Выбрать главу

— Rozumiecie? — spytał Vorbis. — Efebianie nie zbudowaliby drogi wyjścia, która byłaby też drogą wejścia. Umysły, które zaprojektowały labirynt, nie działają w taki sposób. Muszą tam być… zawory. Może sekwencje kamieni, które kolejno nadepnięte uruchamiają pułapkę. Zapadnie, które działają tylko w jedną stronę. Wirujące ostrza, wysuwające się niespodziewanie ze ścian…

— Aha.

— Niezwykle chytre i pomysłowe, bez wątpienia.

Sierżant przejechał wyschniętym językiem po wargach. Nie potrafił czytać w Vorbisie jak w otwartej księdze, ponieważ nigdy nie powstała taka księga jak Vorbis. Ale Vorbis miał pewien styl myślenia, który można było poznać — po pewnym czasie.

— Życzysz sobie, panie, żebym zebrał oddział i przeszedł tunelem od strony portu? — rzekł głuchym głosem.

— Właśnie miałem to zaproponować.

— Tak, panie.

Vorbis poklepał sierżanta po ramieniu.

— Ale nie martw się — rzucił pocieszająco. — Om ochroni silnych w wierze.

— Tak, panie.

— Ostatni z ludzi może przynieść mi raport. Ale najpierw… Nie ma ich w mieście?

— Przeszukaliśmy je dokładnie, panie.

— I nikt nie wyszedł przez bramę? Zatem odpłynęli.

— Wszystkie efebiańskie okręty wojenne stoją w porcie, panie.

— Ta zatoka roi się od małych łódek.

— Które nie mają gdzie płynąć, chyba że na otwarte morze.

Vorbis spojrzał w stronę Morza Okrągłego. Wypełniało widnokrąg od horyzontu po horyzont. Poza nim leżała smuga równin Sto i zębaty grzebień Ramtopów, sięgający aż do niebotycznych szczytów, które heretycy nazywali Osią, ale które były — o czym wiedział — Biegunem, widocznym ponad krzywizną świata tylko dlatego, że światło zakrzywiało się w atmosferze tak samo jak w wodzie… Zobaczył smugę bieli wygiętą ponad dalekim oceanem.

Vorbis miał doskonały wzrok.

Zgarnął garść popiołu, który był kiedyś Zasadami nawigacji Dykeriego, i pozwolił, by przesypał mu się przez palce.

— Om zesłał nam sprzyjający wiatr — powiedział. — Zejdźmy do portu.

Nadzieja zamachała optymistycznie z głębin rozpaczy sierżanta.

— Nie zaczekasz, aż zbadamy tunel, panie?

— Och, nie. Możecie to zrobić po powrocie.

* * *

Urn szturchnął miedzianą kulę metalowym prętem. „Nienazwana” kołysała się na falach. — Nie możesz jej przyłożyć? — zaproponował Symonia, który nie do końca zdążył pojąć różnicę między maszynami a ludźmi.

— To maszyna filozoficzna — odparł Urn. — Bicie nie pomoże.

— Przecież mówiłeś, że maszyny będą naszymi niewolnikami.

— Ale nie takimi do bicia. Dysze są zaczopowane solą. Kiedy woda wypływa, zostawia sól za sobą.

— Dlaczego?

— Nie wiem. Może woli podróżować bez bagażu.

— Jesteśmy unieruchomieni. Nie możesz czegoś na to poradzić?

— Owszem. Mogę poczekać, aż wystygnie, potem oczyścić i znowu nalać wody.

Symonia rozejrzał się nerwowo.

— Ale wciąż jesteśmy widoczni z brzegu!

— Ty może jesteś — wtrącił Didactylos. Siedział w środku lodzi z rękami złożonymi na lasce i wyglądał jak staruszek, którego rzadko zabierają na spacery, więc jest zadowolony z rozrywki.

— Nie martw się. Nikt nas tutaj nie zauważy. — Urn szturchnął mechanizm. — Co prawda martwi mnie trochę ta śruba. Wymyślono ją, żeby przemieszczała wodę, a nie przemieszczała się w wodzie.

— Chcesz powiedzieć, że się pogubiła? — domyślił się Symonia.

— Pokręciło się jej — oświadczył wesoło Didactylos.

