Rozejrzał się nerwowo. Po chwili filozofowie uspokoili się i chyba całkiem o chłopcu zapomnieli.
Dopiero teraz miał czas, żeby przyjrzeć się pomieszczeniu. Nigdy jeszcze nie widział tawerny, a do niej właśnie trafił. Wzdłuż ściany biegła lada, za nią typowe wyposażenie efebiańskiego baru: dzbany wina na półkach, stojaki z amforami oraz kolorowe obrazki dziewic ze świątyni na pudełkach solonych orzeszków i pasków suszonego mięsa, przypięte do ściany w nadziei, że istnieją na świecie ludzie, którzy będą łakomie kupować wciąż więcej i więcej orzeszków, choć nie mają na nie ochoty, żeby tylko popatrzeć na kartonowe sutki.
— Co to jest? — szepnął Brutha.
— Skąd mogę wiedzieć? — burknął Om. — Wyjmij mnie, to zobaczę. Brutha odpiął klapę koszyka i podniósł żółwia. Zaropiałe oko zbadało otoczenie.
— Aha. Typowa tawerna. Dobrze. Dla mnie spodeczek tego, co oni piją.
— Tawerna? Miejsce, gdzie spożywa się alkohol?
— Owszem. Mam głęboką nadzieję, że tak właśnie jest.
— Ale… Ale… Septateuch nie mniej niż siedemnaście razy nakazuje nam bardzo wyraźnie, by powstrzymać się od…
— Nie mam bladego pojęcia dlaczego — zapewnił Om. — Widzisz tego człowieka, który wyciera kubki? Powiesz mu: Podaj mi…
— Ale to otumania ludzki umysł, jako rzecze prorok Ossory. I…
— Powtórzę to jeszcze raz: niczego takiego nie mówiłem! A teraz zagadaj do niego!
W rzeczywistości to ów człowiek zagadał do Bruthy. Pojawił się magicznie po drugiej stronie blatu, wciąż wycierając kubek.
— Dobry wieczór panu — powiedział. — Co podać?
— Chciałbym napić się wody — oświadczył z naciskiem Brutha.
— Może coś dla żółwia?
— Wina! — zawołał głos Oma.
— Nie wiem… A co normalnie piją żółwie?
— Te, które tu miewam, na ogół piją trochę mleka z wrzuconym kawałkiem chleba — odparł barman.
— Ma pan dużo żółwi? — zapytał Brutha głośno, by zagłuszyć pełne oburzenia krzyki Oma.
— Och, taki przeciętny żółw to bardzo użyteczne zwierzę filozoficzne. Wyprzedza metaforyczne strzały, pokonuje w biegu zające… Przydaje się.
— Tylko… ja nie mam pieniędzy — wyznał chłopiec. Barman pochylił się.
— Coś ci powiem — szepnął. — Declivities właśnie stawiał kolejkę. Nie będzie miał pretensji.
— Chleb i mleko?!
— Ojej… Dziękuję. Bardzo dziękuję.
— Różni się tu trafiają. — Barman znów się wyprostował. — Stoicy. Cynicy. O, cynicy to lubią wypić. Epikurejczycy. Stochastycy. Anamaksandryci. Epistemologiści. Perypatetycy. Synoptycy. Różni. Zawsze to powtarzam. Zawsze powtarzam, że… — Sięgnął po następny kubek i zaczął go wycierać. — Różnych potrzeba, żeby stworzyć świat.
— Chleb i mleko! — krzyczał Om. — Poczujesz na sobie mój gniew, jasne? A teraz spytaj go o bogów!
— Niech mi pan powie — poprosił Brutha, sącząc z kubka wodę — którzy z nich wiedzą coś o bogach.
— Do takich spraw potrzebujesz kapłana.
— Nie, chodzi mi o… o to, czym są bogowie… w jaki sposób powstali… takie sprawy — wyjaśnił Brutha, usiłując opanować styl konwersacji barmana.
— Bogowie nie lubią takich spraw. Zdarzają się tutaj, kiedy ktoś wypił o parę za dużo: kosmiczne spekulacje o tym, czy bogowie naprawdę istnieją. A zaraz przez dach uderza błyskawica z przyczepioną karteczką „Tak, istniejemy” i para dymiących sandałów. Zostaje. Takie sprawy odbierają cały urok rozważaniom metafizycznym.
— I jeszcze chleb nieświeży — wymamrotał Om z nosem zanurzonym w mleku.
