Выбрать главу

Tay Tay pogładził ją po ręce. Nie wiedział, co powiedzieć, bo oto siedziała przy nim kobieta, która podobnie jak on poznała sekret życia. Po chwili odetchnął głęboko i uniósł jej głowę ze swego ramienia.

– Jakoś postaraj się dojść do ładu z Buckiem, Gryzeldo. Może i on zrobi się taki, jak będzie starszy. Bo przecie jest młodszy od Willa i nie miał czasu nauczyć się tego, co powinien. Pomóż mu, jak potrafisz. To jest mój chłopak i chcę, żeby cię zatrzymał przy sobie. Na dziesięć tysięcy dziewczyn nie ma drugiej takiej jak ty. Gdybyś go rzuciła, nie znalazłby już takiej pięknej żony.

– On się niczego nie nauczy, tato. Buck nie jest podobny do ciebie i Willa. Takim się trzeba urodzić.

Tay Tay wstał.

– Szkoda, że ludzie nie mają tego rozumu, z którym rodzą się psy.

Gryzelda położyła mu rękę na ramieniu i wstała. Przez chwilę trzymała go się, aby zachować równowagę.

– Z ludźmi jest ta bieda, iż próbują sobie wmówić, że są inni, niż ich Bóg stworzył. Idziesz do kościoła i pastor powiada ci różne rzeczy, a ty w głębi serca wiesz, że tak nie jest. Ale większość ludzi jest w środku taka martwa, że w to wierzy i chce, żeby wszyscy inni żyli w ten sposób. I ludzie powinni żyć tak, jak chciał Bóg. Kiedy człowiek siądzie na osobności i poczuje, co ma w sobie, to wtedy wie, jak naprawdę powinien żyć. Tu idzie o uczucie. Niektórzy powiadają, że trzeba kierować się głową, ale to nieprawda. Głowa daje człowiekowi rozum, żeby wiedział, jak postępować, kiedy przyjdzie dobić targu albo robić takie tam rzeczy, ale czuć za niego nie może. Ludzie muszą czuć nawzajem do siebie to, co Bóg chciał, żeby czuli. Właśnie ci, co pozwalają, żeby nimi kierowała głowa, robią z życia taki galimatias. Głowa nie może kazać nam kochać kogoś, jeżeli nie mamy ochoty. Na to trzeba mieć w sobie takie uczucie, jakieście oboje mieli z Willem.

Zbliżył się do krawędzi ganku i popatrzał w gwiazdy. Gryzelda, stojąc przy nim, czekała, aż pójdzie dalej.

– No, chodźmy zobaczyć, co tam słychać z kolacją – powiedział.

Przeszli przez ciemną sień, wdychając woń świeżo zmielonej kawy. Bliżej kuchni poczuli zapach szynki smażącej się na blasze.

Gdy weszli do jasno oświetlonej kuchni, gdzie zgromadziła się reszta rodziny, Buck spojrzał na Gryzeldę zza uchylonych drzwi, przy których siedział na krześle. Na to, by go zobaczyć, musiała się obrócić. Patrzył na nią spode łba.

– Pewnie byś tam siedziała do tej pory, gdyby go nie zastrzelili, co?

Już miała na czubku języka słowa, które chciała wykrzyknąć do niego, że tak, że by została, ale przygryzła wargi i zmusiła się do milczenia.

– Porządnieście się nagzili, co?

– Proszę cię, Buck – szepnęła.

– O co prosisz? Wolisz, żebym o tym nie gadał, prawda?

– Nie mamy o czym rozmawiać. A zresztą powinieneś mieć jakiś wzgląd na Rozamundę.

Buck spojrzał na Rozamundę. Stała tyłem do niego i obracała szynkę na ruszcie.

– A mnie co brakuje? Dlaczegoś musiała latać za tamtym? Nie wystarczam ci, tak?

– Proszę cię, Buck, nie teraz.

– A jakeś już chciała ganiać z rozstawionymi nogami, to dlaczego, psiakrew, nie znalazłaś sobie kogoś lepszego? Ten sukinsyn to był bawełniany łeb. Bawełniany łeb z Doliny!

– Nie ma na świecie takiego miejsca, gdzie by byli sami prawdziwi mężczyźni – odezwała się Jill. – Można ich znaleźć tak samo w Dolinie, jak na Wzgórzu w Auguście, czy na farmach dokoła Marion.

Buck obejrzał się i zmierzył ją wzrokiem od stóp do głów.

– Gadasz tak, jakby i ciebie dziabnął. Co tam się, do cholery, wyrabiało?

