– Buck by cię zastrzelił – powiedziała Jill. – I tak miał już dosyć kłopotu z Willem.
– Z jakim Willem? Co to u diabła za Will? Co on ma do niej?
– No, przecież znasz Willa Thompsona.
– Tego bawełniarza? Boże kochany, przecież chyba nie zadawałabyś się z Willem Thompsonem, Gryzeldo? Z tym durnym bawełnianym łbem z Doliny Horse Creek?
– A cóż to szkodzi, że mieszka w miasteczku fabrycznym? – spytała szybko Jill. – Lepszy jest od niejednego, co siedzi w tych pięknych domach.
Jim Leslie sięgnął ponad oparciem i mocno objął Gryzeldę. Próbowała odsunąć się, ale przyciągnął ją na powrót. Kiedy przestała się wyrywać, pochylił się, chcąc ją pocałować.
– Zostaw ją w spokoju, synu, a my jedźmy, zanim się zacznie awantura – rzekł Tay Tay, wstając. – Przestańże ją tarmosić.
– Wywlokę ją z tego przeklętego auta – odparł Jim Leslie. – Wiem, czego chcę.
Miła Jill ruszyła z miejsca i wóz potoczył się szybko. Kiedy przejechał kilkanaście jardów, Jim Leslie poczuł, że nie zdoła utrzymać się dłużej na stopniu. Wiedział, że Jill może umyślnie otrzeć wozem o któreś z drzew rosnących wzdłuż krawężnika i zrzucić go w ten sposób na ziemię. Raz jeszcze spróbował dosięgnąć Gryzeldy. Wyciągnął rękę i pochwycił palcami dekolt jej kwiecistej sukni. Uczuł, że materiał nagle się rozstępuje, i wytężył wzrok, usiłując coś dojrzeć w półmroku. Nim zdążył pochylić się bliżej, Jill raptownie skręciła wozem ku drugiej stronie ulicy, zrzucając go na jezdnię.
Wylądował ciężko na czworakach, ale nie zrobił sobie takiej krzywdy, jak się spodziewał. Od upadku zapiekły go boleśnie dłonie i kolana, lecz zaraz zerwał się i począł otrzepywać z kurzu ubranie, patrząc za autem szybko znikającym w oddali.
Na zakręcie obejrzeli się i dostrzegli pod latarnią Jima Leslie otrzepującego pył z marynarki. Spodnie miał rozerwane na kolanie, ale jeszcze tego nie zauważył.
– Widzi mi się, żeś słusznie zrobiła – powiedział Tay Tay do Jill. – Jim Leslie nie chciał skrzywdzić Gryzeldy, ale Bóg jeden wie, do czego by doszło, gdyby to dłużej potrwało. Coś gadał, że ją wywlecze z samochodu, i pewnie nie bałby się tego zrobić. Paskudnie bym się czuł, gdybym odjechał stąd bez niej i musiał potem świecić oczami przed Buckiem, jakby pytał, gdzie ona się podziała.
– Och, Jim Leslie nie jest taki straszny, tato – powiedziała Gryzelda. – Nic mi nie zrobił. Nawet mnie nie nastraszył. Za delikatny jest, żeby się brzydko zachować.
– No, bardzo to ładnie z twojej strony, że tak o nim mówisz, ale ja wcale nie jestem tego pewny. Jim Leslie to Walden, a Waldenowie są znani nie tyle z nieśmiałości, ile z tego, że biorą to, na co mają ochotę. Może się zresztą mylę. Może ja jeden z całej rodziny jestem taki.
Kiedy sunęli po długim, stromym stoku ku miastu rozświetlonemu w dole, na równinie, Tay Tay pochylił się, aby zobaczyć, dlaczego Gryzeldzie tak drgają ramiona. Słyszał, że usiłuje powstrzymać szloch, ale nie mógł dojrzeć łez w jej oczach.
– Może ten Jim byłby ją jednak wyciągnął z wozu – powiedział do siebie. – Nie rozumiem, co jej może być, jeżeli nie to. Tylko Walden potrafi tak rozhuśtać dziewczynę.
Pochylił się jeszcze bardziej i przykucnął, aby nie wypaść z otwartego wozu, gdyby Jill niespodziewanie skręciła. Zauważył, że Gryzelda próbuje jakoś spiąć nową suknię, rozerwaną prawie do pasa i odsłaniającą kremową białość jej ciała. Tay Tay przypatrzył się raz jeszcze, zanim spięła materiał. Zastanawiał się, czy powodem rozdarcia sukni mogło być coś, co powiedział tego wieczora.
Po chwili usiadł znowu, wyciągnął nogi, oparł je o podpórkę i mocno zacisnął w wilgotnej dłoni zwinięte trzysta dolarów, które dał mu Jim Leslie.
