Gryzelda zapatrzyła się w niego, jak gdyby był jakimś bożyszczem, w które wstąpiło życie. Chętnie uklękłaby przed nim na podłodze, objęła go za kolana i błagała, by położył jej dłoń na głowie.
Kiedy zdobyła się na odwagę, by podnieść wzrok, Will patrzał na nią. Patrzał tak, jakby jej nigdy dotąd nie widział.
– Wstań, Gryzeldo – powiedział spokojnie. Wstała natychmiast, skwapliwie wykonując jego rozkaz. Czekała, co z kolei poleci jej zrobić. – Czekałem na ciebie od dawna, Gryzeldo, i teraz przyszedł czas.
Rozamunda nie próbowała odezwać się ani podnieść z krzesła. Siedziała spokojnie, z rękami złożonymi na kolanach, i czekała, co Will dalej powie.
– Tay Tay miał rację – rzekł Will.
Wszyscy zastanowili się, o co mu idzie. Tay Tay mówił tyle rzeczy, że niepodobieństwem było odgadnąć, co Will ma na myśli.
Ale Gryzelda wiedziała. Wiedziała najdokładniej, o jakie słowa Tay Taya chodzi Willowi w tej chwili.
– Zanim coś teraz zrobisz, Willu – odezwała się Jill – pomyśl lepiej o Bucku. Wiesz, co powiedział.
– Że mnie zabije, tak? No, to czemu nie przyjdzie i nie spróbuje? Miał okazję dziś rano. Byłem tam między ich cholernymi dołkami. Dlaczego wtedy tego nie zrobił?
– Jeszcze może zrobić. Czasu starczy.
– Nie boję się go. Jeżeli kiedyś choćby palec na mnie zakrzywi, ukręcę mu łeb i cisnę w jeden cholerny dół, a jego samego w drugi.
– Willu – powiedziała Rozamunda. – Proszę cię, uważaj. Bucka nic nie powstrzyma, jak sobie raz coś ubrda. Jeżeli dotkniesz Gryzeldy, a Buck się o tym dowie, to cię zabije z całą pewnością.
Ale jego przestały już ciekawić ich obawy przed tym, co może zrobić Buck.
Gryzelda stała przed nim. Oczy miała przymknięte, wargi lekko rozchylone, oddychała szybko. Gdyby jej kazał siąść, usiadłaby natychmiast. W przeciwnym razie mogła tak stać do końca życia.
– Tay Tay miał rację – powtórzył Will, wpatrując się w nią. – Wiedział, co mówi. Opowiadał mi o tobie masę razy, a ja wtedy nie miałem tyle rozumu, żeby cię wziąć. Ale teraz to zrobię. Nie powstrzyma mnie nic na całym bożym świecie. Będę to miał, Gryzeldo. Jestem teraz silny jak sam Wszechmocny Bóg i zrobię to.
Miła Jill i Pluto poruszyli się nerwowo na krzesłach, natomiast Rozamunda siedziała spokojnie, z rękami złożonymi na kolanach.
– Obejrzę cię taką, jaką Bóg chciał cię pokazać. Za chwilę zedrę do ostatka wszystko, co masz na sobie. Zedrę i poszarpię na takie małe strzępki, że nigdy nie będziesz mogła złożyć ich do kupy. Porozrywam do ostatniej niteczki. Jestem tkaczem. Przez całe życie robiłem tkaniny wszelkiego możliwego rodzaju. A teraz porwę wszystko na takie drobne kawałki, że nikt nawet nie pozna, co to było. Będzie wyglądało jak szarpie, kiedy skończę. Tam, w fabryce, tkałem materiały bawełniane i koszulowe płótna lniane, drelichy i co tylko chcesz. A tu, w tym żółtym domu fabrycznym, podrę na tobie wszystko. Jutro znowu zaczniemy prząść i tkać, ale dziś potargam ten materiał tak, że będzie wyglądał jak szarpie z odziarniarki.
Podszedł do niej. Żyły na jego dłoniach i przedramionach nabrzmiały i pulsowały, jakby za chwilę miały pęknąć. Zbliżył się jeszcze bardziej, przystanął na odległość wyciągniętego ramienia i utkwił w niej wzrok.
Gryzelda cofnęła się nieco. Nie lękała się Willa, bo wiedziała, że nie zrobi jej nic złego. Ale odstąpiła o krok, gdyż przestraszyła się jego spojrzenia. Oczy Willa nie były okrutne ani mordercze – nie uczyniłby jej krzywdy za nic w świecie, gdyż patrzał na nią zbyt czule – ale te oczy zbliżały się coraz bardziej i bardziej.
