Była najbliżej i uważała za swój obowiązek uciszyć go, póki nie wyjadą z miasta.
– Jak się masz, ładniutka! – krzyknął do niej Will. – Skądeś się wzięła? Nie widziałem cię, kiedy tu przysterowałem.
Buck i Shaw stali nieopodal i śmieli się z Willa. Reszta niecierpliwiła się, chcąc wsadzić go do auta i odjechać, zanim się zjawi policjant.
– Jak Boga kocham, dobrze, że nie mam zwyczaju popijać – rzekł Tay Tay. – Bo jakbym raz zaczął, już bym nie wiedział, kiedy przestać. Trąbiłbym do końca, równie pewnie, jak to, że Pan Bóg stworzył zielone jabłuszka.
Mimo gwałtownych protestów Willa, Buck i Shaw wepchnęli go na tylne siedzenie. Rozamunda podniosła straponteny i ustąpiła Willowi miejsca obok ojca. Buck siadł przy niej, a Shaw i Tay Tay przytrzymali Willa między sobą.
– Jak wy się ze mną obchodzicie? – protestował Will, kopiąc teścia w golenie. – Jesteście niesprawiedliwi. Nie wiecie, że nie mogę wyjechać z miasta, póki nie wystrzelę ostatniego naboju? Patrzcie: tu jeszcze nikt nie śpi i wszyscy chodzą sobie po ulicach. Puszczajcie mnie!
Miła Jill odjechała od krawężnika i ruszyła ulicą ku szosie prowadzącej do Marion.
– Chwileczkę – powiedział Will. – Dokąd my jedziemy? Ja dzisiaj wracam do domu. Zakręcajcie i wieźcie mnie do Doliny.
– Właśnie jedziemy do domu, Willu – odrzekł Tay Tay. – Siedź spokojnie i ostygnij sobie na nocnym powietrzu.
– Kłamstwo! Jedziemy w stronę Marion. A ja dziś wieczorem muszę być w Dolinie. Muszę dopilnować, żeby włączyli prąd w przędzalni.
– Coś mu się we łbie pokręciło – rzekł Tay Tay. – Za dużo wypił gorzałki.
– On i na trzeźwo mówi o włączeniu prądu – powiedziała Rozamunda. – Teraz już nawet gada o tym przez sen.
– No, ja tam nie wiem, o co mu idzie. Nic z tego nie mogę wymiarkować. Jaki prąd? Po co on ma go włączać?
– Will mówi, że odbiorą kompanii przędzalnię, włączą prąd i sami ją będą prowadzili.
– Znów jakiś zwariowany pomysł tych robotników bawełnianych – powiedział Tay Tay. – Farmerzy nigdy tak nie gadają. Farmerzy to na ogół spokojny naród. Tak wygląda, jakby te wariaty z Doliny nie miały krzty rozumu w głowie. Ani Will, ani cała reszta. Powinien posiedzieć u nas, pogospodarować trochę i pokopać doły. Ja jestem za tym, żeby go zatrzymać na wsi i nie puszczać do Doliny Horse Creek, bo mu tam jeszcze w łeb strzelą.
– To nie dla niego – powiedziała Rozamunda. – Znam Willa. On jest tkacz z krwi i kości. Chyba jeszcze nie było drugiego, który by tak kochał przędzalnię, jak on. Czasem Will mówi o krośnie zupełnie jak o własnym dziecku. Nie czułby się dobrze na farmie.
Will wyciągnął się na siedzeniu, stopy złożył na podpórce, głowę odrzucił w tył, na oparcie. Nie zamknął jednak oczu i wydawało się, że wszystko, co mówią, dociera do jego świadomości.
Miasto pozostało daleko w tyle. Ilekroć wjeżdżali na szczyt jakiejś piaszczystej wydmy, mogli za sobą dostrzec w dole, na równinie, żółtawą łunę płonącego światłami miasta. Wysoko nad nim oświetlone ulice Wzgórza, jakby wprawione w niebo, przypominały jakiś zamek pośród obłoków.
Wielki, siedmioosobowy wóz mknął poprzez mrok; dwa długie promienie reflektorów wyglądały jak czułki szybko lecącego owada, kiedy tak przebijał się przez stojącą przed nim ścianę ciemności. Jill jeździła tą szosą ze sto razy i znała tu każdy zakręt. Rozgrzane opony syczały po gładkim asfalcie.
Piętnaście mil do Marion przejechali w dwadzieścia minut. Przed miastem wóz zwolnił i z asfaltowej szosy skręcili w piaszczysto-gliniastą drogę wiodącą do domu. Została już tylko mila, toteż w kilka minut później byli na miejscu. Tay Tay wstał niechętnie. Zawsze ogromnie lubił jeździć autem po nocy.
