Выбрать главу

O brzasku Bucka nadal nie było. Tay Tay leżał chwilę, obserwując pierwszy poblask na suficie, a potem obrócił głowę i patrzał, jak szarzejący świt przemienia się w dzień. Kiedy usłyszał na podwórku przyciszone głosy Czarnego Sama i Wuja Feliksa, wyskoczył z łóżka i ubrał się pośpiesznie. Wyjrzawszy przez okno, zobaczył obu czarnych siedzących na krawędzi dołu; nogi zwiesili do wykopu i czekali na rozpoczęcie pracy.

Wyszedł na podwórze.

– Widziałeś gdzie Bucka? – zapytał Wuja Feliksa.

Tamten potrząsnął głową.

– Chyba pan Buck jeszcze nie wstał tak wcześnie? – zapytał Czarny Sam.

– Gdzieś polazł na całą noc. Pewnie się niedługo zjawi.

– Jakieś kłopoty w rodzinie, proszę pana? – zapytał ostrożnie Wuj Feliks.

– Kłopoty? – powtórzył Tay Tay. – Kto mówił, że mam w rodzinie kłopoty?

– Jak biali ludzie nie zostają na noc w domu, to prawie zawsze znaczy, że są jakieś kłopoty.

Tay Tay przysiadł o kilka kroków dalej, spoglądając w wielki dół po prawej ręce. Czuł, że nie warto okłamywać Murzynów. Zawsze wiedzieli, co się święci.

– Może i były kłopoty – rzekł. – Ale teraz chyba jest po wszystkim. Jednego zabili i od dziś nie spodziewam się niczego wielkiego. Mam nadzieję, że już jest po wszystkim.

– A kogo zabili? – spytał Czarny Sam. – Nie słyszałem, żeby kogoś zabili, panie Tay Tay. To dla mnie nowina.

– A Willa Thompsona, w Dolinie Horse Creek. Przedwczoraj ktoś go zastrzelił. Dziewczyny bardzo są tym przejęte i mocno się nabiedziłem, żeby je uspokoić.

– Pewnie, że pan Tay Tay musiał się mocno nabiedzić. Bo to trudno jest uspokoić kobiety, jak taki męski chłop odejdzie.

Tay Tay obrócił się szybko i spojrzał na Czarnego Sama.

– O czym ty gadasz, u diabła starego?

– O niczym, proszę pana Tay Tay. O niczym a niczym.

– Idź do roboty – rzucił Tay Tay. – Słońce już wzeszło od pół godziny. Nic nie zrobimy, jeżeli będziemy czekali z kopaniem, aż słońce podejdzie wyżej. Tak sobie właśnie myślałem, że jedyny sposób, aby znaleźć tę żyłę, to kopać, kopać i kopać.

Obaj Murzyni zleźli do dołu. Czarny Sam podśpiewywał z cicha, a Wuj Feliks czekał, aż Tay Tay odejdzie, żeby pogadać z Samem o kłopotach w rodzinie. Po chwili wyjrzał przez krawędź wykopu, w miejscu, gdzie stał Tay Tay. Starego już nie było.

– Ten Buck i tak byłby go niedługo ukatrupił – powiedział Wuj Feliks. – Zabiłby go pierwszy, gdyby nie to, że tak się wolno kapuje. Już dawno, dawno temu widziałem w oczach jego żony to spojrzenie, jak tylko Will Thompson zaczął tu przyjeżdżać do Georgii. Już wtedy szykowała się dla niego. Pewnie sama o tym nie wiedziała, ale ja to czułem na milę. A ta druga też tylko czekała na to samo. Po prostu musiały dopuścić do siebie pana Willa. Nie było sposobu, żeby im przeszkodzić.

– O kim ty mówisz?

– Ano ta druga, ta Miła Jill.

– Oj, Murzynie, Murzynie, to dla niej nie nowość. Ta biała dziewczyna zawsze była taka. Ja już przestałem zwracać na nią uwagę. Ile widzi mi się, że ona była do tego gotowa grubo wcześniej niż zwykle, a to dlatego, że pan Will już z natury tak działał na nie wszystkie. Ale tej Gryzeldy, to trzeba się pilnować. Bo jak chłop na nią popatrzy, zaczyna go wszędzie świerzbić, że aż nie wie, gdzie się najpierw drapać.

