Żołnierz Symonia zawahał się.
— Tak — mruknął. — Coś w tym rodzaju. Brutha pochylił się.
— Om… — szepnął.
— Słucham?
— Nic ci nie dolega?
— Cuchnie tu jak w żołnierskim chlebaku. Wyjmij mnie. Miedziana kula wirowała szaleńczo nad ogniem. Błyszczała niemal tak jasno, jak oczy Symonii. Brutha stuknął go w ramię.
— Czy mogę dostać mojego żółwia? Sierżant zaśmiał się z goryczą.
— Nieźle można sobie takim podjeść — powiedział, gdy wyjął Oma z chlebaka.
— Wszyscy mi to powtarzają.
Brutha zniżył głos do szeptu.
— Co to za miejsce, to Ankh?
— Miasto miliona dusz — odparł głos Oma. — Wiele z nich wciąż znajduje się w ciałach. I tysiąca religii. Jest tam nawet świątynia pomniejszych bóstw! Brzmi to jak miejsce, gdzie ludzie nie mają problemów z wiarą w różne rzeczy. Dobre, żeby zacząć wszystko od nowa. Z moją inteligencją i twoją… z moją inteligencją wkrótce znowu rozwiniemy interes.
— Nie chcesz wracać do Omni?
— Nie warto. Zawsze można obalić panujące bóstwo. Ludzie mają dosyć, pragną jakiejś zmiany. Ale siebie przecież nie mogę obalić, prawda?
— Z kim rozmawiasz, kapłanie? — zapytał Symonia.
— Ja, tego… modlę się.
— Ha! Do Oma? Równie dobrze mógłbyś się modlić do tego żółwia.
— Tak.
— Wstyd mi za Omnię — mówił dalej sierżant. — Popatrz tylko na nas. Tkwimy w przeszłości, w okowach represyjnego monoteizmu, otoczeni niechęcią sąsiadów. Co dobrego zrobił dla nas nasz Bóg? Bogowie? Ha…
— Spokojnie, spokojnie — powstrzymywał go Didactylos. — Płyniemy po morskiej wodzie, a ten twój pancerz, żołnierzu, jest świetnym przewodnikiem.
— Nie mówię o innych bogach — zapewnił pospiesznie Symonia. — Nie mam żadnych podstaw. Ale Om? Straszak Kwizycji. Jeśli istnieje, niech mnie porazi tu i teraz!
Dobył miecza i wyciągnął go przed siebie.
Om siedział spokojnie na kolanach Bruthy.
— Podoba mi się ten chłopak — stwierdził. — Jest prawie równie dobry jak wyznawca. To jak miłość i nienawiść, rozumiesz? Symonia wsunął miecz do pochwy.
— Oto wyrzekam się Oma! — zawołał.
— Tak, ale jaki masz wybór?
— Filozofia! Praktyczna filozofia! Jak ten aparat Urna. Mógłby wciągnąć Omnię, choćby się zapierała, do Stulecia Nietoperza.
— Choćby się zapierała? — powtórzył chłopiec.
— Z użyciem wszelkich niezbędnych środków.
Sierżant uśmiechnął się szeroko.
— Nie przejmuj się nim — powiedział Om. — My będziemy daleko. I bardzo dobrze. Nie sądzę, żeby Omnia stała się popularna, kiedy rozejdzie się wiadomość o wydarzeniach ostatniej nocy.
— Wszystko przez Vorbisa! — zawołał głośno Brutha. — On to zaczął. Wysłał nieszczęsnego brata Murducka, a potem kazał go zabić, żeby zrzucić winę na Efebian. Nie zamierzał zawierać żadnego traktatu pokojowego. Chciał tylko dostać się do pałacu.
— Nie mam pojęcia, jak mu się udało — wtrącił Urn. — Nikt jeszcze nie przeszedł labiryntu bez przewodnika. Jak to zrobił? Ślepe oczy Didactylosa odszukały Bruthę.
— Nie wyobrażam sobie nawet — powiedział filozof. Chłopiec zwiesił głowę.
— Naprawdę wszystko zaplanował? — spytał Symonia.
— Tak.
— Ty idioto! Masz piasek zamiast mózgu! — wrzasnął Om.
— I powiesz to ludziom? — nie ustępował sierżant.
— Chyba tak.
— Wystąpiłbyś przeciwko Kwizycji?
Brutha żałośnie popatrzył w ciemność. Z tyłu pożary w Efebie zlały się w małą pomarańczową iskierkę.
— Mogę powiedzieć tylko to, co pamiętam — rzekł.