Brutha leżał na zwężonym końcu łodzi i spoglądał na wodę. Mała mątwa przepłynęła tuż pod powierzchnią. Zastanowił się, co to za stworzenie…

…i wiedział, że to zwykła mątwa pospolita, z gromady głowonogów, typu mięczaków, że ma wewnętrzną konstrukcję chrzestną zastępującą szkielet, dobrze rozwinięty system nerwowy i duże oczy rozróżniające obrazy, całkiem podobne do oczu kręgowców.

Wiedza zawisła na chwilę na pierwszym planie umysłu i rozwiała się.

— Om… — szepnął Brutha.

— Co?

— Co robisz?

— Próbuję się zdrzemnąć. Żółwie potrzebują sporo snu, wiesz?

Symonia i Urn pochylali się nad maszyną filozoficzną. Brutha spojrzał na kulę…

…kulę o promieniu r, a zatem mającą objętość V= 4/3 p rrr oraz pole powierzchni A = 4p rr…

— O mój Boże!

— Co znowu? — spytał głos żółwia.

Didactylos zwrócił twarz w stronę Bruthy, który ściskał głowę rękami.

— Co to jest p?

Filozof wyciągnął rękę i przytrzymał chłopca.

— Co się stało? — dopytywał się Om.

— Nie wiem! To tylko słowa! Nie wiem, co było w księgach! Nie umiem czytać!

— Najważniejsze, to porządnie się wysypiać — oświadczył Om. — To dobrze wpływa na skorupę.

Brutha osunął się na kolana. Czuł się jak gospodarz domu, który wraca nagle i znajduje swe mieszkanie pełne obcych. Byli we wszystkich pomieszczeniach — nie groźni, ale po prostu wypełniający wszystko swoją obecnością.

— Książki przeciekają!

— Nie wiem, jak to możliwe — zdziwił się Didactylos. — Mówiłeś, że tylko na nie patrzysz. Nie czytałeś przecież. Nie wiesz, co w nich było napisane.

— One wiedzą, co w nich było napisane!

— Posłuchaj. To przecież książki i mają naturę książek. Nie są magiczne. Gdyby dało się od samego popatrzenia wiedzieć, co książka zawiera, ten oto Urn byłby geniuszem.

— Co się z nim dzieje? — zapytał Symonia.

— Uważa, że wie za dużo.

— Nie! Nic nie wiem! — zaprotestował Brutha. — Nie wiem naprawdę. Przypomniałem sobie tylko, że mątwy mają wewnętrzną konstrukcję chrzestną1.

— Nie rozumiem, czemu cię to martwi — przyznał Symonia. — Hm… kapłani… zwariowani, co do jednego.

— Nie! Przecież nie wiem, co to znaczy chrzestny!

— To kostna tkanka łączna — wyjaśnił Didactylos. — Wyobraź sobie coś równocześnie kostnego i skórzastego. Sierżant parsknął drwiąco.

— No, no — mruknął. — Człowiek uczy się przez całe życie, tak jak mówiłeś.

— A niektórzy nawet odwrotnie — odparł Didactylos.

— Co to niby ma znaczyć?

— To filozofia. A teraz usiądź, mój chłopcze. Kołyszesz łodzią. I tak jest przeciążona.

— Unosi ją siła wyporu, równa ciężarowi wypartej cieczy — mamrotał Brutha.

— Hm?

— Tyle że nie wiem, co znaczy siła wyporu. Urn odwrócił się znad miedzianej kuli.

— Możemy ruszać dalej — obwieścił. — Nabierzcie tylko hełmem trochę wody, sierżancie.

— A potem znowu popłyniemy?

— W każdym razie możemy zacząć robić parę. — Urn wytarł ręce o togę.

— A wiecie — odezwał się Didactylos. — Różne są drogi do wiedzy.

Przypomina mi to czasy, kiedy stary książę Lasgere z Tsortu zapytał, jak może stać się uczonym, zwłaszcza że nie ma czasu na te głupoty z czytaniem. Powiedziałem mu: „Nie istnieje królewski trakt do wiedzy, wasza wysokość”. A on na to: „Więc mi go zbuduj, bo każę ci odrąbać nogi. Możesz wziąć tylu niewolników, ilu trzeba”. Rozkosznie bezpośrednie podejście, pomyślałem. To człowiek, który nie miele słów na próżno. Ludzi, owszem. Ale nie słowa.