Rozdział 13
Rozamunda, Shaw i Buck oczekiwali ich u skraju miasta, na rogu ulicy. Natomiast Willa nie było nigdzie widać. Podjechali do krawężnika i zgasili motor. Okna za żelaznymi balkonami na piętrze były jeszcze otwarte, a większość ich oświetlona. Tay Tay usiłował nie podnosić wzroku powyżej parteru.
– Dostałeś pieniądze, tato? – spytała Rozamunda, która pierwsza podeszła do auta.
– No, chyba – odparł z dumą. – Patrz, jaka harmonia zielonych papierków!
Buck i Shaw zbliżyli się, by też zobaczyć. Wszyscy mieli zadowolone miny.
– Mnie jest potrzebny nowy płaszcz nieprzemakalny – powiedział Shaw.
– Synu – odrzekł Tay Tay, potrząsając głową i wpychając głęboko do kieszeni zwitek banknotów. – Synu, jak będzie padało, to najlepiej zrzuć ubranie i zdaj się na swoją własną skórę. Pan Bóg nie stworzył lepszego płaszcza nieprzemakalnego od ludzkiej skóry.
– A co ojciec zrobi z taką kupą pieniędzy? – zapytał z kolei Buck. – Mógłbyś ojciec trochę odpalić. Już nie wiadomo odkąd nie miałem ani centa na drobne wydatki.
– I nie będziesz miał jeszcze nie wiadomo ile czasu. Tak gadacie, chłopcy, jakbym tu chował bryłki złota do podziału. Jim Leslie pożyczył mi te pieniądze, żeby jakoś przetrzymać jesień i zimę. Musimy za to jeść i jeszcze podzielić się z mułami.
Tay Tay wyciągnął szyję, szukając Willa. Pilno mu było jechać do domu, bo już zbliżała się północ i chciał nazajutrz wcześnie wziąć się do roboty. Zamierzał rozpocząć kopanie o wschodzie słońca.
– Gdzie Will?
– A był tu przed chwilą – odpowiedziała Rozamunda, wsiadając do auta i sadowiąc się obok ojca. – Tylko go patrzeć.
– Chyba nie polazł tam znowu? – zapytał Tay Tay. – Nie ma żadnego sensu, żeby człowiek tak często się paskudził.
– Will tym razem wcale się nie spaskudził – zauważył Shaw, mrugając do Gryzeldy. – Wybrał sobie fajną blondynkę. Ale już pewnie z nią skończył, bo jakem go tu widział niedawno, to właśnie się do niej zabierał.
Rozamunda stłumiła szloch.
– Will nie robi nic złego – rzekł Tay Tay. – Jutro z samiusieńkiego rana zabierzemy się wszyscy porządnie do kopania. To mu wybije z głowy takie rzeczy.
– Zanosi się na deszcz – powiedział Shaw. – Nie będzie można zacząć wcześnie rano, jeżeli w nocy porządnie popada.
– Teraz nie może być deszczu – oświadczył stanowczo Tay Tay. – Jestem przeciwny, żeby padało w najbliższym czasie. Musimy koniecznie kopać te doły.
Ilekroć spadł porządny deszcz, doły wypełniały się wodą, niekiedy na kilka stóp głęboką. W takich razach mogli tylko ściągać ją wężem gumowym. Wpuszczali jeden koniec długiego węża do wykopanego dołu, drugi zaś do innego, znajdującego się gdzieś niżej, i w ten sposób przetaczali wodę. Nieraz ciężko się naharowali, zanim Tay Tay odkupił używany wąż od straży ogniowej z Augusty. Przedtem musieli wynosić wodę wiadrami, a jeśli była głęboka, często tracili parę dni po każdym deszczu, nim mogli znowu wziąć się do wykopywania ziemi. Teraz, mając wąż, mogli przetaczać kilka stóp wody w ciągu godziny albo nawet szybciej.
Tay Tay wciąż wyciągał szyję, rozglądając się po ulicy.
– O, idzie Will.
Rozamunda obróciła się w tym kierunku. Znowu zaczęła szlochać.
Will podszedł do auta krokiem zamaszystym, z kapeluszem zawadiacko przekrzywionym na głowie, i oparł się o przedni błotnik z tej strony, gdzie siedział Tay Tay. Zdjął kapelusz i zaczął się wachlować.
– Poszczęściło się? – krzyknął do teścia. – Dostałeś forsę?
Mówił tak głośno, że słychać go było o kilka domów dalej. Ludzie na najbliższym rogu przystanęli i obejrzeli się, aby zobaczyć, co się stało.
– Cicho, Will – powiedziała Gryzelda.