Tay Tay nadstawił ucha. Jakieś auto zwalniało, skręcając w podwórko. Pluto Swint zajechał i stanął w cieniu jednego z dębów. Wygramolił się z trudem, przyduszając oburącz wielki okrągły brzuch, ażeby się przecisnąć między drzwiczkami a kierownicą.
– Cieszę się, że cię widzę, Pluto – powiedział Tay Tay. Siedział nadal na schodkach obok Willa, czekając, by Pluto podszedł i usiadł także. – Naprawdę cieszę się, że cię widzę. Przyjechałeś właśnie w chwili, kiedy najbardziej chciałem się z tobą zobaczyć. Bo jak przyjedziesz, to działasz na wszystkich jakoś tak uspokajająco. Teraz mogę sobie tu siedzieć i mieć spokojną głowę, że nic złego nie stanie się ani mnie, ani moim.
Pluto, sadowiąc się na schodkach, sapał, dyszał i ocierał twarz z potu. Spojrzał na Willa i kiwnął głową. Will coś powiedział do niego.
– Dużo głosów dziś naliczyłeś? – zapytał Tay Tay.
– Jeszcze nie – odparł Pluto, wciąż dmuchając i sapiąc. – Dzisiaj nie mogłem zacząć wcześnie i przejechałem tylko ten kawałek drogi.
– Ale żar, co?
– Aż piecze – odrzekł Pluto. – To fakt.
Will wyjął scyzoryk, odłupał drzazgę ze schodka i zaczął ją strugać. Słyszał, że Buck coś wygaduje na niego w dole za domem, ale było mu to obojętne.
– Musimy z Rozamundą wracać dzisiaj do domu.
Tay Tay szybko spojrzał na Willa. Już miał zaprotestować, ale po chwili namysłu ugryzł się w jeżyk. Chciał mieć Willa do pomocy przy kopaniu, ale Will nie miał ochoty kopać i nie było z niego żadnego pożytku. Wobec tego Tay Tay doszedł do wniosku, że już lepiej, by wrócił z Rozamundą do Scottsville. Póki tu siedzi, Buck wciąż się odgraża, a następnego dnia Will może już nie być taki rozsądny. Tay Tay uznał w duchu, że najmądrzej i najbezpieczniej będzie puścić Willa i Rozamundę do domu.
– Mogliśmy was odwieźć wczoraj wieczorem, jakeśmy byli w Auguście – powiedział – ale po pierwsze zrobiło się bardzo późno, a poza tym wszyscy już chcieli wracać i iść spać.
– Poproszę Miłą Jill, żeby nas podwiozła do Marion, a tam już złapiemy autobus. Muszę wrócić przed nocą.
Tay Tay z ulgą pomyślał, że może jednak uniknie się awantury między Buckiem i Willem. Jeżeli niedługo odjadą, Buck nie zdąży go sprowokować.
– Powiedz Miłej Jill, żeby się przygotowała, to was odwiezie do miasta – rzekł, wstając.
– Niech ojciec siada – odparł Will. – Mamy czas. Nie pali się. Dopiero dochodzi jedenasta. Zaczekamy do południa.
Tay Tay usiadł, trochę nieswój. Została mu już tylko nadzieja, że Will i Buck nie napatoczą się przedtem na siebie.
– Co tam w polityce, Pluto? – zapytał, usiłując odwrócić myśl od tak nieprzyjemnego tematu.
– Gorąco się robi – odpowiedział Pluto. – Kandydaci już nie poprzestają na jednym przeliczeniu głosów; teraz jeżdżą i rachują na nowo, żeby się upewnić, że nie stracili żadnego głosu na korzyść kogo innego. To latanie po całej okolicy już mnie całkiem wypompowało. Nie wiem, jak wytrzymam taką gonitwę przez następne sześć tygodni.
– Słuchaj, Pluto – rzekł z przekonaniem Tay Tay. – Przecież wiesz, że wygrasz lekko. Wszyscy, z którymi gadałem od Nowego Roku, mówili, że będą głosowali na ciebie.
– Między tym, co się mówi, a tym, co się robi, kiedy przyjdzie pora, jest taka różnica, jak między niebem a ziemią. Nie mam żadnego zaufania do polityki. Siedzę w niej od dwudziestego drugiego roku życia i wiem swoje.