— Już po nas — stwierdził Om. — Może od razu wyrzuć mnie za burtę, co? Ten zakuty łeb chce nas zabrać z powrotem do Omni. Symonia w zadumie potarł dłonią podbródek.
— Vorbis ma wielu nieprzyjaciół — stwierdził. — W pewnych okolicznościach… Lepiej byłoby go zabić, ale niektórzy nazwą to mordem. A nawet męczeństwem. Ale proces… gdyby były dowody… gdyby choć pomyśleli, że mogą istnieć dowody…
— Widzę, jak działa jego umysł! — krzyczał Om. — Bylibyśmy bezpieczni, gdybyś się zamknął!
— Vorbis przed sądem… — zastanawiał się Symonia.
Brutha drgnął na samą myśl o tym. Taka myśl była prawie niemożliwa do utrzymania w głowie. Taka myśl nie miała sensu. Vorbis przed sądem? Procesy to coś, co przytrafia się innym.
Przypomniał sobie brata Murducka. I żołnierzy, którzy zginęli na pustyni. I wszystkie te rzeczy, które spotykały ludzi, nawet samego Bruthę.
— Powiedz mu, że nie pamiętasz! — wrzeszczał Om. — Powiedz, że nie możesz sobie przypomnieć!
— A gdyby stanął przed sądem — mówił Symonia — uznaliby go za winnego. Nikt nie ośmieliłby się wyrokować inaczej.
Myśli zawsze sunęły przez głowę Bruthy powoli, jak góry lodowe. Pojawiały się wolno i odpływały wolno, a póki tam tkwiły, zajmowały dużo miejsca — w większości pod powierzchnią.
Brutha myślał: Najgorsze w Vorbisie nie jest to, że jest zły, ale to, że skłania innych do czynienia zła. Zmienia ludzi w podobnych do siebie. Nie ma na to rady. Człowiek zaraża się od niego.
Jedynym dźwiękiem był chlupot wody o kadłub „Nienazwanej” i terkot maszyny filozoficznej.
— Złapią nas, jeśli wrócimy do Omni — ostrzegł chłopiec.
— Możemy wylądować z dala od portu — odparł z zapałem Symonia.
— Ankh-Morpork! — krzyknął Om.
— Najpierw powinniśmy dostarczyć pana Didactylosa do Ankh-Morpork — stwierdził Brutha. — Potem… Potem wrócę do Omni.
— I możesz mnie też zostawić! — wtrącił Om. — Szybko znajdę sobie w Ankh-Morpork nowych wiernych, nie ma obawy. Oni tam wierzą we wszystko.
— Nigdy nie widziałem Ankh-Morpork — odezwał się Didacty-los. — No cóż, uczymy się przez całe życie. — Zwrócił twarz w stronę sierżanta. — Choćbyśmy się zapierali.
— W Ankh żyje grupa uchodźców — uspokoił go żołnierz. — Nie ma się o co martwić. Będziesz tam bezpieczny.
— Zadziwiające — mruknął Didactylos. — Pomyśleć, jeszcze dziś rano nie przyszło mi nawet do głowy, że jestem w niebezpieczeństwie. Usiadł wygodniej na ławeczce.
— Życie na tym świecie — rzekł — jest niby pobyt w jaskini. Co możemy wiedzieć o rzeczywistości? Wszystko, co dostrzegamy z prawdziwej natury egzystencji, to, powiedzmy, zaledwie dziwaczne i zabawne cienie, rzucane na wewnętrzną ścianę przez niewidzialne, oślepiające światło prawdy absolutnej, z której możemy, ale niekoniecznie, wydedukować jakiś odbłysk prawdziwości. I jak poszukujący prawdy troglodyci, możemy tylko wznieść głosy do tego niewidzialnego i prosić w pokorze: „Dalej, zrób Kalekiego Królika… to mój ulubiony”.
Vorbis roztrącił nogą popioły. — Nie ma kości — stwierdził.
Żołnierze stali w milczeniu. Lekkie szare płatki rozsypały się i odpłynęły kawałek na wietrze.
— I nieodpowiedni rodzaj popiołu — dodał Vorbis. Sierżant otworzył usta, by coś powiedzieć.
— Możecie być pewni, że znam ten, o którym mówię — przerwał mu Vorbis.
Podszedł do zwęglonej klapy i trącił ją sandałem.
— Przeszliśmy tunelem — poinformował sierżant tonem człowieka, który wbrew doświadczeniu ma nadzieję, że pomocne uwagi mogą odwrócić czyjś gniew. — Prowadzi w okolice portu.
— Ale jeśli wejdziesz od strony portu, nie prowadzi tutaj… — Vorbis zamyślił się. Dymiące popioły zdawały się go fascynować. Sierżant zmarszczył brwi.