– Zaczekajcie minutkę, moi kochani – powiedział w podnieceniu Tay Tay. – Chcecie zepchnąć wszystko na mnie? Dlaczego któreś nie pojedzie tam razem ze mną i nie pomoże przekonać Jima Leslie, jak bardzo mi potrzeba pieniędzy?
– Pojadę z tobą, tato – rzekła Gryzelda.
– Ja chyba na nic się ojcu nie przydam – oświadczył Will, wysiadając. – Jakbym zaczął z nim gadać, cholera by mnie wzięła i musiałbym go nalać.
– Jedź z tatą, Willu – poprosiła Jill. – Będziesz mu potrzebny.
– To dlaczego ty nie jedziesz? Innych namawiasz, a sama nie chcesz.
– Nie bój się Jima Leslie, Willu – powiedziała Gryzelda. – Nic ci nie zrobi.
– A kto mówi, że się boję? Ja miałbym się jego bać?
– Czas jechać – rzekł Tay Tay. – Będziemy tak tu siedzieli i spierali się przez całą noc, jeżeli od razu się nie zdecydujemy.
Buck i Shaw ruszyli ulicą ku rzęsiście oświetlonym kinom. Rozamunda pobiegła i dopędziła ich.
– No, to pojadę – powiedziała Jill. – Wszystko mi jedno.
– Nas troje wystarczy, chyba że Will też chce jechać.
– Mnie tam obojętne – rzekł Will. – Powałęsam się trochę do waszego powrotu.
Jill wstała z tylnego siedzenia i usadowiła się za kierownicą. Obok niej usiadła Gryzelda, a Tay Tay został sam w tyle wozu.
– Będę się tu gdzieś kręcił – powiedział Will, spoglądając na ulicę.
Odszedł z wolna, trzymając się blisko krawężnika i zerkając w okna pierwszego piętra. Wszystkie domy miały tu szerokie na kilka stóp balkony z żelaznymi balustradami, a z okien i przez żelazne poręcze wyglądali na ulicę mieszkańcy.
Nieco dalej ktoś zawołał Willa po imieniu. Ruszył w tę stronę, spoglądając na twarze wychylające się z góry.
– Poszedł sobie – powiedziała ze zniechęceniem Gryzelda.
Jedna z dziewcząt na piętrze zagadnęła go, wychylona przez poręcz. Will szedł dalej, spoglądając na inne balkony. Dziewczyna, która próbowała nawiązać z nim rozmowę, zaklęła i obrzuciła go najwymyślniejszymi wyzwiskami.
Jill parsknęła śmiechem i coś szepnęła Gryzeldzie.
Przez chwilę rozmawiały przyciszonym głosem i Tay Tay nie mógł dosłyszeć ani słowa.
– Jedźmy, dziewczęta – powiedział. – To grzech i zgroza tu siedzieć.
Miła Jill nawet nie ruszyła ręką, aby zapuścić motor. Jedna z dziewczyn na balkonie pokazywała Tay Taya. On już je zauważył i za nic nie chciał oderwać wzroku od własnych stóp.
Przygryzał język z obawy, by któraś nie zagadała do niego, zanim Jill ruszy z miejsca.
– Jak się masz, dziadziu! – zawołała owa dziewczyna. – Chodź do nas na górę i zabaw się troszkę.
Tay Tay zerknął na Jill i Gryzeldę, kiedy się obejrzały, aby zobaczyć, co teraz zrobi. Marzył tylko, żeby zdążyli odjechać, zanim odezwą się dziewczyny z balkonów na piętrze. Nie miałby nic przeciwko temu, aby do niego zagadały w innych okolicznościach, ale czułby się skrępowany, gdyby musiał odpowiedzieć którejś z nich przy Miłej Jill i Gryzeldzie. Pochylił się i dotknął palcem pleców córki, prosząc, by odjechała.
– Dlaczego tata nie wejdzie na górę i nie zobaczy, co tam się dzieje? – spytała, chichocząc znowu.
– Rany boskie! – wykrzyknął Tay Tay, rumieniąc się pod opalenizną.
– Idźże, tato – namawiała Gryzelda. – Zaczekamy na ciebie. Idź i zabaw się trochę.
– Rany boskie! – powtórzył Tay Tay. – Ja już nie jestem w tym wieku. To nie miałoby żadnego sensu.
Przypatrująca mu się z góry dziewczyna kiwnęła palcem i wskazała ruchem głowy schody, które wychodziły na ulicę. Była drobna, nie miała wiele więcej niż szesnaście czy siedemnaście lat i kiedy przechylona przez poręcz balkonu zaglądała do samochodu, Tay Tay nie mógł się powstrzymać, by nie zerknąć w górę, myśląc zarazem, że dobrze byłoby pójść do niej. Jego palce zacisnęły się na cienkim zwitku przybrudzonych banknotów jednodolarowych, które miał w kieszeni, a pot zwilżył mu czoło. Wiedział, że Jill i Gryzelda tylko czekają, by wysiadł i poszedł na górę, ale nie miał odwagi zrobić tego w ich obecności.
