Выбрать главу

Pietuszka śmieje się z listu. Od tak dawna nie spotyka się towarzysko z ludźmi, nie potrafi więc powiedzieć, czy propozycje zamężnej koleżanki są szwedzką normą. Przyniósł lojalnie list jak grzeczny uczeń uwagę w dzienniczku. Pochwałę?

Fantazja bywa okrutniejsza od rzeczywistości. Pierwsze miesiące po przyjeździe do Szwecji wyobrażałam sobie podwójne życie Pietuszki. Całuje mnie wieczorem, wychodzi niby na dyżur i… zaraz dzwoni, czyżby z pracy? Żaden problem wymyślić taki numer (telefonu)…

4 III

Inflacja siebie samej. Nie pisać. Nie rozmawiać.

5 III

Zosia – (babcia wnukom), pracująca dla instytutu ekologicznego, po bałtyckich wyprawach, gdzie zanurzała sondę w wymarłą kałużę, jedzie latem do pracy na biegun północny. Dostała strój roboczy: kufajkę z chińską czapką uszatką. Nie musi chodzić na kurs obrony przed białymi niedźwiedziami. Zostanie dwa tygodnie na statku. Zosia po rocznym kursie nie byłaby w stanie obronić się przed misiem. Jest za dobra i za ekologiczna.

Jej mąż zapisał się na listę artystów zabieranych razem z wyprawami naukowymi w egzotyczne miejsca. Malarze, poeci tanim kosztem mogą sobie nałapać tam natchnienia. Wybrał biegun południowy. Widać ludzie po czterdziestu latach małżeństwa pozostają biegunowo różni.

Dziesięcioletni syn Piotra opowiada o koledze, który co jakiś czas odwiedza rodziców. Raz mamę, raz tatę.

– A u kogo mieszka? – Pietuszka jest socjologicznie ciekawy rodzinnych układów.

– U drugiej żony taty. U swojej macochy.

– Tata z nią nie mieszka?

– Rozwiedli się. Tata ma inną, nową żonę.

– Dlaczego więc kolega nie wraca do mamy?

– Bo się wychował u taty i macochy. Mamę odwiedza, mieszka niedaleko – syn Piotra opowiada i nie przerywa gry komputerowej, zostawiając po celnych strzałach tłum sierotek na ekranie.

Od zajścia w ciążę mam puls 90 – 110. Wyczynowy. Zaledwie dziewięć miesięcy na stworzenie człowieka, maraton sprintem.

Zwyczajność cudu (poczęcia) jest cwaniactwem nadprzyrodzonego. Tak to urządzone, że wypchnięty do przodu spektakl brzucha nie jest żadną sensacją. Dziecko rosnące pod sercem, kopiące w wątrobę – cóż banalniejszego, codzienność ciąży. Ale nie do opisania. Niewidzialna prawie komórka, zamieniająca się w embrion, teraz w ośmiomiesięczną Polkę. Czasami łapię Ją za kosteczkę wypchniętej nogi. Relikwia. Co z tego, że da się dotknąć, skoro jest nie do pojęcia. Nie można tego zrozumieć. Noli me tangere po cudzie zmartwychwstania i noli me tangere chociażby myślą, cud powstania dziecka.