– Tato, tylko nie proś go o nic, dobrze? – powiedziała czym prędzej Gryzelda. – Bo tu wszystko należy także i do jego żony.
– Jeżeli Jim Leslie będzie chciał coś mi dać ze szczerego serca, to wezmę. A jakby ona próbowała przeszkodzić, to się po niej przejadę. Co mnie ona obchodzi?
Obrócił się i w tym momencie strącił porcelanowy wazon z małego stoliczka, którego przedtem nie zauważył. Szybko spojrzał na Jill i Gryzeldę.
– Patrzcie, co ja narobiłem – powiedział stropiony. – Co na to powie Jim Leslie?
– Prędko! – rzekła Gryzelda. – Pozbierajmy wszystkie kawałeczki, zanim ona tu wejdzie.
Uklękła z teściem na podłodze i zgarnęła na kupkę szczątki cienkiej porcelany. Jill nie chciała im pomagać. Zachowywała się tak, jakby jej było obojętne, czy kawałki się zbierze, czy też zostawi na widoku. Tay Tay zadrżał na całym ciele, kiedy pomyślał, co powie żona Jima, jak zobaczy skutki jego nieostrożności.
– Gdzie by tu wsadzić te skorupy? – zapytała wystraszona Gryzelda.
Tay Tay rozejrzał się w popłochu. Nie wiedział właściwie, czego szuka, ale zauważył, że okna są zamknięte, a na kominku nie ma popiołu, w którym można by zagrzebać skorupki.
– Dawaj – powiedział, wyciągając obie dłonie. – Daj mi tu wszystko.
– Ale co my z tym zrobimy?
Tay Tay, uśmiechając się do obu dziewczyn, zsypał potłuczoną porcelanę do kieszeni. Cofnął się, przytrzymując ją ręką.
– To jest najlepsze miejsce. Jak wyjedziemy za miasto, wyrzucę to wszystko i nikt nawet nie zauważy.
Miła Jill zajrzała do sąsiedniego pokoju przez szerokie, oszklone drzwi. Nie mogła nic dojrzeć w ciemnościach, ale domyśliła się, że musi to być jadalnia. Obie z Gryzeldą chciały zobaczyć jak najwięcej przez ten krótki czas, który tu miały spędzić.
Tay Tay usiadł na fotelu i czekał na powrót syna. Jima nie było już od dziesięciu minut albo kwadransa i stary niecierpliwie wyglądał jego powrotu. Czuł się zagubiony w tym wielkim domu.
Jim Leslie stanął w drzwiach. Tay Tay podniósł się i podszedł do niego.
– Czego ojciec ode mnie chciał?
– No, widzisz, mnie jest ciężko, synu. Czarny Sam i Wuj Feliks zasadzili tego roku mało bawełny, bo to co parę dni się zwalniali, żeby pokopać na własny rachunek, więc jak przyjdzie wrzesień, nie będę miał grosza przy duszy. Myślę, że już teraz lada dzień natrafimy na tę żyłę, ale nie umiem powiedzieć, kiedy to będzie. A trzeba mi trochę pieniędzy, żeby się jakoś oporządzić.
– Nie mogę ci nic pożyczyć. Wszystko, co mam, jest ulokowane w nieruchomościach, a to, co zarobię z dnia na dzień, idzie na dom. Wam się zdaje, że tutaj w mieście ludzie chodzą z wielkimi zwitkami pieniędzy, a to nieprawda; ci, którzy mają forsę, muszą ją inwestować, a jak się już raz zainwestuje, to nie można jednego dnia wycofywać, a drugiego znów wpłacać.
– Twoja żona ma coś niecoś.
– Może i ma, ale to nie moje.
Jim Leslie obrócił się i spojrzał w stronę hallu, jakby spodziewał się zobaczyć tam Gussie. Ale żona wciąż przebywała w innej części domu.
– No, a ile by ci było potrzeba?
– Jakbym miał ze dwieście albo trzysta dolarów, to jakoś bym przeciągnął przez jesień i zimę. Na wiosnę zasadzę dużo bawełny. Teraz trzeba mi tylko tyle, żeby przeżyć jesień i zimę.
– Nie wiem, czy będę mógł dać aż tyle. Powiadam ci, że mnie samemu jest teraz ciężko. Mam w mieście kilka kamienic, ale ostatnio niewiele wyciągam z komornego. Już musiałem usunąć siedem czy osiem rodzin, a przecież wolne pokoje nie przynoszą ani centa.
