– Chciałem, żebyś nam pomógł, póki nie natrafimy na żyłę. Teraz potrzeba mi jak najwięcej pomocy. Żyła tam jest równie pewnie, jak to, że Pan Bóg stworzył zielone jabłuszka, i aż mnie korci, żeby na niej rękę położyć. Czekałem na to dzień i noc przez piętnaście lat.
– Ojciec powinien zająć się bawełną – odrzekł krótko Will. – Z tej ziemi więcej się zbierze bawełny przez rok niż złota przez całe życie. Kopanie wszędzie dziur to tylko marnotrawstwo.
– Teraz żałuję, że nie poświęciłem trochę więcej czasu bawełnie. Bo tak wygląda, że mi zbraknie pieniędzy, zanim natrafię na żyłę. Gdybym miał ze dwadzieścia albo trzydzieści bel bawełny, żeby jakoś przetrzymać jesień i zimę, mógłbym resztę czasu przeznaczyć na kopanie. Nie ma dwóch zdań, że pierwszego września muszę mieć sporo bawełny na sprzedaż.
– No, już teraz za późno sadzić więcej tego roku. Będzie z ojcem marnie, jak się czegoś nie zrobi.
– Tylko jedno mogę zrobić, a mianowicie kopać.
– Jeżeli ojciec dalej pokopie, to dom zwali się do tej dziury. Już teraz jest trochę przechylony. Niewiele potrzeba, żeby się przewrócił.
Tay Tay popatrzył na przyciągnięte z lasu kloce sosnowe, które podpierały budynek. Były wystarczająco duże i mocne, ażeby dom podtrzymać, ale gdyby go zanadto podkopali, z pewnością osunąłby się, a potem przewrócił. Wtedy albo zwaliłby się bokiem do wielkiego wykopu, albo też spadł dachem w dół na jego dno.
– Willu, jak człowieka złapie gorączka złota, to choćby pękł, nie może myśleć o niczym innym. Widzi mi się, że to właśnie mnie napadło, nie ma gadania. Dostałem takiej paskudnej gorączki, że ani mi w głowie sadzenie bawełny. Muszę wygrzebać z ziemi te małe, żółte bryłki. Żeby się waliło paliło, muszę dalej kopać, póki nie trafię na żyłę. Nie mogę teraz przerwać i brać się do czego innego. Ta gorączka przeżarła mnie całego na wylot.
Will ochłonął. Nie kwapił się już do wstawania i było mu obojętne, czy znajdzie Bucka i Shawa, ażeby wznowić bójkę. Skłonny był machnąć na nich ręką aż do następnego razu.
– Jeżeli ojcu potrzeba pieniędzy, to czemu ojciec nie pojedzie do Augusty i nie pożyczy od Jima Leslie?
– Że co, Willu? – spytał Tay Tay.
– Niech Jim Leslie pożyczy ojcu tyle, żeby przeciągnąć przez jesień i zimę. Na wiosnę będzie ojciec mógł zasadzić dużo bawełny.
– A, dajże spokój – odparł Tay Tay, uśmiechając się lekko. – To nie miałoby żadnego sensu.
– Dlaczego nie? On jest bogaty, a jego żona też ma forsy jak lodu.
– Nie będzie chciał mi pomóc, Willu.
– Skąd ojciec wie, że nie? Przecież ojciec nigdy nie próbował od niego pożyczyć, prawda? No, to skąd wiadomo, że nie da paru groszy?
– Jim Leslie nawet nie chce ze mną gadać na ulicy, Willu – rzekł tamten ze smutkiem. – A jeżeli nie chce gadać na ulicy, to dobrze wiem, że mi nie pożyczy pieniędzy. Nie byłoby sensu go prosić. Tylko wielka strata czasu, nic więcej.
– Do diabła, przecież to ojca rodzony, no nie? A jeżeli tak, to powinien posłuchać, jakie ojciec ma trudności z tym szukaniem żyły.
– To by go teraz nie bardzo obeszło. Przez to właśnie wyniósł się z domu. Powiedział, że nie będzie tu siedział i kopał przez całe życie jak kto głupi. Nie myślę, żeby wiele się zmienił od tego czasu.
– Jak dawno to było?
– A pewnie z piętnaście lat.
– No, to już mu przeszło do tej pory. Ucieszy się jak cholera, kiedy ojca zobaczy. Przecież ojciec jest jego własny tata, nie?
– Ano tak. Ale to go niewiele obchodzi. Próbowałem zagadać do niego na ulicy, ale nawet nie chciał spojrzeć w tę stronę.
– A ja się założę, że ojca wysłucha, jak mu ojciec zacznie opowiadać o swoim pechu.