– Nie bądź takim skąpiradłem, dziadziu – rzuciła kątem ust dziewczyna. – Raz się jest młodym.
Tay Tay łypnął na odwrócone doń tyłem Gryzeldę i Jill. Obserwowały stojącą na balkonie dziewczynę i coś o niej mówiły zniżonymi głosami.
– Idź, tato – powiedziała Gryzelda. – Zabawisz się. Należy ci się czasem trochę rozrywki po całej tej ciężkiej harówce w dołach.
– Słuchajże, Gryzeldo – bronił się słabo Tay Tay. – Ja już nie jestem w tym wieku. Nie drażnij się tak ze mną, bo sam nie wiem, co robić.
Dziewczyna zniknęła z małego balkoniku o żelaznej balustradce. Tay Tay spojrzał w górę i uczuł ulgę. Pochylił się i postukał palcem Miłą Jill, nalegając, by odjechała.
– Zaczekajmy jeszcze minutkę – odrzekła.
Widział, że obie obserwują wychodzące na ulicę schody. Nagle z szarego mroku budynku wynurzyła się na jaskrawe światło latarń ulicznych dziewczyna.
Tay Tay, ujrzawszy ją, wtulił się w siedzenie, mając nadzieję, że go nie zauważy. Podeszła prosto do samochodu i przystanęła obok Tay Taya.
– Ja wiem, co ci brakuje. Wstydliwy jesteś.
Tay Tay zaczerwienił się i wcisnął jeszcze głębiej. Widział, że Jill i Gryzelda obserwują go w małym lusterku umieszczonym nad przednią szybą.
– Chodź na górę, to się zabawimy.
Jill znowu parsknęła śmiechem.
Tay Tay coś odpowiedział, ale nikt tego nie dosłyszał. Dziewczyna postawiła nogę na stopniu i spróbowała chwycić starego za rękę, by go wyciągnąć z auta. Odsunął się na środek siedzenia, uciekając przed jej palcami.
Jill obróciła się i spojrzała na wypudrowane piersi dziewczyny, które odsłaniał głęboki dekolt sukni. Cofnęła głowę i coś szepnęła Gryzeldzie. Obie się roześmiały.
– No, i co z tobą jest, dziadziu? Czyrak masz, czy ci forsy brak?
Tay Tay zastanowił się mgliście, czy da mu spokój i pójdzie sobie, jeżeli powie, że nie ma pieniędzy.
Potrząsnął głową i odsunął się jeszcze dalej.
– Zimny drań z ciebie – powiedziała dziewczyna. – Dlaczego nie chcesz wydać paru centów pod koniec tygodnia? Gdybym wiedziała, żeś taki chytrus, sukinsyn, tobym się w ogóle nie fatygowała na dół.
Tay Tay nie odpowiedział; myślał, że może dziewczyna zawróci teraz do domu. Ale ona nawet nie zdjęła nogi ze stopnia i czekała przy aucie, patrząc na niego spode łba.
– Jedźmy! – zawołał. – Czas jechać.
Jill zapuściła silnik i włączyła bieg. Obejrzała się, czy tamta zdjęła już nogę. Cofnęła auto o kilka stóp. Dziewczyna, której noga osunęła się ze stopnia, obrzuciła przekleństwami starego, stojąc na krawężniku. Kiedy oddalili się od chodnika, Jill ruszyła środkiem jezdni i skręciła za róg. W parę minut później jechali już bulwarem w stronę Wzgórza.
– Naprawdę wdzięczny wam jestem, dziewczęta, żeście mnie stamtąd wyrwały – powiedział Tay Tay. – Bo tak wyglądało, jakbyśmy już nigdy nie mieli odjechać. Gdybyśmy nie ruszyli, byłbym z nią poszedł na górę, po prostu, żeby jej zamknąć twarz. Nie znoszę, jak mi kobita wymyśla przy wszystkich na głównej ulicy. Nigdy nie mogłem ścierpieć, żeby mnie baby przeklinały w samym środku miasta.
– E, nie dałybyśmy ci iść na górę, tato – powiedziała Gryzelda. – Takeśmy tylko żartowały. Nie pozwoliłybyśmy, żebyś poszedł i jeszcze się zaraził. To tylko było tak dla kawału.
– No, wcale nie mówię, że chciałem pójść, i nie mówię też, że nie. Ale z pewnością przykro mi było, że kobita tak mi wymyśla na głównej ulicy. Po pierwsze, to nieładnie brzmi. Nigdy nie mogłem tego strawić.