– Przyniosę talerz do szynki – powiedziała Jill.
Rozamunda stała za krzesłem Willa i przypatrywała mu się, gdy krajał mięso i chciwie podnosił kąski do ust. Była to trzydziestofuntowa szynka, podarowana im przez Tay Taya.
– O której przyjdziesz? – spytała Rozamunda.
– O wpół do pierwszej.
Ludzie już szli ulicą w stronę okrytej bluszczem przędzalni, stojącej nad szerokim potokiem Horse Creek. Ci, którzy całą noc przesiedzieli przy oknach, spoglądając na gwiazdy, wyszli, zaledwie przełknąwszy śniadanie, i w krótkich spodenkach koloru khaki kroczyli teraz ulicą w stronę przędzalni. Nikt z nich nie patrzał na ziemię, po której stąpał. W oknach obrosłej bluszczem fabryki odbijał się blask porannego słońca, padał na żółte domki i raził w oczy ludzi nadciągających ulicami. Idziemy tam i włączymy prąd, a gdyby kompania chciała go zamknąć, to wtedy… psiakrew, Harry, prąd pozostanie włączony.
– Mógłbyś nam znaleźć jakąś pracę w fabryce, Willu? – spytała Jill. – Dla Bucka, Shawa i dla mnie?
Potrząsnął głową.
– Nie – odpowiedział.
– Tak bym chciała, Willu, żebyśmy mogli się tu przenieść…
– To nie jest miejsce dla ciebie ani dla tamtych.
– Przecież wy tu mieszkacie z Rozamundą.
– To co innego. Ty siedź w Georgii.
Znowu potrząsnął głową.
– Chciałabym tu przyjechać – rzekła Gryzelda.
– Nie – odparł.
Rozamunda przyniosła mu trzewiki i skarpetki. Uklękła i wsunęła mu je na nogi. Wcisnął trzewiki, a ona je zasznurowała. Potem wyprostowała się i stanęła za jego krzesłem.
– Już prawie siódma – powiedziała.
Podniósł wzrok na zegar. Wskazówka minutowa znajdowała się między dziesiątą a jedenastą.
Ludzie coraz szybciej mijali żółty fabryczny dom; wszyscy spieszyli w jednym kierunku. Były wśród nich kobiety i dzieci. Ci z organizacji miejscowej biorą forsę za to, że siedzą na tyłku i potrząsają głową, jak tylko ktoś bąknie o włączeniu prądu. Łobuzy! Związek przysyła pieniądze na opłacenie tych drani z kierownictwa organizacji, a nam oczy się zapadają od owsianki i kawy. Ludzie szybciej szli ulicą, z wzrokiem utkwionym w poczerwieniałe od słońca okna fabryki. Nikt nie patrzał na ziemię, po której stąpał. Nie odrywał oczu od gorejących słońcem okien w obrosłym bluszczem murze. Przodem biegły dzieci i spoglądały w te okna.
Jakiś mężczyzna wszedł do domu i stanął na progu kuchni. Podsunął sobie wolne krzesło. Siadł obok Willa, przekrzywił głowę, rękę położył na oparciu jego krzesła. Patrzał, jak Will Thompson je owsiankę z szynką. Skądeś ty dostał szynkę, Will? Rany boskie, ale smakowicie wygląda!
– Sprowadzili z Piedmontu cywilną straż fabryczną, Willu.
– Skąd wiesz, Mac?
Will przełknął nie pogryzioną szynkę.
– Widziałem, jak przyjechali. Właśnie wstałem z łóżka, wyjrzałem przez okno i zobaczyłem trzy pełne wozy, jak zajeżdżały na tyły fabryki. Tych drani z Piedmontu można poznać na milę.
Will wstał i przeszedł na front domu. Mac ruszył za nim, obrzucając spojrzeniem kobiety. Usłyszały, że obaj coś do siebie mówią we frontowym pokoju, gdzie Pluto spał na krześle.
Gryzelda zaczęła zmywać naczynia. Żadna z nich nic jeszcze nie jadła, ale zmywając statki, napiły się trochę kawy. Śpieszyły się; nie było czasu do stracenia. Musiały się śpieszyć.
– Powinniśmy już wracać do domu, ale ja bym wolała zostać – rzekła Gryzelda.
– Zostaniemy – odparła Jill.
– Buck może tu przyjechać.
– Przyjedzie – powiedziała Rozamunda. – Nie możemy mu przeszkodzić.
– Tak mi przykro… – zaczęła Gryzelda. Wiedziały bez pytania, co ma na myśli.