– Ano, pewnie trafiłoby się na tę żyłę, gdybym mógł sobie pozwolić, żeby dalej kopać – rzekł Tay Tay, wstając.
– No, chyba – powiedział Will. – Właśnie to chciałem ojcu wytłumaczyć.
– Gdybym miał trochę pieniędzy – czy ja wiem, ze dwieście albo trzysta dolarów – można by było znaleźć tę żyłę. Bo wiesz, szukanie złota wymaga czasu i diabelnie dużo cierpliwości.
– No to dlaczego ojciec nie pojedzie do Augusty i nie pogada z nim? Tak trzeba zrobić.
Tay Tay poszedł na drugą stronę domu. U węgła przystanął i zaczekał na Willa. Przeszli przez podwórko do stajni, gdzie byli Dave i Wuj Feliks. Shaw i Buck siedzieli na przegródce boksu i gadali z albinosem i Murzynem.
– Chłopaki – powiedział Tay Tay. – Musicie się szykować. Postanowiłem zaraz wybrać się do Augusty. Idźcie umyć się trochę, bo już trzeba jechać.
– A po co? – zapytał kwaśno Buck.
– Po co? Żeby zobaczyć się z Jimem Leslie, synu.
– No, to ja zostaję – oświadczył Buck.
– Słuchajcie, chłopcy – zaczął prosić Tay Tay. – Potrzebniście mi, żeby mnie tam zawieźć samochodem. Przecież wiecie doskonale, że nie umiem prowadzić wozu w wielkim mieście. Od razu bym rozwalił całą maszynę.
Najpierw Buck, a po nim Shaw zleźli z przegrody i wyszli ze stajni. Ojciec podreptał za nimi, tłumacząc w kółko, dlaczego chce zobaczyć się z Jimem Leslie. Will wytknął głowę przez drabinkę i zerknął na Dave'a.
– Jak się czujesz, chłopie?
– Pierwszorzędnie – odrzekł tamten.
– Chciałbyś teraz wrócić do domu?
– Wolę tu zostać.
Will cofnął głowę, śmiejąc się z albinosa. Zawrócił i wyszedłszy ze stajni, ruszył ku domowi.
– Lepiej trochę weź na wstrzymanie! – zawołał na odchodnym. – Dziś wieczór nie będzie Miłej Jill. Jedzie razem z nami do Augusty.
Nie mówiąc nic więcej, odszedł, a Dave i Wuj Feliks zostali w stajni. Po drodze żal mu się zrobiło Dave'a. Miał nadzieję, że za kilka dni Tay Tay go wypuści i pozwoli wrócić do domu, jeżeli chłopak będzie miał ochotę.
Buck stał na tylnym ganku i obmywał w miednicy twarz i ręce, ale Will nawet nie spojrzał w tę stronę. Zaszedł od frontu i usiadł na schodkach, czekając, by Tay Tay przygotował się do odjazdu. Pluto wybrał się tego rana do domu, żeby zmienić koszulę i skarpetki, i Willowi było go brak. Pluto mówił, że musi wcześnie wstać, żeby poagitować wyborców, i Will miał nadzieję, że zjawi się, zanim wyjadą. Mógł zostać wybrany szeryfem, jeżeliby jego przyjaciele, spodziewający się mianowania na zastępców, porządnie dla niego popracowali. Natomiast sam nigdy nie zdołałby zebrać wystarczającej ilości głosów.
Pierwsza wyszła z domu Gryzelda, już gotowa do drogi. Uśmiechnęła się do Willa, a on mrugnął do niej. Miała na sobie nową popołudniową sukienkę kretonową w kwiaty i duży kapelusz, którego rondo ocieniało jej ramiona. Will zastanowił się, czy kiedy widział równie ładną dziewczynę. Nie mógł myśleć o tym, że miałby wracać do Scottsville, nie spotkawszy się z nią sam na sam. Możliwe nawet, że zamiast jechać do Doliny, wróci z nimi dziś wieczorem z Augusty, byleby tylko być z Gryzeldą.
Rozdział 11
Kiedy nad wieczorem dojechali do Augusty, Buck zatrzymał wóz przy krawężniku na Broad Street. Nikt mu nie kazał stawać na krańcu miasta, więc Tay Tay pochylił się, aby zapytać synów, dlaczego się zatrzymali. Dom Jima Leslie był na Wzgórzu, o kilka mil dalej.
– Dlaczegoś stanął, Buck?
– Ja tu wysiadam i idę do kina – odparł, nie oglądając się, Buck. – Nie mam zamiaru jechać do Jima Leslie.
Shaw wysiadł z nim i obaj przystanęli na ulicy. Czekali, czy ktoś jeszcze z nimi pójdzie. Po chwili wahania Miła Jill i Rozamunda wysiadły także.