– Miałem szczęśliwy dzień, moi kochani – powiedział, wysiadając i przeciągając się. – Rany boskie! Czuję się, jakby mnie kto na sto koni wsadził!
Przeszedł przez podwórko, wyczuwając pod stopami swojski, ubity, biały piasek. Cudownie było znaleźć się znowu w domu i chodzić tak po podwórzu. Lubił wyjeżdżać do Marion i Augusty choćby tylko po to, żeby móc wrócić, stąpać po ubitym, białym piasku i patrzeć na wielkie kopce ziemi, rozrzucone po całej farmie niczym olbrzymie mrowiska.
Will podniósł się i spojrzał na ciemne zarysy domu i stajni. Przetarł oczy i popatrzał raz jeszcze, pochylając się, aby lepiej widzieć.
– Kto mnie tu przywiózł? – zapytał. – Miałem dziś wrócić do domu.
– Dobrze już, dobrze, Willu – odpowiedziała uspokajająco Rozamunda. – Zrobiło się późno i ojciec chciał wracać i położyć się do łóżka. Jakoś się jutro dostaniemy z powrotem. Jeżeli Miła Jill nie będzie mogła nas zabrać, to pojedziemy autobusem.
Objęła go wpół i poprowadziła ku domowi. Szedł obok niej z rezygnacją.
– A ja ten prąd włączę – powiedział.
– Włączysz, włączysz, Willu.
– Choćby to miała być ostatnia rzecz, jaką w życiu zrobię, to go włączę.
– Oczywiście, Willu.
– Nie zatrzymają mnie. Wejdę tam i włączę prąd, jak Boga jedynego kocham.
– A teraz chodźmy do łóżka – mówiła czule Rozamunda. -Jak się położymy, pomasuję ci głowę i pośpiewam do snu.
Potykając się w ciemnościach, weszli po schodkach do domu. Za nimi nadeszły Jill i Gryzelda i pozapalały lampy.
– Tak się zastanawiałem, co słychać z tym Dave'em – powiedział Tay Tay. – Chodźcie, chłopcy, do stajni, to zobaczymy.
– Zmęczony jestem – rzekł Shaw. – Chcę się położyć.
– To potrwa minutę, synu. Tylko minutkę.
W milczeniu poszli do stajni. Księżyc nie świecił, ale niebo było czyste i gwiazdy błyszczały jasno. Groźne chmury zniknęły; było mało prawdopodobne, żeby deszcz padał przed ranem. Weszli do stajni i zbliżyli się bo boksów.
Panowała zupełna cisza; rozlegało się tylko czyjeś chrapanie. Nawet muły stały spokojnie.
Tay Tay potarł zapałkę i zaświecił latarnię, która zawsze wisiała przy drzwiach. Poniósł ją do boksu, gdzie sypiał Dave.
– Niech mnie nagła krew zaleje! – wykrzyknął chrapliwie stłumionym głosem.
– Co się stało, ojciec? – spytał Buck, podchodząc i zaglądając przez drabinkę.
– No, czy to nie dobry kawał, synu?
Shaw i Buck spojrzeli na Dave'a i Wuja Feliksa. Obaj spali twardo. Strzelba Wuja Feliksa stała w kącie boksu, a on sam, z głową przechyloną na ramię, siedział niewygodnie oparty o przegrodę i chrapał, aż się rozlegało po całej stajni. Dave spał wyciągnięty na wznak, złożywszy głowę na wiązce siana. Leżał spokojnie jak nowo narodzone dziecko; Tay Tay odwrócił się, żeby go nie zbudzić.
– Nie ruszajcie ich, chłopcy – powiedział, cofając się. – Wuj Feliks widać nie wytrzymał i zasnął. Musi być zmordowany jak pies, jeżeli tak tu siedzi i chrapie niczym orkiestra. A wcale nie przypuszczam, żeby ten Dave chciał stąd pryskać. Bo gdyby chciał, już by go dawno nie było. Coś mi się widzi, że mu u nas dobrze. Zostawcie ich. I tak nie ucieknie przed ranem.
Kiedy wracali do domu, Buck szedł obok ojca.
– Ten Dave leci na Miłą Jill. Niech ojciec nie pozwala mu zbliżać się do niej. Zwieją razem, ani się ojciec obejrzy.
Tay Tay zastanawiał się, idąc.
– Już ją raz miał – rzekł. – Wtedy, w nocy, poleźli pod ten dąb i tam ich nakryliśmy z Willem. Właśnie tak sobie myślę, że chyba nie ma co się bać, żeby uciekli. Chłop i dziewczyna uciekają tylko wtedy, jak nie mogą w domu robić tego, o co im chodzi. Więc zdaje mi się, że nie mają po co wiać. A poza tym miarkuję, że Jill chyba z nim skończyła. Bo już dostała, co chciała.