Tay Tay przypatrywał się gładkiemu, białemu piaskowi podwórka, wodząc oczami po paśmie drobnych, krągłych kamyczków pod okapem dachu ganku, gdzie woda wypłukała piasek do gruntu.
– Takem sobie myślał, Pluto, że może miałbyś ochotę trochę się dzisiaj przejechać.
– Dokąd?
– A zabrać swoim wozem Willa i Rozamundę do Doliny Horse Creek. Dziewczyny na pewno cieszyłyby się jak wszyscy diabli, gdyby mogły machnąć się z tobą tam i z powrotem.
– Kiedy ja muszę już wyjeżdżać, żeby liczyć głosy – bronił się Pluto. – To fakt.
– No, no, przecież sam wiesz, że byłoby ci miło zabrać swoim wozem takie ładne dziewuchy tam i z powrotem. I tak nie będziesz liczył głosów, siedząc tu na podwórku.
– Muszę już jechać i liczyć przez cały dzień.
Tay Tay wstał i wszedł do domu, zostawiwszy Pluta i Willa na schodkach. Will skręcił papierosa i poprosił Pluta o ogień. Odgłos kilofa, uderzającego o twardą glinę na dnie wykopu po drugiej stronie domu, wznosił się i opadał w takt pieśni Wuja Feliksa. Pluto chętnie by podszedł do dołu i zajrzał, aby zobaczyć, jak głęboko go wykopano, ale powstanie z miejsca było dla niego zbyt wielkim wysiłkiem. Siedział, wsłuchując się w stuk kilofów, i usiłował z niego wymiarkować, jak głęboki jest wykop. Zastanowiwszy się chwilę, rad był, że nie poszedł zajrzeć za dom. Właściwie mało go obchodziło, czy dokopali się głęboko, a poza tym zrobiłoby mu się pewnie znacznie goręcej na sam widok Bucka i Shawa, obu Murzynów i Dave'a, pocących się w tej dusznej dziurze.
Obejrzał się i zobaczył, że za nim stoi Jill. Przebrała się w świeżą sukienkę, w rękach trzymała kapelusz z szerokim rondem. Miała taką minę, jakby chciała jechać, nie oglądając się na niego. Will posunął się trochę, a Jill usiadła między nimi, ujęła Pluta pod rękę i oparła policzek na jego ramieniu.
– Tata mówił, że zabierasz mnie i Gryzeldę do Scottsville – uśmiechnęła się. – Nic o tym nie wiedziałam.
Will ze śmiechem pochylił się i zajrzał w twarz Plutowi.
– Nie mogę tego zrobić – zaprotestował Pluto.
– Widzisz, Pluto, gdybyś mnie kochał troszeczkę, tobyś pojechał.
– Kochać, to ja ciebie kocham.
– W takim razie zabierzesz nas, kiedy będziesz odwoził Willa i Rozamundę.
– Muszę jechać obliczać głosy.
Pochyliła się i pocałowała go w policzek. Pluto rozpromienił się. Nadstawił twarz, chcąc, aby to zrobiła raz jeszcze.
– Nie trać dzisiaj czasu na zbieranie głosów, Pluto.
– Kiedy ja chyba nie dam rady – powiedział. – A nie mogłabyś mnie jeszcze raz pocałować?
– Raz przed odjazdem i raz przed powrotem – odrzekła.
– W ten sposób ani rusz mnie nie wybiorą – powiedział Pluto. – To fakt.
– Jeszcze masz czas, Pluto.
Pozwoliła mu położyć rękę na jej kolanach i obserwowała go bacznie, kiedy unosił sukienkę i wsuwał palce pod podwiązkę.
– Ty jesteś wielki, dorosły dzieciak, Pluto. Zawsze chcesz coś, czego nie możesz dostać.
– A co byś powiedziała, gdybyśmy się pobrali? – spytał zaczerwieniony.
– Jeszcze nie pora.
– Dlaczego nie pora?
– Bo żeby to zrobić, musiałabym już być w którymś miesiącu.
– W takim razie to długo nie potrwa – wtrącił Will, mrugając do Pluta.
Pluto nie od razu zrozumiał, co Jill ma na myśli. Już chciał zapytać, ale zamilkł, słysząc wybuch śmiechu jej i Willa.