Выбрать главу

– Teraz będziemy mieli coś lepszego niż świńską karkowinę i mąkę z Czerwonego Krzyża – powiedziała stłumionym głosem jakaś kobiecina, zaciskając pięści. – Głodowaliśmy, ale to już się skończyło. Chłopcy znowu będą pracować.

Tłum mężczyzn wlewał się przez otwarte wejście. Torowali sobie drogę w milczeniu, łomotali pięściami w wąskie drzwi, rozpierali je ramionami, źli, że nie są na tyle szerokie, by mogli szybciej dostać się do wnętrza. Okna parteru rozwarto na oścież. Ciżba kobiet i dzieci mogła śledzić drogę przebywaną przez mężczyzn, obserwując otwierające się kolejno okna przędzalni. Zanim poodmykano wszystkie na parterze, rozchyliło się nagle kilka okien na pierwszym piętrze.

– Już tam są – powiedziała Rozamunda. – Ciekawe, gdzie teraz jest Will.

Ktoś mówił, że kompania wynajęła dodatkowo piętnastu strażników i osadziła ich w fabryce. Nowi przyjechali dziś rano z Piedmontu.

Cała przędzalnia była już opanowana. Rozwierały się okna drugiego i trzeciego piętra. Na wszystkich piętrach podbiegali do nich mężczyźni, ściągali koszule i ciskali je na dół. Kiedy ludzie w Dolinie wracali do pracy po dłuższej przerwie, ściągali koszule i wyrzucali je przez okna. Trawnik, na którym od osiemnastu miesięcy pasły się trzy tłuste owce należące do kompanii, zasłany był koszulami. Ludzie z dwóch wyższych pięter zrzucali je także; stos koszul na ziemi piętrzył się do kolan.

– Cicho! – poleciało szeptem po tłumie kobiet, dziewczyn i wrzeszczących dzieciaków na drzewach. Nadeszła chwila włączenia prądu. Każdy chciał usłyszeć, jak odezwą się jednostajnym szumem maszyny w pokrytym bluszczem budynku.

– Ciekawa jestem, gdzie Will – powiedziała Rozamunda.

– Jeszcze go nie widziałam w oknie – odparła Gryzelda. – Wypatruję go wszędzie.

Miła Jill wspięła się na palce, usiłując coś dojrzeć ponad głowami. Pochwyciła kurczowo Rozamundę, wskazując okno w górze.

– Patrz! Jest Will! Widzisz go tam, w oknie?

– Co robi?

– Drze na strzępy koszulę! – krzyknęła Rozamunda.

Wspięły się na palce, chcąc dojrzeć Willa, zanim odejdzie od okna.

– To Will! – zawołała Gryzelda.

– Will! – krzyknęła Jill, usiłując tchnąć wszystkie swe siły w płuca, ażeby mógł ją dosłyszeć wskroś wrzawy. – Will! Will!

Przez chwilę wydawało się, że ją usłyszał. Przystanął i wychylił się daleko przez okno, próbując coś dojrzeć w zwartej masie na dole. Szarpnął koszulę po raz ostatni, zwinął ją i cisnął w tłum. Stojące najbliżej kobiety rzuciły się naprzód, wyrywając sobie szczątki materiału. Te, które zdołały coś pochwycić, chowały szybko kawałki, aby ich nie zabrały inne, pragnące też zdobyć jakiś strzępek.

Rozamunda, Miła Jill i Gryzelda nie mogły przedostać się bliżej, ażeby walczyć o resztki koszuli Willa. Musiały stać na miejscu i patrzeć, jak inne kobiety i dziewczyny wyrywały je sobie, póki nie zostało już nic.

– Chcemy usłyszeć maszyny, Willu Thompsonie! – krzyknęła jakaś podniecona kobieta.

– Włącz prąd, Will! – wołała inna.

Obrócił się i zniknął im z oczu. Na dole masa ludzka zamarła w bezruchu jak pusta przędzalnia przed ich przybyciem. Czekali na pierwszy odgłos warkotu maszyn.

Rozamundzie łomotało szaleńczo serce. To Willa prosił tłum o włączenie prądu. To jego uznał przez aklamację za swego przywódcę. Chętnie by wspięła się gdzieś wysoko nad ciżbę wrzeszczących kobiet i krzyczała, że Will Thompson jest jej mężem. Zapragnęła, by wszyscy dowiedzieli się, że Will Thompson to jest jej Will.

Przez rozchylone okna widzieli mężczyzn stojących przy maszynach, czekających, by koła zaczęły się obracać. Ich głosy wzbijały się okrzykami, które przenikały przez okna, a obnażone barki lśniły w promieniach wschodzącego słońca niby szeregi fabrycznych domków o wczesnym poranku.