– Wolałabym, żeby ci nie było przykro. Nie trzeba tego mówić. Lepiej, żebyś niczego nie żałowała.
– Już dobrze, Gryzeldo – powiedziała Jill. – Znam Rozamundę lepiej od ciebie. Już dobrze.
– Jeżeli Buck się dowie, zabije Willa – rzekła Rozamunda. – Mnie tylko dlatego jest przykro. Nie wiem, co bym zrobiła bez Willa. Ale wiem, że Buck go zabije. Tego jestem pewna. Nic go nie powstrzyma, jak się dowie.
– Ale przecież coś można zrobić, prawda? – spytała Gryzelda. – Nie mogę do tego dopuścić. To byłoby straszne.
– Ja nie wiem, co można by zrobić. A boję się też, że Pluto wszystko wygada po powrocie.
– Będę go pilnowała – przyrzekła Jill.
– Nie można przewidzieć, co się stanie. Jeżeli Buck go zapyta, wyczyta wszystko z jego twarzy. Pluto nie potrafi nic ukryć.
– Porozmawiam z nim przed odjazdem, to będzie się pilnował.
Przeszły do frontowego pokoju. Pluto wciąż spał, a Willa i Maca już nie było. Pośpiesznie zaczęły się szykować do wyjścia.
– Ach, dajcie mu spać – powiedziała Jill.
Gryzelda włożyła sukienkę Rozamundy. Na nogach miała własne pantofle. Było jej do twarzy w tej sukni. Przyjrzały jej się z uznaniem.
– Dokąd Will poszedł? – spytała Jill.
– Do przędzalni.
– To trzeba się śpieszyć. Zaraz włączą prąd.
– Już prawie ósma. Pewnie nie będą dłużej czekali. Nie możemy już dłużej czekać.
Jedna za drugą wypadły z domu. Pobiegły ulicą ku obrośniętemu bluszczem budynkowi, usiłując trzymać się razem w tłumie. Oczy wszystkich utkwione były w okna, na których czerwono błyszczało słońce.
– Buck go zabije – powiedziała bez tchu Gryzelda.
– Wiem – odparła Rozamunda. – Nie da się go powstrzymać.
– W takim razie będzie musiał i mnie zastrzelić! – krzyknęła Jill. – Jak wymierzy strzelbę w Willa, ja pierwsza wejdę pod lufę. Wolę zginąć razem z Willem, niż żyć po tym, jak Buck go zabije. Będzie musiał strzelić i do mnie.
– Patrzcie! – krzyknęła Rozamunda, wskazując palcem.
Przystanęły, wyciągając szyje nad tłum. Wokoło ogrodzenia fabryki gromadzili się mężczyźni. Przepędzono precz trzy tłuste owce, które od osiemnastu miesięcy tuczyły się na trawnikach. Parkan wydźwignięto w górę razem z żelaznymi słupami, betonowymi pustakami, drutem kolczastym i stalowym zbrojeniem.
– Gdzie Will? – zawołała Gryzelda. – Pokażcie mi, gdzie Will!
Rozdział 17
– O, idą tam! – rzuciła Rozamunda, chwytając za ręce siostrę i Gryzeldę. – Will jest teraz przy drzwiach!
Wokoło nich płakały histerycznie kobiety. Wszystko wskazywało na to, że po osiemnastu miesiącach czekania znów będzie praca w fabryce. Kobiety i dzieci parły naprzód, silniejsze od płynących w dole, spiętrzonych wód potoku, cisnęły się za mężczyznami do drzwi przędzalni. Starsze dzieci powdrapywały się na drzewa i uczepiwszy się gałęzi, zawisły nad tłumem, krzycząc do ojców i braci.
– Nie wierzę własnym oczom – powiedziała stojąca obok kobieta. Przestała płakać i mogła już mówić.
Wszędzie dokoła krzyczały z radości kobiety i dziewczęta. Strach je zdjął, gdy mężczyźni po raz pierwszy oświadczyli, że opanują przędzalnię i włączą prąd, ale teraz, kiedy cisnęły się do fabryki, uwierzyły, że stanie się to naprawdę. Tu, na podwórzu przędzalni, zebrały się dziewczęta o szalonych oczach i prężnych piersiach; za oknami fabryki będą wyglądały jak kwiaty powoju.
– Otworzyli! – ktoś krzyknął.
Fala stłoczonych ciał runęła nagle przed siebie; Rozamundę, Jill i Gryzeldę popchnęła naprzód ludzka masa.