Buck poszedł nieco naprzód. Powiedział przez ramię:
– Ojciec, powinieneś na nią uważać. Bo się wykończy, jak tak dalej pójdzie.
– Wcale nie, jeżeli tylko będzie się pilnowała księżyca – odparł Tay Tay. – A mnie się widzi, że Miła Jill potrafi dać sobie radę. Na ogół wie, co robi. Czasem coś jej tam strzeli do głowy bez żadnego powodu. Ale dobrze wie, co jej może zaszkodzić, a co nie.
Buck wszedł do domu bez dalszych komentarzy. Shaw zaszedł na tylne podwórko, aby przed snem napić się wody. Tay Tay został sam w sieni.
Drzwi izb sypialnych były otwarte; wszyscy gotowali się do snu. Rozamunda rozbierała Willa; ściągała mu spodnie, trzymając je za mankiety, a on drzemał znowu, siedząc na krześle. Tay Tay przypatrywał im się dłuższą chwilę.
– Spróbuj namówić Willa, żeby tu został i popracował na farmie, Rozamundo – odezwał się, podchodząc do drzwi. – Potrzebny mi jest ktoś do doglądania bawełny. Ja i chłopaki nie mamy na to czasu, bo w kółko musimy kopać, a tych dwóch czarnuchów i tak trzeba pilnować. Wolą kopać we własnych dołach niż orać pod uprawę.
– Nie uda mi się go namówić, tato – odparła, potrząsając głową i patrząc na Willa. – Zagnębiłby się, gdyby miał wyjechać z Doliny i zamieszkać tutaj. Nie jest stworzony do gospodarowania i takich rzeczy. Wychował się i dorósł w mieście fabrycznym. Nawet bym nie próbowała zmusić go teraz do wyjazdu.
Tay Tay odszedł zawiedziony. Widział, że na razie nie byłoby celu jej przekonywać.
Przed drzwiami izby Bucka i Gryzeldy przystanął i zajrzał do środka. Oni także gotowali się do snu. Buck siedział na krzesełku i zdejmował buty, a Gryzelda na dywanie ściągała pończochy.
Podnieśli głowy, kiedy Tay Tay przystanął na progu.
– Czego ojciec chce? – zapytał Buck z rozdrażnieniem.
– Synu – odparł – po prostu muszę napatrzeć się Gryzeldzie. Bo powiedz, czy to nie najładniejsza dziewczyna, jaką widziałeś?
Buck wepchnął buty i skarpetki pod łóżko i położył się. Obrócił się plecami do ojca i naciągnął koc na twarz.
Gryzelda pokiwała karcąco głową.
– Oj, tato – powiedziała, podnosząc na niego oczy. – Proszę cię, nie zaczynaj znowu. Przecież mi obiecałeś, że nie będziesz mówił takich rzeczy.
Tay Tay wsunął jedną nogę do izby i oparł się o framugę drzwi. Patrzył, jak Gryzelda zwija i rozwija pończochy, i zawiesza je na oparciu krzesła. Podniosła się szybko i przystanęła obok łóżka.
– Chyba mi nie poskąpisz takiego drobiażdżku, prawda, Gryzeldo?
– Ach, dajże spokój.
Czekała, aż wyjdzie, żeby się rozebrać i włożyć nocną koszulę. Tay Tay stał na progu, jedną nogą w pokoju, i przypatrywał się Gryzeldzie z zachwytem. W końcu zaczęła rozpinać sukienkę, zerkając na niego co chwila. Następnie, przytrzymując ją, wysunęła kolejno ramiona z rękawów. Jedną ręką narzuciła sobie na głowę koszulę nocną. Zręcznie opuściła sukienkę na podłogę, jednocześnie osuwając koszulę na ramiona i biodra, ale Tay Tay wytrzeszczył oczy, bo kiedy jedna i druga opadała, na ułamek sekundy dostrzegł co najmniej parocalową lukę między górą sukni, a spodem koszuli. Przetarł oczy, by lepiej widzieć.
– Niech mnie szlag trafi – powiedział, odchodząc do ciemnej sieni. – Niech mnie szlag trafi!
Gryzelda zdmuchnęła lampę i wskoczyła do łóżka.
Rozdział 14
Tay Tay czuł, że jeszcze przed wieczorem wybuchnie awantura. Od samego rana, kiedy zaczęli kopać w wielkim dole przy domu, Buck odgrażał się Willowi, a ten siedział samotny i ponury na ganku, klnąc Bucka pod nosem. Kopali wszyscy, włącznie z Czarnym Samem i Wujem Feliksem; każdy pracował, z wyjątkiem Willa, który nadal nie chciał zejść do dołu i wygarniać piachu i gliny w gorącym słońcu.
Buck był wściekły, a pod wpływem wzrastającej południowej duchoty w wykopie, gdzie nie było ani odrobiny świeżego powietrza, jego złość stawała się coraz groźniejsza. Przez całe rano Tay Tay robił, co mógł, żeby go nie wypuścić z dołu.
– Zabiję tego sukinsyna – powtórzył Buck po raz czwarty z rzędu.