– Włączyli! – krzyknął ktoś. – Włączyli prąd!

– Will włączył prąd! – wołała Gryzelda, tańcząc z radości. Była znów bliska płaczu. – To Will zrobił! Will! Will włączył prąd!

Wszystkie trzy były zbyt podniecone, aby móc mówić przytomnie. Podskakiwały na palcach, każda usiłowała dojrzeć coś ponad głową drugiej.

Do okien podbiegli mężczyźni, potrząsając pięściami w powietrzu. Niektórzy śmieli się, inni klęli, jeszcze inni stali jak otumanieni. Kiedy tryby maszyn poczęły się obracać, zawrócili i stanęli w zwykłych pozycjach przy krosnach.

Nagle we wschodnim krańcu fabryki rozległo się kilka cichych detonacji. Przypominało to pękające petardy. Nieomal gubiło się w stukocie maszyn, ale przecie było dość głośne, by dać się słyszeć wyraźnie.

Wszyscy obrócili głowy ku wschodniemu krańcowi przędzalni. Tam mieścił się punkt rozdzielczy.

– Co to? – spytała Gryzelda, chwytając Rozamundę za ramię.

Rozamunda pobladła jak upiór. Twarz jej ściągnęła się i zbielała, a białe wargi były suche jak bawełna.

Inne kobiety zaczęły w podnieceniu mówić coś między sobą. Szeptały spiesznie, bezdźwięcznie, stłumionymi głosami.

– Rozamundo, co to było? – krzyknęła Gryzelda nieprzytomnie. – Odpowiadaj!

– Nie wiem – szepnęła tamta.

Jill, stojąc obok siostry, drżała na całym ciele. W sercu i skroniach czuła spazmatyczną pulsację tętna. Oparła się ciężko na ramieniu Gryzeldy.

Któryś z mężczyzn na środkowym piętrze podbiegł do okna i potrząsnął w powietrzu zaciśniętą pięścią. Widać było świeżą krew ściekającą mu z kącików ust na nagie piersi. Podniósł wysoko obie pięści, a jego krzyk wzbił się pod niebo.

Wkrótce inni rzucili się we wzburzeniu do okien i patrząc w tłum żon i sióstr, klęli i ryczeli, wygrażając pięściami.

– Co się stało? – krzyknęła w ścisku jakaś kobieta. – Co się stało, Boże kochany?

Okna zapełniły się klnącymi, obnażonymi do pasa mężczyznami, którzy patrzyli w dół, w twarze kobiet i dziewczyn.

Nagle zamilkł huk maszyn w przędzalni. Obróciły się po raz ostatni i stanęły, a łoskot ich zamarł. Znikąd nie dochodził żaden odgłos – nawet z tłumu zebranego na dole. Kobiety spojrzały bezradnie po sobie.

W podwójnych drzwiach wejściowych ukazał się najpierw jeden mężczyzna, a jego naga pierś zalśniła w słońcu. Wyszedł powoli; ręce zwisały mu, zbyt słabe, ażeby nadal zaciskać się w pięści. Za nim wyszedł następny, potem jeszcze dwóch, potem dalsi. Drzwi wypełniły się stąpającymi powoli ludźmi; skręcali ze schodów, a promienie słońca oblewały jakby rozcieńczoną krwią ich blade barki.

– Co się stało? – krzyknęła jakaś kobieta. – Mówcie, co się stało! Co to znaczy?

Rozamunda, Jill i Gryzelda były za daleko, aby usłyszeć, co słabym głosem odpowiadali mężczyźni. Stały wspięte na palce, trzymając się nawzajem kurczowo, czekając na Willa, aby opowiedział im, co zaszło.

Stojąca obok kobieta krzyknęła przeraźliwie, aż dreszcz przeszedł Gryzeldę. Krzyk ten był tak bolesny, że Gryzelda jęknęła.

Zaczęły przeciskać się ku mężczyznom wychodzącym z budynku. Gryzelda uczepiła się Rozamundy, a Jill Gryzeldy. Rozpychając szaleńczo tłum, posuwały się krok za krokiem naprzód, ku mężczyznom, którzy powoli wychodzili z budynku.

– Gdzie Will? – krzyknęła Gryzelda.

Któryś z mężczyzn obrócił się i spojrzał na nie. Przybliżył się, chcąc coś powiedzieć.

– Pani jest żoną Willa Thompsona, prawda?

– Gdzie Will? – krzyknęła Rozamunda, przyskakując do półnagiego mężczyzny.

– Strzelili do niego.

– Kto?