— Nie, ja wiem, że bogowie istnieją. To oczywiste — zapewnił pospiesznie Brutha. — Chciałem się tylko więcej o… o nich dowiedzieć. Barman wzruszył ramionami.
— W takim razie będę zobowiązany, jeśli staniesz z daleka od cennych rzeczy. Zresztą — dodał po namyśle — za sto lat i tak będzie wszystko jedno.
— Czy pan też jest filozofem?
— Po jakimś czasie człowiek uczy się tego i owego.
— To mleko jest do niczego — stwierdził Om. — Podobno w Efebie panuje demokracja. W takim razie to mleko powinno mieć prawo głosu.
— Nie wydaje mi się, żebym znalazł tu to, czego szukam. — Brutha westchnął. — Ale… panie sprzedawco napojów…
— Słucham?
— Co to był za ptak, który tu wszedł, kiedy wymieniono boginię… — Brutha smakował obce słowo — …boginię mądrości?
— To pewien kłopot — wyznał barman. — Wstydliwa sprawa.
— Nie rozumiem.
— To był pingwin.
— Rozumiem, że to mądry ptak.
— Nie, nie za bardzo. Nie słynie z mądrości. To drugi najbardziej ogłupiały ptak na świecie. Podobno umie latać tylko pod wodą.
— Więc dlaczego…
— Nie lubimy o tym mówić — oświadczył barman. — To irytuje mieszkańców. Przeklęty rzeźbiarz — dodał pod nosem.
Na drugim końcu baru filozofowie znowu zaczęli bójkę. Barman pochylił się znowu.
— Jeżeli nie masz pieniędzy — szepnął — nie sądzę, żebyś znalazł tu kogoś, kto ci pomoże. Rozmowa w tych stronach nie jest tania.
— Przecież oni tylko… — zaprotestował Brutha.
— Przede wszystkim mają spore wydatki na mydło i wodę. Ręczniki. Myjki. Gąbki. Pumeks. Sole kąpielowe. Kiedy to wszystko dodasz…
Ze spodeczka rozległ cię cichy bulgot. Biała od mleka głowa Oma zwróciła się w stronę Bruthy.
— W ogóle nie masz pieniędzy? — zapytał Bóg.
— Nie.
— Tak czy tak, musimy znaleźć filozofa — oznajmił twardo żółw. — Ja nie mogę myśleć, a ty nie wiesz jak. Musimy poszukać kogoś, kto robi to bez przerwy.
— Oczywiście, mógłbyś spróbować u starego Didactylosa — powiedział barman. — Jest chyba najtańszy w okolicy.
— Nie używa drogiego mydła? — domyślił się Brutha.
— Można chyba stwierdzić, nie obawiając się sprzeczności, że nie używa mydła w ogóle i w żaden sposób.
— Aha. No tak. Dziękuję.
— Zapytaj, gdzie on mieszka — rozkazał Om.
— Gdzie mogę spotkać pana Didactylosa? — spytał Brutha.
— Na pałacowym dziedzińcu. Obok wejścia do biblioteki. Nie można go nie zauważyć. Nos ci wskaże drogę.
— Właśnie przychodzimy… — zaczął Brutha, ale wewnętrzny głos doradził, żeby nie kończył tego zdania. — Chyba już pójdziemy.
— Nie zapomnij swojego żółwia. Nieźle można sobie takim podjeść — poradził barman.
— Niech całe twoje wino zmieni się w wodę! — wrzasnął Om.
— Zmieni się? — spytał Brutha, kiedy wyszli już w mrok nocy.
— Nie.
— Mógłbyś mi jeszcze raz wytłumaczyć, po co nam filozof?
— Chcę odzyskać swoją moc — odparł krótko Om.
— Przecież wszyscy w ciebie wierzą!
— Gdyby we mnie wierzyli, mogliby do mnie mówić. Ja mógłbym do nich mówić. Nie wiem, co się popsuło. Przecież nikt w Omni nie wyznaje innych bóstw, prawda?
— Nikt by mu nie pozwolił — zapewnił Brutha. — Kwizycja by tego dopilnowała.
— No tak. Trudno jest klęczeć, jeśli nie masz kolan. Brutha przystanął na pustej ulicy.
— Nie rozumiem cię!
— I nie powinieneś. Drogi bogów niepojęte są dla ludzi śmiertelnych.
— Kwizycja chroni nas przed zboczeniem ze ścieżki prawdy! Kwizycja pracuje na większą chwałę Kościoła!
— A ty w to wierzysz? — mruknął żółw.