– Will nie będzie zaczepiał Gryzeldy – odparł Tay Tay. – Bierzże się do kopania i wybij to sobie z głowy.
Zapewnienia ojca nie wywarły na Bucku wrażenia, chociaż uspokoił się na chwilę. Tay Tay wylazł z dołu, aby nieco ochłonąć. Wydostawszy się na wierzch, poszukał wzrokiem Willa, ażeby się upewnić, czy nie zaczepia Gryzeldy. Ale Will siedział spokojnie na frontowym ganku i wciąż przeklinał Bucka pod nosem.
Dave pracował w wykopie razem z innymi. Tay Tay doszedł do wniosku, że albinos na razie przyda się bardziej przy kopaniu. Już przecie odgadł, gdzie jest żyła, więc stary uważał, że dobrze będzie, jeśli pomoże im ją odkopać. Strzelba wróciła na wieszak w jadalni i Dave już nie był pod strażą. Tego rana Wuj Feliks zaczął śpiewać, po raz pierwszy odkąd przywieziono Dave'a z moczarów. Murzyn był rad, że zdjęto mu z głowy odpowiedzialność i że może już kopać razem z innymi.
Kiedy Tay Tay oznajmił Dave'owi, że już nie będzie pilnowany, chłopak jakby się zląkł, iż stary go wypędzi. Był zachwycony, gdy mu kazano zejść do dołu razem z Buckiem i Shawem. Miał nadzieję, że Miła Jill zjawi się i zagada do niego, ale nie przyszła. Dave zaczynał się bać, że nie będzie już chciała mieć z nim nic wspólnego. Uważał, że gdyby ją jeszcze obchodził, podeszłaby do wykopu i chociaż się uśmiechnęła.
– Willu – powiedział Tay Tay, siadając i wachlując się słomianym kapeluszem. – O co, u diabła starego, wy chcecie się ciągle tarmosić? Tak nie może być w naszej rodzinie. Wstyd mi za ciebie i za Bucka.
– Niech ojciec słucha – odparł szybko Will. – Jak ojciec mu powie, żeby trzymał gębę na kłódkę, to nikt nie usłyszy ode mnie złego słowa. Tylko dlatego mu nagadałem, że wciąż przezywa mnie od bawełnianych łbów i mówi, że mnie ukatrupi. Niech mu ojciec powie, żeby zamknął gębę, to nie pisnę ani słówka.
Tay Tay siedział i medytował. Tajemnica ludzkiego życia bynajmniej nie była dla niego tak nieprzenikniona jak dla większości innych, i dziwił się, dlaczego wszyscy nie myślą podobnie. Najpewniej Will Thompson był równie jak on bliski rozumienia sekretów duszy i ciała, ale nie należał do ludzi, którzy zwierzają się z tego, co wiedzą. Szedł przez życie, zachowując swe myśli dla siebie, a w odpowiedniej chwili działał, ujawniając tajemnice owej mądrości jedynie własnymi czynami. Tay Tay zdawał sobie sprawę, że przyczyną wszystkich nieporozumień między Willem a Buckiem jest Gryzelda. Buck bez wątpienia był usprawiedliwiony, podejrzewając intencje Willa, natomiast Gryzeldzie z pewnością nie można by nic zarzucić, gdyż przez cały czas pobytu w domu niczym nie zachęcała Willa. Zawsze usilnie starała się trzymać go z daleka od siebie i przekonać Bucka, że on jeden jest dla niej ważny. Tay Tay wiedział, iż miała aż za wiele okazji oszukać Bucka, gdyby tylko jej przyszła ochota, ale prawda wyglądała tak, że Gryzelda właśnie wcale nie chciała go oszukiwać. Nie mogła natomiast zapobiec temu, by mężczyźni ją podziwiali, garnęli się do niej i próbowali odebrać ją mężowi. Tay Tay zastanawiał się, co można na to poradzić.
– O jedną jedyną rzecz starałem się przez całe życie – powiedział Willowi. – O utrzymanie spokoju w rodzinie. Chyba bym się skręcił i trupem padł, gdybym zobaczył krew rozlaną na mojej ziemi. Nie przeżyłbym takiego widoku. Prędzej bym skonał, niżbym do tego dopuścił. Nie mógłbym znieść krwi na mojej ziemi.
– Nie będzie żadnej krwi, jeżeli Buck stuli pysk i przestanie mieszać się w nie swoje sprawy. Nigdy nie próbowałem go zaczepiać. Zawsze on sam zaczyna, jak dziś rano. Nawet się do niego na tyle nie zbliżam, żeby mu coś nagadać. To on podszedł, spojrzał paskudnie i zaczął mnie wyzywać od sukinsynów, bawełnianych łbów i tak dalej. Mnie to nie szkodzi. Wcale bym nie bił chłopaków za takie głupstwo. Ale on ciągle tak mi dogryza i od tego właśnie zacznie się w końcu granda. Gdyby raz powiedział, co ma do powiedzenia, i dał spokój, wszystko byłoby w porządku. Ale nie, przez cały dzień łazi koło mnie i wciąż powtarza to samo. Jeżeli ojciec nie chce widzieć krwi na swojej ziemi, to niech mu ojciec powie, żeby się zamknął.