– Krew na mojej ziemi – wyszeptał. – Krew na mojej ziemi…
Ocknął się na odgłos kroków Rozamundy, która wbiegła do domu, zostawiwszy Gryzeldę i Jill. Podniósł głowę i ujrzał Czarnego Sama i Wuja Feliksa, którzy gnali przez pole do lasu za farmą. Na widok uciekających Murzynów Tay Tay po raz pierwszy tego dnia zastanowił się, gdzie może być Dave. Przypomniał sobie, że nie widział go od wczesnego rana. Nie miał pojęcia, dokąd poszedł, i było mu to obojętne. Jakoś da sobie radę bez niego.
Na najniższym schodku ganku siedział Buck z głową zwieszoną na piersi. Strzelba leżała na ziemi, tam, gdzie wypadła mu z rąk. Tay Tay odwrócił się, aby na nią nie patrzeć.
– Krew na mojej ziemi – szeptał.
Farma, którą widział przed sobą, była obrazem spustoszenia. Kopce czerwonawej gliny i żółtego piasku, między nimi szerokie rdzawe wykopy, bura ziemia ogołocona z roślinności – wszystko tu było ruiną. Tay Taya stojącego w cieniu dębu ogarnęło ogromne znużenie. Nie czuł już siły w mięśniach, kiedy myślał o złocie ukrytym w ziemi na jego farmie. Nie wiedział, gdzie ono jest, nie wiedział, czy zdoła dalej kopać, nie mając siły. A przecież złoto tu było, bo na farmie znaleziono kilka bryłek; wiedział, że jest, ale nie miał pojęcia, czy będzie zdolny dalej go szukać. W tej chwili doznawał uczucia, że już nie warto nic robić. Przeżył swoje życie z mocnym postanowieniem utrzymania spokoju w rodzinie. Teraz to już nie było ważne. Nic nie miało znaczenia, bo oto na jego ziemi rozlana została krew – krew jego dziecka.
Wspomniał swoją rozmowę z Buckiem ubiegłego wieczora w jadalni.
“Cała bieda z wami, chłopcy, że jakoś tego nie chwytacie".
Blask słońca poraził go w oczy i przypomniał o czym innym.
– Krew na mojej ziemi – powtórzył. – Krew na mojej ziemi.
Poprzez otwarte okna i drzwi słychać było płacz dziewczyn w domu. Kiedy Tay Tay przechadzał się tam i z powrotem, wyszły znowu na ganek i przystanęły, patrząc na niego.
– Jedź po przedsiębiorcę pogrzebowego albo doktora, albo ja wiem po kogo, synu – powiedział do Shawa, kiwając ze znużeniem głową.
Shaw wsiadł do samochodu ojca i ruszył w kierunku Marion. Stali na ganku i patrzeli, jak chmura żółtego pyłu osiada za autem na drodze.
Tay Tay starał się nie odrywać wzroku od podłogi, aby nie spojrzeć na swoją spustoszoną ziemię. Wiedział, że jeśli znowu na nią popatrzy, dozna uczucia skurczu w piersiach. Coś w tym widoku działało na niego odstręczająco. Już nie był taki jak dawniej. Wielkie kopce piasku zawsze wprawiały Tay Taya w podniecenie; teraz miał chęć odwrócić głowę i nigdy więcej nie spojrzeć w ich stronę. Nawet usypiska przybrały inną barwę, a gleba nie przypominała żadnej ziemi, jaką dotychczas oglądał. Nigdy nie było tam roślinności, lecz do tej chwili nie uświadamiał sobie jej braku. Na drugim krańcu farmy, gdzie była nowizna, rosło coś niecoś, bo gleby nie zawalono tam kopcami piachu i gliny i nie pokryto wielkimi, ziejącymi dziurami. Zapragnął mieć tyle siły, aby wyciągnąć ramiona i wszędzie wygładzić ziemię, zrównać ją, zasypać doły wykopanym piaskiem. Własną bezsilność uprzytomniła mu myśl, że już nigdy nie zdoła tego dokonać. Uczuł ciężar w sercu.
– Synu – powiedział do Bucka, patrząc w dal. – Synu, szeryf…
Buck po raz pierwszy podniósł głowę i spojrzał przed siebie. Usłyszał te słowa i zrozumiał, co ojciec chce powiedzieć.
– Och, tato! – krzyknęła z progu Rozamunda.
Tay Tay czekał, czy jeszcze czego nie powie. Wiedział, że nie ma już nic do powiedzenia. Nie mógł usłyszeć nic więcej.
Wstał i zaczął znowu przechadzać się przed Buckiem od węgła do węgła; usta miał zaciśnięte posępnie, w oczach bezradność.
– Synu – powtórzył, przystając przed schodkami. – Szeryf dowie się o tym, jak Shaw przyjedzie do miasta.