Tay Tay uznał, że czas interweniować, nim sprawy posuną się za daleko. Położył dłoń na ramieniu Bucka, chcąc go uspokoić. Buck odtrącił rękę ojca i przeniósł się z krzesłem na drugi koniec kuchni.

– Słuchaj no, synu – rzekł Tay Tay. – Tylko się nie gorączkuj o byle co.

– Cholera z takim gadaniem! – wrzasnął Buck. – Nie wtrącaj się, ojciec, i przestań jej tu bronić.

Dziewczęta zaczęły wnosić do sąsiedniej izby nakrycia do kolacji i rozstawiać je na szerokim stole. Przeszli tam wszyscy i zasiedli do jedzenia. Buck bynajmniej nie powiedział jeszcze ostatniego słowa. Po prostu przeniósł rozgrywkę z jednego pokoju do drugiego.

– Idź po Pluta, Jill – rzekł Tay Tay. – Będzie tak siedział na podwórku przez całą noc i nic do ust nie weźmie, jeżeli ktoś się nim nie zajmie.

Gryzelda siedziała ze spuszczoną głową, unikając ich wzroku. Miała nadzieję, że Buck nic więcej nie powie, dopóki Rozamunda jest w izbie. Bolesna była dla niej myśl, że mógłby mówić o Willu w obecności Rozamundy, i to w taki krótki czas po pogrzebie.

Wszedł Pluto z Jill i zajął swoje zwykłe miejsce u stołu. Wyczuwał ogólne napięcie i starał się nie odzywać, póki do niego nie zagadają. Bał się, żeby go Buck nie spytał, co zaszło w Scottsville.

Przez kilka minut trwało milczenie, z czego skorzystał Tay Tay, żeby zmienić temat.

– Wczoraj był tutaj jeden gość i przyglądał się, jak kopiemy. Chciał mi wmówić, że żyła to niewłaściwa nazwa. Powiedział, że wydobywał złoto w północnej Georgii i że tam żyła nazywa się pasmem złota w skale. Mówił, że to, co robimy, jest szukaniem złoża. A ja mu powiedziałem, że jeśli tylko znajdziemy złoto, guzik mnie będzie obchodziło, jak to się nazwie.

– Miał rację – rzekł Shaw. – W szkole nauczyciele mówili, że szukanie złóż jest wtedy, jak się wydobywa złoto z ziemi albo ze żwiru. A wybieranie żyły jest wtedy, jak się skałę rozsadza, kruszy i wydobywa złoto na gorąco.

– No, może on sobie mieć rację i ty też, synu – odparł Tay Tay, potrząsając głową – ale mnie tam leży na sercu tylko to, żeby dostać złoto. Wtedy będę wiedział, że mój okręt dopłynął do przystani, a guzik mnie obchodzi, jak to nazwiesz. Możesz powiedzieć, że to jest wybieranie żyły czy złoża – jak chcesz – bylebym dostał złoto, bo wtedy będę już na mur wiedział, że mój okręt dopłynął.

– Tamten mówił, że bryłki złota mogły się tutaj dostać tylko w ten sposób, że bardzo dawno temu przyniosła je powódź, a potem pokrył muł.

– On tyle wie o kopaniu złota na mojej ziemi, co ten osioł. Robię to od blisko piętnastu lat i chyba kto jak kto, ale ja powinienem się na tym znać. Niech sobie gada swoje, ale ty nie zwracaj na niego uwagi, synu. Jak będziesz słuchał za wielu naraz, to ci się we łbie zrobi taki mętlik, że już nie poznasz, gdzie góra, a gdzie dół.

Buck pochylił się nad stołem i rzekł do Gryzeldy:

– Gdybym cię teraz chciał dotknąć, pewnie byś powiedziała: “Oj, nie rób tego, Buck. Jeszcze mnie tam wszystko boli." – Utkwił w niej wzrok. – No co? Nie umiesz gadać? Co ci się stało?

– Umiem mówić, Buck – odrzekła błagalnie. – Proszę cię, daj teraz spokój.

Pluto niespokojnie zerknął na Miłą Jill. Z lękiem myślał o chwili, kiedy Buck go zapyta, co stało się w Scottsville.

– No, już nie żyje – mówił Buck – i nic mu nie mogę zrobić. Ale gdyby żył, zrobiłbym coś takiego, żebyś popamiętała. Wziąłbym tę strzelbę, co tam wisi, i dopiero bym mu pokazał. Cholerna szkoda, że człowieka można zabić tylko raz. Ja bym go chętnie zabijał ciągle – póki bym mógł kupować naboje, żeby do niego strzelać.

Rozamunda krzyknęła. Odłożyła widelec i nóż i wybiegła z pokoju.

– No i patrz, coś narobił! – zawołała Jill. – Wstydziłbyś się.