Jill patrzała, jak Rozamunda z wolna, starannie zbiera nitki i kawałeczki podartego materiału. Klęczała pochylona, twarz jej znajdowała się w cieniu; strzępek po strzępku uprzątała to, co Will zdarł z Gryzeldy. Skończywszy, poszła do kuchni i przyniosła sporą torbę papierową. Wrzuciła do niej szczątki woalu i bielizny.
Miłej Jill wydawało się, że Will i Gryzelda przebywają w pokoju za sienią od wielu godzin. Przestali do siebie mówić i zastanawiała się, czy nie usnęli. A potem przypomniała sobie, iż Will mówił, że tej nocy nie zaśnie, wiedziała więc już, że będzie czuwał, choćby nawet Gryzelda usnęła. Czekała, by Rozamunda wróciła z kuchni.
Rozamunda weszła i usiadła po drugiej stronie pokoju.
– Buck zabije Willa, jak się o tym dowie – powiedziała Jill.
– Tak – odparła Rozamunda. – Wiem.
– Ja mu z pewnością nie powiem, ale jakoś to do niego dotrze. Może nawet sam wyczuje albo co. Na pewno będzie wiedział, co się stało.
– Tak – powiedziała Rozamunda.
– Może już tutaj jedzie. Spodziewał się, że Gryzelda zaraz wróci.
– Nie przypuszczam, żeby się dzisiaj zjawił. Ale może przyjechać jutro.
– Will powinien gdzieś się wynieść, żeby go Buck nie znalazł.
– Nie. Will nigdzie się nie wyniesie. Zostanie tutaj. Nie da się go namówić.
– Przecież Buck go zabije, Rozamundo. Jeżeli będzie tu siedział, a Buck się dowie, to Will zginie, nie ma dwóch zdań. Jestem tego pewna.
– Tak – odpowiedziała Rozamunda. – Ja wiem.
Poszła do kuchni, aby zobaczyć, która godzina. Było około czwartej nad ranem. Wróciła i usiadła, z wolna zwierając i rozwierając dłonie.
– Czy my już nigdy nie wrócimy do domu? – zapytał Pluto.
– Nie – odparła Jill. – Siedź cicho.
– Ale ja muszę…
– Nic nie musisz. Zamknij się.
W progu stanął Will. Nie słyszeli, jak wszedł; był boso. Miał na sobie tylko krótkie spodenki koloru khaki; obnażony do pasa, wyglądał jak odświeżony snem, gotowy iść do pracy robotnik tkacki.
Usiadł razem z nimi, trzymając dłonie przy skroniach. Robił wrażenie człowieka, który usiłuje osłonić głowę od pięści przeciwnika.
Jill uczuła, że unosi ją powrotna fala dzikiego podniecenia. Teraz nie mogła już patrzeć na Willa bez tego uczucia. Obraz Willa stojącego przed Gryzeldą, rwącego jak szaleniec jej suknie, przemawiającego jak Tay Tay, chwytającego Gryzeldę rękami, na których nabrzmiały muskuły – trwał w Jill, jak gdyby go wypalono na jej ciele żelazem rozgrzanym do białości. Hamowała się, póki mogła, ale po chwili rzuciła mu się do stóp, objęła za kolana i zaczęła okrywać je pocałunkami. Will położył dłoń na jej głowie i pogładził po włosach.
Poderwała się raptownie na klęczki, wcisnęła się między jego kolana i mocno objęła go wpół. Przywarła do Willa twarzą, ocierała się o niego ramionami i dopiero gdy odnalazła jego ręce, znieruchomiała przytulona do niego. Całowała kolejno jego palce, wpychając je sobie między wargi, do ust. Ale i to jej nie wystarczało.
On nadał gładził powoli, ciężko jej włosy. Głowę odrzucił w tył, drugą ręką zasłonił sobie twarz i czoło.
– Która to godzina? – zapytał po chwili.
Rozamunda wstała i poszła do kuchni spojrzeć na zegar.
– Dwadzieścia po czwartej – powiedziała.
Znowu zakrył twarz, usiłując osłonić oczy od światła. Umysł miał tak jasny, że mógł podążać za każdą myślą poprzez nie kończące się zwoje mózgu. Każda sięgała nie zgruntowanych głębin, lecz zaraz powracała po tym zawrotnym obiegu. Krążyła i krążyła po głowie, spływała gładko z komórki do komórki, ale przymknąwszy oczy, wiedział dokładnie, do którego miejsca czaszki mógłby każdej chwili przyłożyć palec, ażeby ją tam odnaleźć.