– No, to poproś żonę, synku.
– Kiedy musisz to mieć?
– A zaraz. Bo trzeba kupić paszę dla mułów i żywność dla rodziny i dwóch parobków. Dzisiaj prowadzenie gospodarstwa masę kosztuje, bo dużo się wydaje, a diablo mało zarabia.
– Wolałbym, żebyś przyjechał do mnie później. W przyszłym miesiącu będę stał lepiej. Położyłem areszt na różnych meblach i po zlicytowaniu dostanę z tego trochę forsy. Nie masz pojęcia, jak mi trudno, kiedy nie można ściągnąć komornego.
– Przykro mi słyszeć, synu, że sprzedajesz dobytek biednych ludzi. Ja bym się wstydził na twoim miejscu. Chyba bym nie potrafił być taki twardy dla bliźnich.
– Zdawało mi się, że przyjechałeś po pożyczkę. Nie mam zamiaru sterczeć tu przez całą noc i wysłuchiwać twojego gadania.
– Widzisz, ja muszę zdobyć trochę pieniędzy, synu – powiedział Tay Tay. – Muły i parobcy, i moja własna rodzina nie mogą czekać. Musimy jeść, i to zaraz.
Jim Leslie wyjął portfel i odliczył pewną kwotę w banknotach dziesięcio- i dwudziestodolarowych. Złożył pieniądze na pół i podał ojcu.
– To wielka pomoc, synku – powiedział z wdzięcznością Tay Tay. – Z całego serca ci dziękuję, żeś mi dopomógł w ciężkiej chwili. Jak wykopiemy złoto, nie będzie już trzeba pożyczać.
– To wszystko, co mogę ci dać. Tylko aby nie podchodź do mnie na ulicy i nie proś o więcej, bo nie dostaniesz. Powinieneś dać spokój z tym szukaniem złota, a uprawiać bawełnę i coś do jedzenia. Nie ma żadnego sensu, żeby człowiek, który jest właścicielem stu akrów ziemi i dwóch mułów, biegał do miasta po każdy pęczek buraków. Sadź je sam. To dobra ziemia, a od dwunastu czy piętnastu lat w większej części leży odłogiem. Niech ci twoi dwaj parobcy uprawiają tyle jarzyn, żeby się wyżywić.
Tay Tay ruchem głowy potakiwał wszystkiemu, co mówił Jim Leslie. Teraz czuł się wyśmienicie. Płaski zwitek pieniędzy w kieszeni podnosił go do równego poziomu z innymi ludźmi. Chciał tylko trzystu dolarów, a nie spodziewał się, że w ogóle cokolwiek dostanie.
– No, trzeba już zbierać się do domu – powiedział.
Zajrzał do biblioteki i zawołał Jill i Gryzeldę. Wyszły do hallu i skierowały się ku drzwiom.
Jim Leslie wyszedł z domu ostatni. Minął za nimi szeroki ganek i zbiegł po schodkach na trotuar. Kiedy już usadowili się w aucie, zaszedł od strony, gdzie siedziała Gryzelda, i położył rękę na drzwiczkach. Oparł się o nie i wpatrzył w Gryzeldę.
– Wpadnij do mnie, jak kiedyś będziesz w mieście – powiedział z wolna, pisząc coś wiecznym piórem na kartce, którą po chwili jej wręczył. – Będę na ciebie czekał, Gryzeldo.
Spuściła głowę, żeby uniknąć jego wzroku.
– Tego nie mogłabym zrobić – odrzekła.
– Dlaczego?
– Buck nie byłby zadowolony.
– Do diabła z Buckiem – odparł Jim Leslie. – Przyjdź tak czy owak. Chciałbym z tobą pomówić.
– Lepiej ją zostaw w spokoju i pilnuj własnej żony – odezwała się Jill.
– Co mnie ona obchodzi – odparł zapalczywie. – Będę na ciebie czekał, Gryzeldo.
– Nie mogę – powtórzyła, potrząsając głową. – To byłoby nie w porządku wobec Bucka. Jestem jego żoną.
– Już ci powiedziałem: do diabła z Buckiem. Ja cię dostanę, Gryzeldo. Jeżeli nie zajdziesz do mojego biura następnym razem, jak będziesz w mieście, to ja przyjadę po ciebie. Słyszysz? Przyjadę i zabiorę cię tutaj.