekł Tay Tay. – Nie zaczynajcie na nowo. Co Gryzelda ma z tym wspólnego?

– Ano, nic o niej nie gadał – odparł Buck – ale to przez to, jak patrzy i co wyprawia. Tak się zachowuje, jakby zaraz chciał jej coś zrobić.

– Łgarstwo! – wykrzyknął Will.

– Słuchajże, Buck, może ci się tylko tak przywidziało. Ja przecież wiem, że to niemożliwe, bo Will jest mężem Rozamundy i żyją z sobą pierwszorzędnie. On wcale nie leci na Gryzeldę. Dajże spokój.

Will spojrzał na Bucka, ale nic nie powiedział. Był zły, że ich rozdzielono, nim zdążył zadać ostateczny cios.

– Wszystko byłoby w porządku, gdyby siedział, gdzie jego miejsce, i nie przyjeżdżał tu robić piekła – oświadczył Buck. – Tak czy owak, ten sukinsyn jest bawełniany łeb. Niech siedzi między takimi jak on sam. Nie chcemy się z nim zadawać.

Will znowu zerwał się i począł rozglądać się za łopatą.

Tay Tay podbiegł i popchnął go na drugą stronę dołu. Przytrzymał Willa obiema rękami, przyciskając go do ściany wykopu.

– Will – powiedział spokojnie. – Nie zwracaj uwagi na Bucka. Ten upał go rozeźlił bez żadnego powodu. No, zostań tutaj i daj mu spokój.

Przebiegł na drugą stronę i przytrzymał Bucka. Tymczasem Shaw wylazł już z dołu i nie zdradzał ochoty do zejścia na powrót.

– Wyjdźcie na górę i ostygnijcie, chłopaki – rozkazał Tay Tay. – Zagrzaliście się w tej dziurze i nie ma jak świeże powietrze, żeby wam przeszło. Wyłaźcie i ochłodźcie się trochę.

Zaczekał, póki Buck i Shaw nie zniknęli mu z oczu. Kiedy już dał im dość czasu, począł przynaglać Willa, żeby wydrapał się na powietrze. Sam wspiął się tuż za nim, na wypadek, gdyby Shaw i Buck czekali w ukryciu, by skoczyć na Willa i znowu zacząć bijatykę. Jednakże wylazłszy na wierzch, nie dostrzegli ich nigdzie.

– Nie myśl o nich, Willu – powiedział Tay Tay. – Tylko siądź sobie w cieniu i ostygnij.

Podeszli pod dom i zasiedli w cieniu. Will nadal był zły, ale już gotów dać spokój, chociaż ostatni cios należał do Bucka. Im prędzej wróci do Scottsville, tym bardziej będzie zadowolony. W ogóle by tu nie przyjeżdżał, gdyby Rozamunda i Jill tak go nie prosiły. Teraz zapragnął wrócić do Doliny i pogadać z kolegami przed piątkowym zebraniem miejscowej organizacji związkowej. Zawsze robiło mu się trochę mdło na widok gołej ziemi, uprawnych czy leżących odłogiem pól, na których nie można było wypatrzeć ani śladu fabryki czy przędzalni.

– Chyba nie chcesz zaraz wyjeżdżać, prawda, Willu? – zapytał Tay Tay. – Mam nadzieję, że ci to nie w głowie?

– Pewnie, że wyjeżdżam – odparł Will. – Nie mogę tracić czasu na kopanie dziur w ziemi. Nie jestem kret.