Myśli jego mknęły po całej Dolinie, zaciekle uderzały w drzwi żółtych domków fabrycznych, w okna obrośniętych bluszczem przędzalń. Zatrzymywał się chwilę w Langley, w Clearwater, w Warrenville, Bath i Graniteville, aby popatrzeć na ludzi podążających do przędzalni, bielarni czy tkalni.
Powrócił wreszcie do pokoju w żółtym domku w Scottsville i słuchał wczesnoporannego dudnienia ciężarówek i przyczep, warkotu osobowych wozów i autobusów pędzących w Dolinie po szerokim asfalcie szosy Augusta-Aiken. Kiedy słońce wzejdzie, będzie mógł znowu ujrzeć nieprzeliczone zastępy dziewcząt o błyszczących oczach i prężnych piersiach, jędrnych dziewczyn, które za oknami obrośniętych bluszczem fabryk przypominały kwiaty powoju. Ale na ulicach, w porannym cieniu, zobaczy też nieskończone szeregi mężczyzn o zakrwawionych ustach, jego przyjaciół i braci, którzy stać będą z oczami utkwionymi w fabryki, wypluwając płuca w żółty pył Karoliny.
O wschodzie słońca, w chłodnym, szarobiałym świetle poranka, podeszła do drzwi Gryzelda. Nie spała wcale. Leżała na łóżku w drugim pokoju, usiłując z zapartym tchem przedłużyć tę noc, która nieuchronnie roztapiała się w dzień. Teraz było już widno i czerwone światło słońca wznoszącego się nad dachy domów okryło ją ciepłym blaskiem, który zarumienił jej twarz, kiedy stanęła u progu.
Rozamunda podniosła się z krzesła.
– Ugotuję teraz śniadanie, Willu – powiedziała.
Wyszły wszystkie trzy, najpierw do drugiego pokoju, aby w coś ubrać Gryzeldę.
Po chwili Will usłyszał, jak krzątają się w kuchni koło pieca i stołu. Najpierw rozszedł się zapach mielonego ziarna, potem gotującej się owsianki i przysmażonego mięsa; zbudziło się uczucie głodu i wreszcie doleciała woń kawy – początek nowego dnia.
Przez okno widział, jak ktoś w sąsiednim żółtym domku rozpala ogień pod kuchnią. Wkrótce z komina dobył się kłąb błękitnego, drzewnego dymu. Ludzie wstawali dziś wcześnie; po raz pierwszy od osiemnastu miesięcy miały ruszyć maszyny. Tam, w fabryce, nad chłodnym, szerokim, poprzecinanym tamami potokiem Horse Creek, miano włączyć prąd. Maszyny zaczną się obracać, a półnadzy mężczyźni znów staną do pracy na swoich miejscach.
Pełen niecierpliwości poszedł do kuchni. Chciał napełnić sobie żołądek ciepłą strawą, wybiec na dwór i zwoływać kolegów z żółtych domków stojących po obu stronach ulicy. Podejdą do drzwi i odkrzykną mu. Po drodze do przędzalni masa ludzka będzie rosła, wyleje się na trawniki przed fabryką i przepędzi owce, które się utuczyły przez te osiemnaście miesięcy, podczas gdy mężczyznom, kobietom i dzieciom pozapadały się oczy od owsianki i kawy. Wyrwie się ogrodzenie z drutu kolczastego, wyrzuci precz żelazne słupy i betonowe pustaki, podniesie się pierwszą sztabę.
– Siadaj, Will – powiedziała Rozamunda.
Usiadł przy stole i patrzał, jak mu szykowały nakrycia pośpiesznie, skwapliwie, z miłością. Jill przyniosła talerz, filiżankę i spodek. Gryzelda podała mu nóż, łyżkę i widelec. Rozamunda nalała wody do szklanki. Biegały do kuchni, uskakiwały sobie z drogi, wpadały i wypadały z małego pokoju pośpiesznie, skwapliwie, z miłością.
– Już szósta – rzekła Rozamunda.
Obrócił się i spojrzał na zegar stojący na półce nad stołem. Dziś mają włączyć prąd. Pójdą tam, włączą, a gdyby kompania próbowała go zamknąć, to wtedy… psiakrew, Harry, prąd pozostanie włączony.
– Weź cukru – powiedziała Gryzelda.
Wsypała mu do kawy dwie łyżki. Wiedziała, ile trzeba. Nie każda kobieta wiedziałaby, ile mu wsypać cukru do filiżanki. Ma dwa najśliczniejsze sterczące cudeńka, jakie ktokolwiek widział, a kiedy człowiek raz je zobaczy, chciałby rzucić się na czworaki i coś polizać. Tay Tay ma więcej rozumu od nas wszystkich razem wziętych, chociaż tkwi w tych cholernych dołkach i chce wykopać coś, czego nigdy nie znajdzie.