– O, Boże mój, Boże!

– Nie miałem szczęścia od urodzenia. Chciałbym być białym człowiekiem. Bo ona ma to, o czym mówię.

– Boże, mój Boże!

– Któregoś dnia przechodziłem pod jej oknem i zajrzałem do środka.

– No i coś zobaczył, Murzynie? Księżyc wschodzący?

– To, com zobaczył, było takie, że zachciało mi się paść na czworaki i coś polizać.

– Boże, Boże!

– Nie mam szczęścia od urodzenia.

– Wielka prawda!

– Kłopoty w rodzinie.

– Boże, Boże!

– Jeden już zabity.

– A w rodzinie kłopoty.

– Już nie mają swojego chłopa.

– I już nie może ich dziabać.

– Boże, Boże!

– Kłopoty w rodzinie.

– Moja mama była czarna…

– I mój tata też…

– Biała dziewczyna jak rzepa…

– Boże, i rób co chcesz…

– Boże, Boże!

– Niedługo to trwało.

– Ktoś zabił ich samca.

– I już nie może ich dziabać.

– A w rodzinie kłopoty.

– Boże, Boże!

Tay Tay krzyknął na nich z góry. Poczęli wygarniać glinę, nie podnosząc oczu. Tay Tay opuścił się do wykopu, a z nim razem obsunęła się pecyna piachu i gliny.

– Buck wrócił i proszę, żebyście mu ani słówkiem nie pisnęli o tym, że go przez całą noc nie było. I tak już mam dosyć kłopotów na głowie, Wuju Feliksie, więcej mi nie potrzeba. Zostawcie go w spokoju i nie pytajcie, gdzie chodził. Tyle się na mnie zwaliło, że więcej już nie wytrzymam.

Kiwnęli głowami, czując jego wzrok na sobie.

– Ktoś zastrzelił tamtego ich chłopa – rzekł głośno Czarny Sam.

Tay Tay obrócił się szybko.

– Coś ty powiedział?

– Tak jest, proszę pana Tay Tay. Tak jest. Nic a nic mu nie powiemy.

Tay Tay zaczął gramolić się na górę.

– I już nie może ich dziabać.

Tay Tay zatrzymał się w miejscu. Nagle zeskoczył do wykopu, okręcając się w powietrzu.

– Co wy, smoluchy, gadacie, u diabła starego?

– Tak jest, proszę pana Tay Tay. Tak jest. My nic nie powiemy panu Buckowi. Nie powiemy nic a nic. Tay Tay znów zaczął wdrapywać się na górę.

– Kłopoty w rodzinie – powiedział głośno Czarny Sam.

Tay Tay przystanął po raz trzeci, ale już się nie obracał. Czekał w miejscu i nasłuchiwał.

– Tak jest, proszę pana, tak jest. My nic nie powiemy panu Buckowi. Nic a nic.

– Będzie tutaj za chwilę i chcę, żebyście go zostawili w spokoju. Jeżeli usłyszę, że pytacie, dlaczego go nie było przez całą noc, przyjdę z drągiem i łby wam z karków postrącam.

– Tak jest, panie – odpowiedział Czarny Sam. – Tak jest proszę pana Tay Tay. My nic nie powiemy panu Buckowi.

Tay Tay wylazł z dołu. Czarni milczeli. Pewien był, że posłuchają jego rozkazu. Sprytni z nich byli Murzyni.

Na górze Tay Tay spotkał Bucka idącego do roboty. Objął go za ramię. Nie powiedzieli do siebie ani słowa, a po chwili Buck odwrócił się i zsunął do wykopu, gdzie czekali obaj czarni. Tay Tay przez kilka minut stał nad krawędzią i patrzał, jak wyrzucają glinę łopatami. Potem poszedł na frontowe podwórko.

Drogą od szosy Marion-Augusta nadjeżdżało duże auto, wzbijając tumany kurzu. Zrazu Tay Tay myślał, że to Pluto, ale wóz jechał dwa raz szybciej, niżby się Pluto odważył, a oprócz tego był większy, lśniąco czarny z chromoniklowymi częściami, które błyszczały w słońcu niczym nowe półdolarówki.