Выбрать главу

Plażę za miastem, z palmowymi barami, białym piaskiem, odwiedzają też zamożni Grecy, przyjeżdżający do Pargi na wakacje.

Turyści i miejscowi zakopani podobnie w piasku. Oprócz Anglików, wyróżniających się spośród znudzonych plażowiczów. O ile Chińczycy w czasach rewolucji kulturalnej pływali rzędami w Żółtej Rzece (ulubionym kąpielisku Mao), to Anglicy, wyniośle wylegujący się rzędami na greckiej plaży, czytają książki. Pewno to efekt polityki kulturalnej Blaira, upowszechniającego czytelnictwo wśród klasy średniej.

Nasza kwatera, wybrana z przesłodzonego katalogu biura podróży, leży za miastem pośród gajów oliwnych. W rzeczywistości jest przygnębiającą norą. Szwedzi i Niemcy leżą tam pokotem na betonie wokół śmierdzącej chlorem dziury, udającej basen.

Ewakuujemy się do hoteliku w Pardze. Przez spokojną w dzień kwaterę nocą przejeżdżają motocykle. Zamykamy okno, okiennice – ryk silników przewala się nadal przez pokój. Kelnerzy wracają na motorach do swoich wiosek, tak będzie co noc. Pożyczamy samochód i wyruszamy w Grecję Zjednoczonej Europy.

W Polsce zmienia się w miarę czytelne tablice przy drogach (WADOWICE wymalowane na południu większymi literami niż Warszawa), żeby doskoczyć do wymogów Unii. Na greckich szosach większość tablic jest po grecku, co też nie jest problemem, łatwo je odcyfrować, tyle że te tablice wzajemnie sobie przeczą.

Zgodnie ze wskazówką jedziemy do Aten (Athina). Po kilkudziesięciu kilometrach taka sama wskazówka pokazuje przeciwny kierunek. Trzeba pytać miejscowych i od razu jest po ludzku, a nie urzędowo po europejsku. Najciekawiej na Peloponezie, gdzie przy trasie w ogóle nie ma drogowskazów, tylko coraz mniejsze cyfry, pokazujące zbliżanie się do celu, nie wiadomo już jakiego. W stolicy nie lepiej – autostrada Korynt – Ateny nie kończy się zgodnie z mapą w malowniczej miejscowości nad morzem, ale niespodziewanie w ślepej ateńskiej uliczce.

Hotelik w Delfach. Czysty (bezzapachowy), nowoczesny i umiarkowanie drogi, bo Delfy nie przestały być apollińskie – znające miarę. Byliśmy ciekawi, czy pierwszej nocy skapnie nam tam coś ze zrujnowanej wyroczni, górującej nad miastem, i przyśni się jakaś przepowiednia. We śnie nie pojawiło się nic. Na jawie, idąc do delfickiego muzeum, zobaczyliśmy dwa bociany, lecące w stronę Parnasu. Nie planujemy drugiego dziecka, jednak wyroki bogów są równie nieprzewidywalne, jak rezultaty naturalnej antykoncepcji.