Oburącz pochwycił wycięcie jej sukni i gwałtownie szarpnął w obie strony, szeroko rozwierając ramiona. Cienki, drukowany woal rozstąpił się w jego rękach jak bibułka. Zdarł z niej suknię, targając ją obłędnie na kawałki, rwąc wszystko, zaciekle, gruntownie. Patrzała na niego, cała pulsująca podnieceniem, śledziła rozlatane, zakrzywione palce i ruchy rąk. Pochylony nad trzymaną w rękach tkaniną, rozdzierał ją sztuka po sztuce jak wariat i ciskał strzępki na wszystkie strony. Gryzelda biernie patrzała, jak odrzucił precz resztkę sukni i rozerwał białą koszulkę niby papierowy worek. Pracował coraz szybciej, drąc, targając, rwąc, ciskając wokoło strzępy materiału, zdmuchując z twarzy ulatujące drobiny. Teraz miała na sobie już tylko jedwab. Szarpnął go szaleńczo, jeszcze bardziej dziki niż na początku. Kiedy to uczynił, stanęła przed nim drżąca, pełna wyczekiwania, taka właśnie, jak zapowiedział. Pot wystąpił mu na twarz i piersi. Oddychał z trudnością. Spracował się, jak jeszcze nigdy dotąd; strzępki materiału leżały na podłodze, pokrywając mu stopy.
– Teraz! – krzyknął do niej. – Teraz, psiakrew, teraz! Powiedziałem ci, że będziesz tu stała tak, jak Bóg chciał cię pokazać! Tay Tay miał rację! Przecież mówił, że jesteś najpiękniejszą kobietą, jaką Bóg stworzył, nie? Mówił, że jesteś taka ładna, taka piekielnie ładna, że kiedy człowiek ciebie zobaczy, tak jak ja w tej chwili, to ma chęć rzucić się na czworaki i coś polizać. Nie mówił tak? Bóg świadkiem, że mówił! No i nareszcie, po całym tym czekaniu dostałem cię. I zrobię to, co zawsze chciałem zrobić, odkąd cię pierwszy raz zobaczyłem. Ty wiesz, co to jest, prawda, Gryzeldo? Wiesz, czego chcę. I dasz mi to. Ale ja nie jestem podobny do wszystkich innych, co noszą spodnie. Teraz jestem silny jak sam Wszechmocny Bóg. I zrobię to, Gryzeldo. Tay Tay wiedział, co gada. Mówił, że mężczyzna musi chcieć ci to zrobić. Ma on więcej rozumu w głowie niż my wszyscy razem wzięci, chociaż ryje się w ziemi jak głupi.
Umilkł i zaczerpnął tchu, podchodząc do niej. Gryzelda cofnęła się ku drzwiom. Już teraz nie próbowała mu się wymknąć, ale musiała odstępować coraz dalej i dalej, póki jej nie chwycił i nie pociągnął w inną część domu. Rzucił się na Gryzeldę i porwał ją w ramiona.
Rozdział 16
Przez długi czas po ich zniknięciu Miła Jill siedziała, wyłamując sobie palce w szalonym podnieceniu. Bała się spojrzeć na siostrę. Przerażało ją bicie własnego serca, zdenerwowanie nieledwie zapierało jej dech w piersiach. Jeszcze nigdy nie była tak niesłychanie wzburzona.
Jednakże gdy nie patrzała na siostrę, ogarniał ją strach przed uczuciem samotności. Obróciła się więc śmiało, spojrzała na Rozamundę i zdumiała się na widok jej opanowania. Rozamunda kołysała się lekko w krześle, powoli zwierając i rozwierając dłonie. Na twarzy miała dziwnie piękny wyraz pogodnego spokoju.
Obok niej siedział osłupiały Pluto. Nie czuł tego, co ona. Wiedziała, że nie mógł tego czuć żaden mężczyzna. Pluto zaniemówił ze zdumienia na widok tego, co działo się między Willem a Gryzeldą, ale nie przeniknęło to do jego serca. Miła Jill i Rozamunda czuły, jak fala ich życia przewala się przez pokój, kiedy Will stał przed nimi i darł na strzępy suknię Gryzeldy. Ale Pluto był mężczyzną i nie potrafiłby nigdy ich zrozumieć. Nawet Will, który to wszystko sprawił, działał tylko pod wpływem własnego pożądania.
Poprzez otwarte drzwi widzieli niespokojne migotanie światła ulicznej latarni, które przenikając pomiędzy liśćmi, padało na łóżko i podłogę w drugim pokoju. Tam, w tym pokoju, byli Will i Gryzelda. Nie kryli się, gdyż drzwi zostawili otwarte; nie starali się zachować tajemnicy, bo głosy ich były donośne i wyraźne.
– Pozbieram teraz te kawałki – powiedziała spokojnie Rozamunda. Uklękła i poczęła zgarniać z podłogi drobiny włókien bawełnianych, składając je starannie na stosik. – Nie potrzeba mi pomocy.