Dziewczyny zbiegły ze schodków. Rozamunda zarzuciła Buckowi obie ręce na szyję i przycisnęła go do siebie z całej siły. Gryzelda stała obok zapłakana.
– Dobry Bóg obdarował mnie trzema najładniejszymi dziewczynami, jakie człowiek miał pod swoim dachem. Łaskaw był dla mnie pod tym względem, bo wiem, że wcale sobie na to nie zasłużyłem.
Jill rozpłakała się w głos. Wszystkie trzy stały teraz przy Tay Tayu, tuląc Bucka w ramionach.
– Dobry Pan Bóg uszczęśliwił mnie w ten sposób, ale też spuścił troskę na moje serce, ażebym za to zapłacił. Widać dobre i złe rzeczy zawsze muszą chodzić ręka w rękę. Nigdy nie można mieć jednych bez drugich.
Gryzelda przyciskała głowę Bucka do piersi, gładziła jego włosy i całowała po twarzy. Błagała, żeby się odezwał, ale on przymknął oczy i milczał.
– Gdzieś nam zrobiono paskudny kawał – mówił Tay Tay. – Pan Bóg powsadzał nas w ciała zwierząt, a kazał postępować jak ludziom. Tu był początek całej biedy. Gdyby nas stworzył takimi, jakimi jesteśmy, ale nie nazwał ludźmi, nawet ostatni z nas wiedziałby, jak żyć. Człowiek nie może żyć, czując się w środku sobą, i jednocześnie słuchać księży. Nie może robić obu rzeczy naraz, tylko jedno albo drugie. Może żyć albo tak, jak go stworzono, i czuć się sobą od środka, albo też tak, jak uczą księża, i wtedy musi być w środku martwy. Od początku ma w sobie Boga, ale jeżeli zacznie żyć, jak przykazują księża, musi z tego wyniknąć bieda. Nie byłoby tego całego nieszczęścia, gdyby chłopcy postępowali wedle moich wskazówek. Dziewczyny to rozumieją i chcą żyć, jak im Bóg przykazał, ale chłopaki idą gdzieś sobie, wysłuchują głupców i wróciwszy, próbują postępować wbrew Bogu. Bóg stworzył ładne dziewczyny, stworzył też mężczyzn, i już. Ale jeżeli ktoś próbuje wziąć kobietę albo mężczyznę i zatrzymać tylko dla siebie, to z tego musi wyniknąć bieda i zmartwienie do końca życia.
Buck wstał i rozprostował ramiona. Jedną ręką objął Gryzeldę, która przywarła doń i okrywała go pocałunkami.
– Tak się czuję, jakby dla mnie przyszedł koniec świata – rzekł Tay Tay. – jakby mi się ziemia spod stóp usunęła. Jakbym tonął i nie mógł się wyratować.
– Nie mów tak, tato – powiedziała Jill, tuląc się do ojca. – Nie mogę tego słuchać.
Buck uwolnił się z objęć Gryzeldy i oderwał od siebie jej ręce. Rzuciła się na niego jak szalona. Nie mógł się ruszyć w jej uścisku.
– Synu – powiedział Tay Tay, patrząc ku polu pokrytemu wysokimi kopcami ziemi. – Synu, szeryf…
Buck pochylił się i zaczął całować Gryzeldę w usta, tuląc ją mocno i długo do siebie. Potem odepchnął ją.
– Buck, gdzie idziesz? – wykrzyknęła.
– Na spacer – odparł.
Osunęła się na schodki i zakryła twarz dłońmi. Jill usiadła obok i położyła sobie jej głowę na kolanach.
Buck zniknął za węgłem domu, a w chwilę potem ruszył za nim z wolna Tay Tay. Buck przelazł przez płot za studnią i poszedł polem prosto jak strzelił ku nowiźnie na drugim krańcu farmy. Tay Tay przystanął u ogrodzenia. Nie szedł dalej; stał oparty o płot, a Buck z wolna kroczył przez pole ku nowiźnie.
Tay Tay przypomniał sobie, iż przeniósł poletko Pana Boga pod dom, i tym bardziej dojmująco uświadomił sobie, że na nim właśnie został zabity Jim Leslie. Ale w tej chwili Tay Tay myślał o Bucku i nagle postanowił, że poletko Pana Boga musi iść za Buckiem i zatrzymywać się tam, gdzie on przystanie, tak aby zawsze był na nim. Patrzał za synem odchodzącym ku nowiźnie i rad był, że w porę pomyślał, aby poletko Pana Boga szło za Buckiem wszędzie, zatrzymywało się tam, gdzie on, tak aby jego syn ciągle był na nim, dokądkolwiek się uda.
– Krew na mojej ziemi – powiedział głośno. – Krew na mojej ziemi.